Rozdział V "POCZĄTEK"
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   

POCZĄTEK...

- Stary poczciwy Joe, o wszystkim pamiętał, ale nie o radiu. Było do wymiany, teraz jest do wyrzucenia.

- Po co nam radio, przecież i od radia i od telewizji uciekliśmy.

- Ale nie od telefonu,bo Paco to dobry chłopak i mocno zapewniał,że dopilnuje co trzeba, ale Tequila jest mocniejsza... Co jest! Telefon milczy, ale tak dziwnie, jakby był martwy...

- Może dlatego, że wjechaliśmy w góry. Co jest z tymi ludźmi, że patrzą na nas jak na jakieś dziwolągi. Co mija nas samochód to oglądają jak byśmy byli z księżyca. Zobacz, ten sygnalizuje abyś zjechał... Może mamy coś z kołami?

- Nic nie mamy, jedzie się jak po stole. Zjadę, może on coś potrzebuje

Kanadyjczyk nie podchodził, ale z daleka krzyknął... - Jak udało się i uciec i przekroczyć granice?!

- Zwariowałeś?! Niby dlaczego?!

- Wszytkich Amerykanów zawracają z powrotem. Nie masz radia? Ale jakim cudem puścili was przez granicę! Nie wysiadaj! Nie zbliżaj się!

- Marek, to jakiś wariat! Zamknij okno i jedziemy!

- Nie, to jest za duże na byle wariactwo na szosie. Może ten facet coś wie, nie mamy radia...

Przejeżdżaliśmy, to znaczy przekroczyliśmy granice nie w Vancouver, ale dalej na wschód, w pustkowiu. Ale co znaczy, że udało nam się uciec?

- Duże miasta w Stanach od wczoraj umierają! Większe skupiska ludzi umierają! Wirus „skacze” od człowieka do człowieka. Ludzie padają jak muchy!

- To dlatego ta karawana! My s lałem, że wszyscy umówili się na spotkanie pod zorzą polarna...

- Uciekamy, ale jesteśmy zdrowi. To znaczy na to wygląda. Seattle zaraza dotknęła najapózniej. Twoja Arizona nie żyje. Podobno mieliście tam dużą bazę lotnicza, oraz ośrodki pomagające NASA...

- Ale co się stało?!

- Zaraz cię zatrzyma radiowóz, może on wie więcej. Podobno Rosja zaatakowała Stany, a te nie pozostały dłużne. Mówią o końcu świata...

- Marek... Może on naprawdę zwariował?

- Obawiam się... ale, zaraz może dowiemy się więcej.

Policjant zatrzymał radiowóz w sporej odległości i przez tubę pytał czy pasażerowie w fordzie czują się dobrze...

- Jak nigdy w życiu, bo co?

- Właśnie w życiu... Gdzie mieliście ostatni postój w Stanach?

- Na stacji benzynowej jakieś 50 kilometrów od granicy. Jakaś wioska, wiesz jak to jest, stacja benzynowa sklep „Mama i Papa” i tyle...

- Wiec jesteście czyści.

Policjant podszedł. To trwało jak wieczność i Kasia krzyknęła po polsku...

- Rusz dupę ty grubasie!

- Obcokrajowcy?

- Ona się wygłupia. Jesteśmy obywatelami Stanów dłużej niż ty żyjesz. Po prostu chcemy się coś więcej dowiedzieć...

- Ja wiem tyle co od komendy w Vancouver. Jest źle, a ma być dużo gorzej.

- Sorry, ale to już widać tutaj.

- Podobno i wiem, że to brzmi jak bajka z tysiąca i jednej nocy...

- \Ja lubię bajki...

- Nie dziwię się, taka księżniczka... Sorry, ale ja nie zaraziłem się polityczna poprawnością. Motam panienkę, która jest prawie tak samo piękna. Więc podobno z Iranu poleciały na Izrael jakieś rakiety, nie, nie nuklearne, ale narobiły sporo strachu w Izraelu. Szkód znacznie mnie.

Izrael odpowiedział nuklearnymi głowicami prosto w Teheran, ale tutaj zaczyna się ta bajka... Ktoś sprzedał Irańczykom komputery zmieniające lot tych rakiet, amerykańskich oczywiście, bo innych Izrael nie ma.

Rakiety poleciały na południową Rosję, na zagłębie naftowe i węglowe. Jakieś duże, milionowe miasto zmieniło się w grilla...

Rosjanie natychmiast zasypali Stany swoimi rakietami, ale nie było w nich „nuków” tylko ta zaraza. Zasypali wszystkie większe miasta... Żadnych zniszczeń, wszystko całe tylko ludzie zaczęli padać z godziny na godzinę. Seattle i Portland też dostały swoja porcję. Dlatego nie wpuszczamy Amerykanów... Chwileczkę...Oh my God! Nie!...

- Co się stało!?

- Kanada jest następna. Podobno za współpracą w Afganistanie i popieranie Izraela. Właśnie uderzyli w Vancouver! Mam tam rodziców i nie mogę wrócić!

- Sorry. Nie chcę zmieniać tematu, ale nie rozumiem jak nasze siły obrony powietrza nie przechwyciły tej zarazy. Stany są podobno pokryte siatka obrony...

- Teraz to wszystko jest podobno. Rakiety poleciały z morza Karaibskiego z Wenezueli i z morza Beringa, od Alaski. Może dlatego niespodzianka. Zresztą, jaka to różnica... Boże, moja mama już szykowała wesele... Moja dziewczyna...

- Ty żyjesz...

- Tak, ale dla kogo? Dla kogo! A w ogóle to dokąd pytani prywatnie. Co ja mówię... Już nie ma policji...

- Masz ten radiowóz, to jak domek na kółkach, wiec ja zapytam a ty dokąd.

- Chyba tak jak oni przed siebie, na północ, może do Northwest Territries ta zaraza nie dotrze. Ale nie odpowiedziałeś.

- Planowaliśmy wakacje w Tweedsmuir Park, ale teraz...

- Jeżeli potrafisz polować kuszą, to właśnie teraz to może być bezpieczne miejsce. Ja będę potrzebny ludziom, mam trzy lata medycyny...

- Nie pozwolę na żadne polowania! On to wie.

- Każdy ma prawo umrzeć z głodu, zwłaszcza teraz...

- Zabraliśmy żywność na kilka tygodni. Może do tego czasu ten wirus, cokolwiek to jest, zdechnie.

- Prędzej zdechniemy my... Mówią, że nawet wiatr pomaga to roznosić. Nigdy nie wierzyłem w bajki o końcu świata, teraz chyba czas uwierzyć. A co ty myślisz?

- Że jak długo żyję, tak długo nie będę w coś takiego wierzył. Jeżeli nawet umrze większość ludzi, to z tych co ocaleją odrodzi się nowy świat.

- Ja ci powiem jaki... Jako glina przez pięć lat napatrzyłem się na wiele, a nie muszę ci mówić, że Kanada to jak niemowlę przy was jeżeli chodzi o przestępczość. Powiem tyle - zawsze na wierzchu pływa gówno, sorry, „mam”, ale tak jest. Uratują się ci co ten smród zaczęli i jak myślisz którędy poprowadzą ten niby nowy świat? Prosto do swoich banków. To ci teraz mówię i obym nie dożył... Nie mam dla kogo.

- Ale chyba w dziadostwo krajów tropikalnych tej zarazy nie rzucili?

- Powiedziano nam, że wszystkie duże ośrodki miejskie świata...

- Ale nie Rosji?

- Jasne, że nie i co z tego... Ludzie zaczną uciekać właśnie tam i co Ruskie zrobią, no co? Wszystkich nie zatrzymają, mówię o chorych. Podobno niektórzy ludzie mogą z tym żyć kilkanaście dni... Zaraza wydusi wszystkich.

- A nas, tutaj? Słyszałem .że w tym parku setkami kilometrów nie ma ludzkich osiedli. Chyba nikt nie będzie tu szukał schronienia, bo sam powiedziałeś - nie upolujesz, to umrzesz. Wątpię aby ci wszyscy w tej karawanie zdążyli kupić kusze. Zresztą, na ile strzał, już nie mówiąc, że trzeba trafić...

- Może masz rację i może uda się wam dożyć starości w tym parku. Ja wole umrzeć w otoczeniu ludzi. Zawsze to jakby nic się nie stało, no wiesz. Ale z drugiej strony... To zły pomysł z tym parkiem. Co zrobicie gdy któreś złapie choroba, prawda?Radzę jechać z nami. W Prince George są i lekarze i lekarstwa, a myślę, że w tej kolumnie uciekinierów też są.

- Przecież zawsze możemy dojechać do Prince George, prawda?

- Mark,right?

- Tak.

- Prawda jest taka .że już za trzy miesiące dojechać możesz tylko na gąsienicach. Tak będzie aż do kwietnia, więc?

- Zaryzykujemy.

- W takim razie radzę w mieście kupić tyle suchego żarcia ile twój van pomieści. Dla psów też. A w ogóle co to za psy, ona wygląda mi na dużego Pitbulla. Ale samiec? Jakiś ogromniasty wilczur w złotym kolorze, tylko to oklapłe ucho...

- Bo to mieszaniec „kogoś z kimś” jak to się mówi.

- Ale Pitbull, nie pasuje do tak eleganckiej kobiety...

- Ta elegancka kobieta informuje takich jak pan o walkach psów. Wzięliśmy Lolę z meksykańskiej dzielnicy, aby nie rodziła psów do walk.

- Z meksykańskiej, mówi pani... To by się zgadzało.

- Macie takie w Vancouver? Nie wiedziałam. Nie za zimno im?...

- Mamy wszystkiego po trochę, a Vancouver nazywamy Hongcouver lub Vancong... Kiedyś przyjechało tyle Chińczyków z Hongkongu, każdy z walizką pieniędzy, że praktycznie kupili miasto. Ale zlikwidowaliśmy trzy ringi walk psów. Każdy był w rękach Latynosów. Dwa z Dominikany jeden z Haiti.

- Zgadza się, bo tam to prawie narodowe sporty, walki kogutów też.

- Mark, posłuchaj, jestem licencjonowanym instruktorem od przetrwania w terenie. Kup siekierę, piłę i gwoździe.

- Mam.

- Przewidziałeś?

- Nie, kilka razy zakopałem się.

- Okej. Do pierwszych śniegów nie zdążycie zbudować nawet większej budy, nie mówiąc o domu. Taki zajmie wam rok. Ale już teraz szukacie groty z otworem na południe, aby ulatywał dym. Resztę szczelin musicie zatkać nie gałęziami, ale drewnem, jak na budowę domu i uszczelnić mchem. Konieczne są prycze do spania. Wysokie na minimum 40 cm od ziemi, czyli skały. Taka latem grzeje, ale zimą jest jak lód. W Prince George radzę kupić kołdry i koce, dużo tego. Kostki do rozpalania też. A polowanie? Ręczę, że gdy głód zaglądnie w oczy, to pani zasłoni swoje, a Mark ustrzeli sarnę. Pocieszam... Sarna i tak przeznaczona jest dla wilków lub rysi...

- Kupimy dużo prowiantu... Oczywiście, na was dwoje plus psy wystarczy do wiosny, a potem...

Potem ta zaraza zdechnie i wrócimy do domu.

- Z wolą bożą oczywiście, z wolą boża... Jednak nikt nie wie jakie będą skutki tej zarazy, co po sobie zostawi. Ja optymizm rozciągam na minimum pięć lat. Może to wystarczy, aby ziemia wróciła do życia. Jeżeli nie, to właśnie tutaj zaczniemy nową kolonie, nowej ziemi. Northwest Territories są jak przeszło jedna trzecia Europy i nikt nawet przy najbardziej chorych zmysłach nie będzie marnował tej zarazy, gdzie mieszka niecałe 100 tysięcy ludzi rozrzuconych o setki kilometrów od siebie. Od października do kwietnia praktycznie bez możliwości bezpośredniego kontaktu.

- Jakoś wytrzymamy do kwietnia...

- Good luck. Ze wszystkim co planujecie. Z bożą pomocą oczywiście...

- Oczywiście...

- Chyba wiesz, że od Prince George masz wjechać w drogę numer 16 na zachód.D oprowadzi was do osiedla Vanderhoof, a potem to już jak pozwoli podwozie waszego vana. Jeszcze raz good luck.

- Dzięki, wszyscy tego potrzebujemy.

Mieli szczęście. Jeden z sklepów jeszcze nie był ogołocony i kupili

Tyle, że psy rzeczywiście leżały na zakupach, a na kołdrach głównie...

- Marek... A może powinniśmy posłuchać tego policjanta i być z ludźmi?

- Myślałem o tym, ale i tu nie tylko ciebie zmartwię... Jaką masz gwarancję, że ktoś z tego tłumu, z tej karawany pojazdów nie był na południe od Vancouver,chociażby w Portland, jako

Kanadyjczyk dołączył do uciekinierów, a już był chory. Pamiętasz co mówił policjant, że niektórzy ludzie mogą zarażeni żyć nawet kilkanaście dni... Są organizmy wyjątkowo silne i potrafią dłużej walczyk nawet z tą zarazą. Zresztą, nikt nie zna czym jest i jak działa. Co powiesz, gdy wśród tych dziś zdrowych ludzi wybuchnie epidemia... Będą uciekać od siebie, a silni, ciągle zdrowi palić ciała zmarłych jak to miało miejsce w czasach Czarnej Dżumy, w średniowieczu... Że to jest tylko gdybanie? A czy gdybaniem nie było straszenie ludzkości końcem świata?

- Ale to nie jest koniec świata. Tyle ludzi żyje, my...

- Może nawet nie jest początkiem końca, tylko w jakimś sensie ogromną nazwijmy to... epoką lodowcową zabijającą życie na jej drodze. Była taka i świat po niej już nie był taki sam... Ten, nasz, może czekać podobny los. Wiosną spróbujemy czy komórka dosięgnie Franka, tego policjanta i czy bezpiecznie jest odnowić zapasy żywności. Do wiosny mamy jak w banku z żarciem i aby trafić na jakąś skalną pieczarę...

- Jak dla jaskiniowców...

- Dokładnie, a przyznasz, że to od nich zaczął się ludzki świat...

Sklepikarz, w Prince George poradził by kupili ostatnie dwie pary rakiet śnieżnych, skoro zdecydowali umrzeć w tym parku, to może przed śmiercią będą mogli poruszać w się w głębokim śniegu.

Narty? Ostatnia para poszła za potrójną cenę... A w ogóle to muszą wrócić do Williams Lakę i pojechać na zachód do Hanceville i dalej aż do Stuie Hunlen Falls. Do Vanderhoof?

Od lat tylko transportery na gąsienicach mogą pojechać na południe. Pomysł, aby przeczekać zarazę w parku sklepikarz uważał za po prostu dziecinnie głupi.

- Któreś z was złamie nogę i co dalej?

- Lepsze to niż czekanie, aż któryś lub któraś z tej karawany uciekinierów zarazi resztę, prawda?

- To Kanadyjczycy .Nie mieli kontaktu ze Stanami.

- A ty to dokładnie wiesz, prawda? Dzięki za wskazówki, ale wolimy umrzeć naturalnie, a mamy trochę lat przed sobą...

- Założę się o twego Tana, że najdalej w maju zobaczę was u siebie, tylko nie gwarantuję zakupów... Na szczęście tutaj nie brakuje jeleni... Mam parę dziesieciogalonowych kanistrów, radzę napełnić i powodzenia...

Perspektywa „urlopu” w parku gdzie podobno jest jak w „Zaginionym Świecie” fantazyjnej książki, z każdą chwilą stawała się mniej fantazyjna. Marek był pewny, że ktoś z tych tysięcy uciekinierów był na południe od granicy i być może już ma objawy zarazy. Przypadki, gdy ludzie zarażeni dżuma potrafili przez dłuższy czas nie czuć objawów nie były tylko klinicznymi.

A jeżeli jakiś składnik zarazy właśnie działa jak z „opóźnionym zapłonem”? Czy coś takiego nie zwiększy paniki bez tego kolosalnej.

Nareszcie człowiek wynalazł skuteczną śmierć na samego siebie, tak by zapanować nad tymi co przeżyją, a on, bezpiecznie ukryty w rządowych schronach wyjdzie by dzielić i rządzić. Do tej pory musiał borykać się z narodami niepokornych, naiwnie przekonanych o suwerenności, o wolności słowa. Co chwycił za gardło w jednym miejscu, to niepokorni wymykali się w drugim. Było to również bardzo kosztowne i przypominało zatykanie palcem dziury w tamie lub zwyczajnemu wyrzucaniu pieniędzy.

Naturalnie,że miał od dawna przygotowane piękne słowa o globalnym ociepleniu i trosce o małego człowieka w ogóle.

Jednak groźba ociepleniem nie była ani gwarantowana ani tuż za rogiem, a coraz częściej musiał troskę podpierać czołgami...

Teraz nadchodził czas żniw. Nie szkodzi, że na trupach. Czyż nie z martwych drzew, z roślinności, z martwych zwierząt kiedyś powstała ropa naftowa, prawda? Teraz, ach teraz proces będzie przyspieszony...

Marek wolał nie dzielić się takimi myślami, ale nie potrafił je odpędzić! Wciskały się głośną kpiną... Ty durniu! Przedłużasz stryczek?Przecież zdechniesz nie inaczej niż ci na ulicach miast.

Oni padali czując tylko przez krótki czas, ty masz przed sobą rzeczywiście sporo lat by przedłużyć agonię czekania. Czekania na co? A gdy padnie Kasia lub padniesz ty a ona zostanie. Prawda, są psy, one nie wiedzą nic o wyczekiwaniu... Im wystarczacie za cały świat. Jak długo będą żyły, gdy syte i zdrowe? Kilkanaście lat? A potem, gdy samotnie, czy warto?

Rzeczywiście jestem durniem. Nakręcam się sam na czarno. Gdzie twój optymizm, gdy powtarzałeś że złe chwile są po to by cieszyć się dobrymi. Że gdyby nie było czerni to czy widziałbyś kolory?...

Skręt na Hanceville i pusta szosa, jeżeli nie liczyć kilku terenowych samochodów o dziwo bez stelaży na dachu. Czyżby ci ludzie nic nie wiedzieli o zarazie. Mapa pokazywała, że szosa, którą jadą prowadzi setkami kilometrów zakrętów w górach do ujścia rzeki Bella Coola i miasteczka o tej samej nazwie. Dalej już tylko Burkę Channel, fiord wpadający do Pacyfiku. Czyżby tam miało być czysto, bo kto rzuci zarazę w takie pustkowie... Bez łodzi nie było sensu myśleć o wielkiej wodzie, a zresztą dokąd nią...

By dojechać do parku powinni skręcić na północ najdalej właśnie w Stuie Hunley Falls. To jednak cały dzień jazdy, a ostatnie wrażenia czyniły każdy kilometr wielokrotnie dłuższy. Czas było zanocować.

Zawsze mówił znajomym z Europy, że gwiazdy nad Tucson są naprawdę kolorowe, bo niebo ciągle czyste. Jednak gwiazdy północy były nie tylko bliżej, ale ich migotanie wydawało się sztuczne, jakby ktoś zapalił punktowniki w gigantycznej kopule teatru Mundi...

Parokrotnie zbudziły ich psy. Może czuły właścicieli tego lasu.

Wiatr przyniósł kwaśny zapach jaki czuć w ZOO od klatek drapieżników. Niedźwiedzie? Dlaczego nie, przecież to jest ich dom. Rozbudzony nie mógł zasnąć, zastanawiał się co zrobią, gdy niedźwiedź zechce wyprosić ich... Psy? Wilki nie napadają na niedźwiedzia... Strzelać z kuszy by ranić, a wiadomo, że ranne zwierze musi umrzeć.

Chciał powiedzieć Kasi... Widzisz? Nie zgubisz problemów miasta gdzie okrucieństwo człowieka dominuje nad zwierzętami. Tutaj dominuje proste prawo: Zjeść albo być zjedzonym. Sklepów nie ma...

Usłyszy ,że Kasia kiedyś wygarnie Bogu takie sknocenie sprawy życia i śmierci. Przecież wszystkie stworzenia mogły by być roślinożernymi. A rośliny? Czy nie czują? Obłęd, beznadziejny obłęd...

Skoro Bóg jest tak mądry,to mógł tak stworzyć rośliny by odradzały się znacznie szybciej, a wiadomo, że trawa szybciej i zdrowiej rośnie, gdy „strzygą” ją krowy, więc...

A może Bóg skoro jak nas papuźio „uczą” jego urzędnicy jest stwórcą wszechświata, to stworzył, gdzieś w kosmosie właśnie taką planetę, gdzie zjadane są tylko rośliny, jagody, grzybki i inne, aby do rymu. ale nie rybki.

Lola jak typowy Pitbull nie szczekała. Nawet nie jeżyła sierści. Jej rasa jest cichym zabójcą. Nie pokazywała kłów nie warczała przy spotkaniu z innym psem. Podchodziła i błyskawicznie, bez ostrzeżenia siedziała na psie. Marek widział kiedyś jak Pitbull mniejszy od Loli w niecałej minucie zabił dobermana wielkości cielaka. Psy były bez kagańców, więc właściciel Pitbulla został ukarany tylko brakiem kagańca. Faktem było, że to doberman z potężną kolczatka na karku podbiegł do Pitbulla sztywny, gotowy do ataku. Ohyda i przekleństwo jakie miały zakodowane w genach te psy urodzone by walczyk i zabijać.

Kilka miast w Kalifornii już dawno temu wygnało Pitbulle pozostawiając jedynie stare, ale zabroniło rozmnażania. Co za bzdura, co za okrutna bzdura karząca psy, a nie ich właścicieli! Nawet z jamniczka można zrobić „walczaka” powtarzając mu od szczeniaka: Gryź! Gryź! Atakuj! Pies wiernie wykona rozkazy.

Niestety, prawda było, że trafiały się, Pitbulle, które bez zachęty, genetycznie były maszynkami do zabijania. Właściciele takich pst psów mieli obowiązek szczególnej uwagi i ostrożności.

Lola po prostu olewała inne psy. Kiedyś ogromna suka rottweiler pokazała kły, zjeżyła sierść... Lola odeszła, prawda, bardzo powoli i na sztywnych łapach, ale odeszła. Marek wiedział, że nawet kagańcem mogła policzyć żebra tamtej suce...

A jeżeli bidzie konfrontacja z wilkami... Rację miał policjant... Park jako coś stworzonego przez człowieka w mieście to było jak ciasteczko z kremem... Ale park gdzie mieszkały drapieżniki, a człowiek był gościem... Jak dadzą radę właśnie takim problemom, jak ich uniknąć... Nie wolno oczywiście puszczać psy luzem, ale co będzie, gdy zwęszą drapieżnika lub jelenia. Przecież nie dogoni psów...

Taaak... Kasia nie może znać takich myśli. Nie ma sensu martwić na wyrost. Może nie dojdzie do konfliktów, a zresztą, psy nie dogonią jelenia, a przy spotkaniu z drapieżnikami prawdopodobnie wycofają się zwyczajnie, ze strachu...Ryś lub puma uciekną na drzewo. Niedźwiedź machnie łapą i może nie trafi... Wilki? Zbyt mądre by ryzykować walką dla walki, wiedza, że nawet gdy wygrają to ceną może być okaleczenie, a okaleczony wilk umiera z głodu.

Spij więc spokojnie. Przyszłości nie dogonisz w jedną noc...

Na stacji benzynowej w Stuie Hunlen Falls byli jedynym samochodem? Nie byli bo właściciel zaskoczył ich.

- Od pięciu lat nie widziałem tu Amerykanów, a dziś aż dwa wozy, a jakie egzotyczne bo z Kalifornii i Arizony. Macie tu jakiś mini zjazd?

- Nic nie widzę. Jaka Kalifornia?

- A trzech facetów, chyba twardziele, bo takim nie wolna za długo patrzeć w oczy.

Plunął przed siebie smołą tabaki do żucia i dodał...

- Nic dobrego w tych oczach nie zobaczysz...

- Ooo, a co z nimi?

- Nie mówili gdzie i po co, a wolałem nie pytach, chyba rozumiesz.

- Oczy wiście. A jaki wóz?

- Terenowy z prześwitem prawie na metr. Dojadą wszędzie gdzie zechcą, ale ty... Do parku mówisz? Patrz dobrze „pod nogi” twego vana, bo może się potknąć na kamieniach wielkości koła ciężarówki... Dziwne jak przekroczyli naszą granicę bez zdeponowania broni palnej.

- Może tak jak my na niestrzeżonym przejściu. Jest tego sporo.

- Chyba tak, ale nie radzę zawierać znajomości mając taką piękność jak ta pani. Psy nie pomogą. Mieli dubeltówki na najgrubszy śrut. Strzelisz i te drzwi, a cienkie nie są lecą w drzazgi...

- Pięknie. Ale chyba widziałeś gdzie skręcili.

- Takim terenowcem mogli wszędzie. Założyłbym się, że jak psy za suczą cieczką mogli pojechać pod obóz harcerek, chociaż wątpię, bo to siuśki z podstawówki, ale...

- Co ale?

- Te siuśki maja trzy opiekunki w legalnym wieku, nawet ładne.

- To zaczyna nabierać sensu. Gdybyś jeszcze powiedział, gdzie harcerki założyły obozowisko to będziemy trzymali się z daleka.

- Mark! Jak możesz tak mówić! Może należy te dziewczynki ostrzec!

- Pani ma rac je. Tylko, że oni byli tu kilka godzin temu. Jeżeli rzeczywiście mają złe zamiary, a nie wolno tak osadzać ludzi. Dobry Lord i jego syn Jezus Chrystus nakazują w każdym widzieć dobro...

- Amen, bracie amen...

Zrobili postój obok stacji, w milczeniu. Przerwała je Kasia.

- Zazdroszczę tak głęboko wierzącym. To musi być cudowne uczucie oddawać problemy i troski dla siły wyższej.

- Chyba tak. Nie chlałem dodać do jego wiary, że i Dobry Lord i jego syn patrzą na ziemie z bardzo, bardzo wysoka... Może więc nie widza, że nie w każdym człowieku jest tylko dobro.

- Masz złe przeczucia?

Mam nadzieje, że tak jak ten facet, ci trzej też nic nie słyszeli o zarazie, a wiedzą, że kanadyjska konna policja złapie każdego, wiec nie odważą się na żadne numery. Opiekunki mają radia zdolne dosięgnąć nawet Vancouver, pewno są też harcerkami, wiec wystawiając warty nie dadzą się podejść nie tylko drapieżnikom. A ci faceci? Powiedzmy, że zechcą coś, sorry, że tak naiwnie bo coś... ale tak wolę, zrobią, to zdają sobie sprawę, że nie uciekną, bo niby dokąd... Skoro o makabreskach, to musieliby wymordować kilkadziesiąt osób aby nie zastawić świadków.

- Kurwa mać! Sorry Marek, ale inaczej nie mogę! Że też jeszcze tego nam brakowało...

Przecież rozmawiamy o gdyby co gdyby, że... Zupełnie niepotrzebnie, bo w najgorszym przypadku, gdyby ci faceci rzeczywiście znaleźli harcerki w co wątpię w tej głuszy, to pewno będą chcieli...

- Co?! Pograć na gitarze przy ognisku?! Zastanów się!

- Wolę nie. Już ci raz powiedziałem, że całego świata nie zbawisz. Teraz nawet nie musisz próbować...

- Nie zasnę zanim nie odnajdziemy harcerek i uprzedzimy.

- Tak? Co jeszcze? Postrzelamy z kuszy w ich obronie. Słyszałaś co facet powiedział o ich broni? A założę się, że mają dużego kalibru, taką na niedźwiedzie. Dodasz do takiej lunetę i na kilometr widzisz jak wyciągniętą dłoń. Tego chcesz?

- Chcę być okej wobec siebie. To chyba nie jest za trudne by zrozumieć?

- Nie jest. Zgoda. Może uda się, uprzedzić. Opiekunki zatelefonują... Ale przepraszam do kogo?... Nie pomyślałaś? Do kogo, Kasiu... W Williams Lake był posterunek policji, to prawda. Nawet widziałem helikopter co w tym terenie jest czymś niezastąpionym. U nas, w Stanach każde obozowisko ustala co i jak z policja lub strażnikami parkowymi, może tutaj jest tak samo?

- Uważam, że nie może być inaczej, zwłaszcza w przypadku dzieciaków.

- Słyszałaś o igle w stogu siana? Znalezienie tego obozowiska będzie równie trudne. Stad do parku w prostej linii jest nie więcej niż jakieś 100 kilometrów, ale to w prostej linii, na mapie... W terenie? Jeżeli znajdziemy drogę...

- Myślisz, że harcerki wybrały park?

- A niby co innego, chociażby dlatego, że park nawet taki jak w zapominanym zagubionym świecie jest monitorowany, tylko, że teraz policja i te tysiące uciekinierów, to osobna sprawa. Jestem pewny, że harcerki już wiedzą o zarazie. Tylko my nie mamy radia...

- Dziwne, że właściciel stacji benzynowej nie wiedział, nie uważasz?

- Wcale nie dziwne. On dzieli uwagę na połowę - pół dla wódki i pół na rozmowy z Bogiem. Reszta się nie liczy. W niedzielę pewno słucha mszy przez radio, ale ostatnia niedziela nic jeszcze o zarazie nie wiedziała.

- O, tu chyba mamy drogę. Zaraza, zaraz, nie jestem Indianinem, ale te ślady opon szerokich na pół metra są jak sprzed godziny... Nie jest dobrze. Wygląda, że jedziemy za nimi. Musimy zaczekać...

- Aż oni pierwsi dojadą do obozowiska?

- Aż nabierzemy pewności, że nie zobaczą nas na celowniku. Mnie też nie jest obojętny los tych dzieciaków, ale chcę żyć. Nie ma, rozumiesz, nie ma innego rozwiązania. Chcę się mylić, ale ci trzej polują na każdego kto pod lufą. Wiesz, że najlepszym świadkiem jest martwy. Nas dwoje? Byle rozpadlina pomieści, ale harcerek myślę jest kilka tuzinów. Nie na darmo amerykańskie powiedzenie mówi, że bezpieczeństwo jest w ilości...

Ale się wpierdoliliśmy... Z jednej strony sumienie, z drugiej własne życie. Wybierasz?...

- Wybieram godzinę postoju. C zy strzał w tym terenie słychać głodno?

- Chcesz powiedzieć z jak daleka. Góry odbijają parokrotnym echem, świerkowa gęstwina, a jest jak ściana, tłumi. W sumie myślę, że na jakieś kilkanaście kilometrów usłyszymy bron dużego kalibru.

- Za późno by zdążyć...

- Kasiu, na szczęście za daleko by umrzeć, tak myśl i tylko tak od tej pory. Ręczę, że w parku już nie ma nikogo poza nami, harcerkami i tymi z Kalifornii. Dlaczego są harcerki? Dobre

pytanie. A czy są? Tak, bo inaczej ten rozmawiający z Bogiem powiedziałby, że wyjechały. Pytanie dlaczego nie i tu chyba odpowiedz... Nie sądzę, aby dojechały tam autobusem. U nas, w dzikich rejonach skalistej Arizony harcerzy dowozi wojsko terenowcami. Tutaj mogło być podobnie, ale teraz? Teraz wojsko ma pełne ręce roboty budując tymczasowe schronienia dla tej karawany uciekających. To była rzeka samochodów. Może za tydzień, dwa, trzy...

- Wojsko wróci po dzieciaki? To masz na myśli?

- Słusznie. Wiedząc, że dzieciaki mają dość zapasów żywności i na pewno lekarkę, wojsko nie musi się śpieszyć. Zresztą, przepraszam, a gdzie dzieciaki pojada? Do domu? Oczywiście, że do domu wiec do Vancouver? Kumasz?

Pewno już nie ma ich rodziców skoro zaraza uderzyła w to miasto. Dzieciaki są w gorszej sytuacji niż my. To tylko kwestia czasu zanim wojsko zabierze je i dołączy do tych dziesiątek tysięcy uciekinierów, jako sieroty...

- Teraz żałuję co mówiłam...

- Konkretnie?

- Że najwyższy czas, aby ten świat się rozpierdolił... Jakie mądre jest amerykańskie przysłowie: Bądź ostrożny z życzeniami...

A odgłos motoru naszego vana jak daleko niesie?

Jedziemy jak w tunelu bez sufitu ale z obu stron świerki tak gęste i wysokie, że nawet ty ledwo się przeciśniesz. To bardzo tłumi każdy dźwięk, a nasze koniki pod maską tak dopieszczone ręką Joe, że prawie bezszmerowe. Nie możemy dłużej czekać, bo ściemnia się i nie chcę ryzykować, aż wjadę im w tylny zderzak... ich terenowiec jest głodny. Pewno mają pod maska ponad trzysta koni w dużej ósemce. Usłyszymy ich zanim oni nas, ale co będzie, gdy psy wyczują i zaczną szczekać?

- To jest problem. Możemy pozamykać okna, ale na jak długo. Trudno, ruszamy, powoli i uszy otwarte. Jestem dobrej myśli, tylko...

- Co znowu!

- Tu nie można zawrócić! Można się wycofać w razie gdyby. Ale cofanka jest jest dla przegranych...

- A tu? Nie damy radę się wcisnąć? Co z tego, że porysujemy vana.

- Chciałaś powiedzieć, że zostawimy cześć karoserii na drzewach?

- Ale masz oko, tak, ostatecznie możemy tak na wcisk schować się przynajmniej trochę od drogi. Tylko psy... Będą szczekać.

- Jeszcze do tego nie doszło. Jedziemy.