Start arrow Książki on-line arrow PIĄTY KOŃ APOKALIPSY arrow Rozdział VI "IM DALEJ W LAS..."
Rozdział VI "IM DALEJ W LAS..."
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   

IM DALEJ W LAS...

Tym kiedyś było więcej jego mieszkańców, ale człowiek wynalazł cywilizację. Przy okazji nazwał siebie takimi określeniami jak dumny, a to tylko jedne z wielu. Narody Azji... Wielotysięczna historia i tradycje. Jedną z nich jest zabijanie tygrysa lub niedźwiedzia tylko dlatego by wyciąć jądra lub wątrobę. Dumne narody Azji... Marek daremnie szukał wśród opisów przyrodników określenia - nie dumny naród. Okazuje się, że takiego nie było. Najbardziej dumne były te najbiedniejsze i najokrutniejsze dla samych siebie. Jakoś nikt nie nazwał Szwedów - dumny naród. O dumie Meksykanów można napisać nawet bajki z tysiąca i jednej nocy, a jeszcze zostanie na wiele tysięcy...

Ogromne pieniądze otwierały takie same możliwości i dostarczały helikoptery startujące „znikąd” i lądujące w „donikąd” nieoznakowane... Z takich helikopterów koreńscy miłośnicy jakiejś części niedźwiedzia strzelali na Alasce. Strażnicy? Czyż dopiero wczoraj powstało powiedzenie: Za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze człek się podli... Do dumy doszła polityczna poprawność.

Marek już wiedział, że im grubsza pacjentka tym bardziej dumna, a jej godność przelewa się na równi z wałkami tłuszczu.

Amerykańscy lekarze ortopedzi bali się nazywać rzecz po imieniu czując na karku oddech adwokata... A przecież złożyli przysięgę pomagania pacjentom.

Gdy pacjent narzekał na bóle w krzyżu lub kolanach to Marek dawał krótka radę... Jutro nosisz na plecach worek z kartoflami lub ryżem co wolisz, ale worek musi ważyć 20 kilo... Pacjent zwykle głupiał i daremnie szukał możliwości zaskarżenia o zniewagę... Wreszcie pytał... - A po co? - A po to, że gdy go zdejmiesz. to poczujesz ulgę?...

Aha, nic nie mówiąc myślał pacjent i zaczynał mniej jeść, a więcej chodzić... Miał jednak bardzo pod górę. Beznadziejnie stromo...

Kilka lat temu Marek spotkał faceta kierującego od prawie 20 lat plantacjami warzyw w Sacramento Valley, czyli warzywnego ogrodu Ameryki. Nie mógł uwierzyć, że każdy pomidor, ogórek, sałata marchewka nie rosną naturalnie, ale w wodzie „piętrami”, na sterydach nie innych niż te wsiakiego rodzaju anabole, używane do budowy mięśni kulturystów. Nawet, gdy rosną w ziemi, to tylko na sterydach. Proste, należy sprzedać już dziś... Krowy, świnie,kury? Dokładnie tak samo. Naiwny obywatel poci się i płaci cwaniakom od odchudzania a waży coraz więcej... Stany wydają miliardy dolarów na siłownie, kliniki „specjalistów”, a obywatele coraz bardziej przypominają, reklamę opon Miszelina...

- Chuck, ale przecież istnieje zdrowa żywność, chociażby ta z „Wilde oats”...

- Mark, czy myślisz, że ci cwaniacy reklamujący żarcie jako produkowane zdrowo, naturalnie, otoczyli swoje uprawy, hodowle, betonem wpuszczonym w ziemie na kilka kilometrów?

- Oczywiście, że nie. Chcesz powiedzieć, że ...

- Dokładnie tak. Mogą ogłupiać naiwnych, ale maja dokładnie tą samą wodę co ci od sterydów bo i podskórnie i na powierzchni przenika do ich gleby, a wiatr sprawiedliwie roznosi pestecydy...

Szklarnie? A na czym rosną ich pomidorki, jak myślisz? Nie ma dziś nawozów bez sterydów. Krowie łajno? A co jedzą krowy? Rodzą się by nie tylko jeść sterydy ale dostawać zastrzyki na przyrost ciała.

Beznadzieja obłudnego koła. Tylko ci z genami uprzywilejowanych, którzy mogą zjeść przysłowiowego konia i nie utyć wyglądają normalnie. Pozostała reszta? Jesz więcej niż spalisz? Możesz na śmierć zamęczyć się na przyrządach cwaniacko wymyślonych, że niby podnosisz wiele kilogramów, gdy ciągniesz za cwaniackie linki, a będziesz tyć.

Miał wiele nieomal błagalnych pytań jak zgubić tłuszcz. Rada była jedna: Nie stacjonarne rowerki i pseudo siłownie, lecz szybki marsz, tak, aby ciało walczyło z własną wagą.

A tymczasem im dalej wjeżdżali w las tym głośniejszy był, gdy odpoczywali, a ptaki zaskoczone obecnością dziwnych gości nie ukrywały co o nich myślą. Zrywały się, gdy w granatowej zieleni świerków mignęło lśniące złoto rysia. Psy wyczuły zapach i dygotały podniecone.

Nasłuchiwali strzałów, ale las przynosił swoje dźwięki. Głuche, jakby stuknięcia pumy na chwilę zatrzymało dygotanie psów. Drapieżnik, bardziej zaskoczony niż psy i ludzie, bez obawy pokazał się w całej okazałości ogromnego samca. Marek ocenił go na 80 kilo. Podobno zdarzały się jeszcze większe... Puma widocznie nigdy nie widziała człowieka, a samochód nie miał jego zapachu.

Samiec bez pośpiechu oddał mocz na koło vana i znikł w gęstwinie.

- Pięknie... Teraz nasz van należy do jego terytorium.

- Myślisz, że zabiłby psy?

- Jak każdy kot najpierw uciekłby na drzewa. Ale nasze dwa na jednego... Jeżeli Loli udałoby się chwycić go za kark, to nawet taki okaz nie zrzuciłby z siebie „mizernych” 40 kilo Pitbulla. A Golden Boy i jego 60 kilo mógłby dokończyć pumę. Oby nigdy do tego nie doszło.

Proponuję jechać dalej, poza teren tego samca, dopiero wtedy wypuścimy psy na siusiu.

- Ja też, ja też...

Noc minęła bez żadnych wrażeń. Polana na której zatrzymali się była na tyle duża, że widzieli skraj lasu i to co mogło z niego wyjść. Psy odbiegły, ale szybko wróciły. To nie był teren podniecający zapachami obsikanych latarni i drzew. Jałowo, żadnego psa, też mi teren do biegania...

Mieli ruszyć, gdy usłyszeli strzały, kilka... Dochodziły gdzieś z boku, jakby z tyłu. Należało najszybciej ruszyć przed siebie jak najdalej od wystrzałów. Dopiero świtało, gdy reflektory „wymacały” trzy białe sylwetki.

Gorączkowe, rozpaczliwe wymachiwania rąk... Dwie dziewczynki i trochę starsza dygotały z zimna nie mogąc wydusić słowa. Resztka kawy ze śniadania pomogła i starsza przedstawiła się jako opiekunka, opowiedziała makabrę ostatniej nocy.

Napastnicy zaskoczyli obozowisko. Sterroryzowali harcerki strzelając najpierw w powietrze, ale gdy kilka próbowało uciekać zastrzeli je...

- Jak mogłyście się dać zaskoczyć. Nie rozstawiliście wart?

- Nawet gdyby, to co by to dało. Warty rozstawiłyśmy ale poprzedniego dnia dzieciaki miały długi marsz i były zmęczone. Ochotniczki do warty, najsilniejsze po prostu zaspały. Helen nasza lekarka opatrywała stopy. Pomimo ciągle powtarzanej instrukcji, że nie trzeba wkładać drugiej skarpety, a stopa powinna być w gładkiej dokładnie dopasowanej, wiele dziewczynek nie posłuchało i dostało krwawe pęcherze.

- Ale jak udało się wam uniknąć tego co spotkało resztę.

- Sorry, jestem Kristi, a to jest Flo i April. Spałam z nimi w namiocie, gdy padły pierwsze strzały. Uciekłyśmy w koszulach i piżamach. April bez majtek, bo tak ją wychwali rodzice, by tak spała...

- Ja też tak śpię, nie martw się April.

- Mamy tylko to co na sobie. Zdążyłyśmy wskoczyć w Adidasy i tyle. Uratowaliście nas, ale teraz i wy musicie się ratować. To są mordercy i zboczeńcy. Uciekając usłyszałam jak jeden z nich przechwalał się, że harcerki wreszcie poznają co to jest mężczyzna...

Uciekamy, proszę! Uciekajmy jak najdalej. One są w szoku i chyba za młode by zrozumieć...

- Ja nie jestem. Miesiąc temu taki jeden pokazał mi swego siusiaka i mówił, że go zmieszczę miedzy nogami...

- Teraz ważniejszym jest nie zmieścić kulki miedzy oczy...

Psy zaczęły swoje liz, liz i dziewczynki jakby zapomniały o okropnościach ostatniej nocy. Nie na darmo wiadomym jest, że pies potrafi nawet przykutych do inwalidzkiego krzesła, w szpitalu, prawie postawić na nogi...

Uciekać... Gdzie... Mogli jechać tylko przed siebie, ale bandyci? Jeżeli znajdą ślady opon... A czy jest inne wyjście?

Po godzinie jazdy Kristi i dziewczynki zasnęły wtulone w siebie a Lola i Golden Boy (zwany inaczej... Złotko) dodawały ciepła. Czyli cała piątka jak jeden kłębek...

- Boże...A więc najgorsze się spełniło. Sama zaraża nie wystarczyła musiała dojść ta tych zboczeńców. Myślisz, że pojadą za nami?

- Uważam, że będą szukać tej trójki. To są świadkowie. Co zrobili z reszta? Chyba zgwałcili lekarkę, opieknunkę i co większe dziewczynki, ale co dalej? Jeżeli wiedza o zarazie, to słusznie myślą, że ani wojsko ani policja nie spieszą się na pomoc harcerkom. Obozowisko miało doświadczone opiekunki, lekarkę i zapasy żywności. W takiej głuszy nie musiało się obawiać niczego. Ci trzej pojawili się jak zaraza... Co się stanie z harcerkami? Ważne, że zdecydowana większość żyje, a napastnicy znudzą się i tak jak przypuszczam pojadą szukać Kristi i dziewczynek. Ile one maja lat... myślę, że dwanaście, ale April wygląda na dużo starszą, może dlatego, że Flo jest taka drobna. Cholera, mogłam zabrać więcej majtek, ubrania dla siebie...

- Ale genialnie pomyślałaś o igle i niciach, chyba zabrałaś?!

- Nie musiałam, są razem z „termiczną” bielizną. Kto by przypuszczał, że to się kiedyś przyda. Pamiętasz jak przedzieraliśmy się przez kolczatki zarośli na Mt. Boldy w Kalifornii? Od tego czasu van ma igły i nici.

- Powinniśmy szukać groty o jakiej mówił Frank, ale teraz trzeba odjechać najdalej i aby droga pozwoliła. Zaraz... Nie wystarczy od jechać.

- A zrobić niby co?

- Nie niby, ale zablokować drogę. Jest jedyna. Jeżeli oni pojada naszym śladem to trzeba ich zatrzymać.

- Dlatego powiedziałam - niby jak...

- Jeszcze nie teraz, ale po paru godzinach, gdy odjedziemy na tyle, że zyskamy na czasie to musimy ściąć drzewo, tak aby upadło na drogę.

O, taki świerk, tak ten na metr gruby. zablokuje idealnie. Wątpię aby oni mieli piły i siekiery. Oni wierzą w to co w lufie...

- Ściąć taki świerk? To nawet dla zawodowych drwali...

- Za dużo? Nie, Kasiu, nie dla nas. Będziecie się zmieniały przy pile. Ja napocznę drzewo siekierą... Godzina, dwie i powinno paść.

- Gdy panienki się zbudzą to zaczynamy. Nie jest zimno, a praca doda ciepła. Dla April mam majtki. Reszta panienek będzie nosiła aż z nich spadną. Ja też muszę mieć? dla siebie, prawda?

- W cholerę z tematem! Ja mogę chodzie bez majtek. Znam facetów co tak robią.

- Ja znam panienki, ale to są dzieciaki.

- Tym bardziej nie muszą mieć majtek. Rzeczywiście mamy o czym mówić. Koniec spania. Zaczynamy we dwoje. Potem Kristi cię zmieni, a April i Flo też mogą razem ciągnąc piłę...

Niebotyczny świerk nie ustępował. Kasia łykała i pot i łzy... Teraz dziewczynki też miały pęcherze, Kasia nie mniejsze, ale drzewo już chwiało się. Popychane wspólnymi siłami upadło łamiąc gałęzie sąsiadów. Droga była zablokowana.

Marek zapowiedział przerwę na odpoczynek i jedzenie, ale dopiero po godzinie jazdy. Obawiał się, że jeżeli bandyci dojada do blokady, to będą próbowali obejść na piechotę czując być może jeszcze większą zdobycz.

- Kristi, zapewne już wiesz, że świat jaki znaliśmy teraz nie istnieje.

- Wiemy to od paru dni. Obawiam się, że dziewczynki coś usłyszały z radia, ale nie potrafią, a może nie chcą rozumieć. Zastanawiałyśmy się jak im to przekazać by uniknęły szoku, w ich wieku...

- W ich wieku? O czym ty mówisz! Nie wiem jak jest w Vancouver, ale w Stanach ich rówieśniczki nie tylko, że eksperymentują z narkotykami, ale wiele regularnie pali trawkę

Sprawy seksu? Mogą cię uświadomić...

- Nie sądzę,jestem na trzecim roku medycyny.

- Jesteś jak skarb! Chociaż w tym mamy szczęście. Ja ci powiem jak wytłumaczyć dziewczynkom co się stało-po prostu.

- Tak bez przegotowania?

- Jakiego? Że ktoś zdecydował uśmiercić świat? I co z tego, co to zmieni. Ważniejszym jest aby zrozumiały, że skoro są z VancouVer to już nie mają domów. Dostana szoku? Wątpię, ale nawet gdyby to są całe i zdrowe. A dom? Właśnie... Jako harcerki macie teraz obowiązek wyszukanie takiej groty, w której możemy przezimować. Chyba wiesz, że najdalej za trzy miesiące spadnie śnieg, a rtęć skurczy się sporo poniżej zera.

- Chcesz bym powiedziała im już teraz?

- Jeżeli nie ty, to ja im powiem. Zobaczysz, że przyjmą to lepiej niż myślisz. Dla nich to teraz, tutaj jest jak przygoda. Że była makabryczna? Na szczęście tylko na odległość. A w ogóle jakim cudem wam się udało uciec.

- Nasz namiot był na skraju obozowiska, tuż przy lesie...

- Jest jeszcze jeden problem, ale o tym porozmawiam z Kasią.

- Nie musisz. Będziemy rodziną, może nawet przez dłużej niż sobie tego życzymy. Chciałaś powiedzieć, że jedna z dziewczynek dostała okres?

- No nie... Skąd ta wiedza. Kasia powiedziała, że nie macie dzieci.

- Kristi, od ponad dwudziestu lat jestem fizjoterapeutą, coś wiem, bo trafiały się pacjentki w wieku tych dziewczynek i musieliśmy odpowiednio „przymierzać” rehabilitację...

- Skoro o tym... Jakbyś nie nazywał, ale są tu cztery baby... Będzie problem z „babskimi sprawami”.

- Nie dla mnie, Z góry się odcinam i nie wyrabiam tego tematu. Są koce, igła i nici. Kasia i ty zajmiecie się tym co potrzebne, kumasz?

Czy powiedziałem, że szukacie groty?

- Tak, może jednak powiem im całą prawdy o zarazie.

- Całej nikt nie zna. Uważam, że wystarczy gdy im powiesz,że przez rok, może dłużej nie mogą wrócić do domu, bo w Vancouver jest jakaś groźna choroba, a telefony nie działają. Rodzice, rodzeństwo? Niech same sobie dośpiewają resztę. Nie maja wyboru i kropka. Im szybciej to zrozumieją tym lepiej dla nas i dla nich. Najszybciej zapomnieć jest o problemach, gdy zmęczenie bierze górą nad myślami. Zarządzam postój i zbieranie jagód. Kto pierwszy znajdzie rzekę dostaje całą tabliczkę czekolady...

Dziewczynki zadziwiająco lekko przyjęły wiadomość o konieczności przedłużenia wakacji... Obiecanka czekolady odsunęła szukanie jagód, Flo pierwsza znalazła rzekę, była zresztą prawie o krok.

Była jednak bez ryb.

Marek liczył, że coś złowią, i uwędzą. Dobrze się stało, bo dym mógł naprowadzić bandytów. Należało jechać dalej.

Góry były z każdej strony, ale aby do nich dość przez las i wykroty skalne należało zostawić vana a to był dom i dobytek. Gwarancja, że znajdą odpowiednią grotę była jak trafienie na loterii.

Może jednak skoro przybyło rąk należało zacząć budowę przynajmniej chaty. Tak, ale taka "była dobra do pierwszych mocniejszych mrozów.

Była połowa lipca. Jeżeli wierzyć w co mówił policjant, to mieli zaledwie najwyżej trzy miesiące na budowę... Mówił też, że wybudowanie domu zajmie im rok. Powiedzmy teraz mniej, bo dzieci są najsilniejszymi atletami. Żaden złoty medalista w dziedzinie wymagającej siły i wytrzymałości nie potrafi tak, jak dzieciaki biegać cały dzień, szybko zjeść kolację i wyrywa się po więcej... by następnego dnia wstać bez przekwaszonych mięśni... Teraz widmo zimy przesłoniło nawet zarazę. Byli cali i zdrowi. Zapasy żywności powinny wystarczyć aż do chwili, gdy Marek nic Kasi nie mówiąc, upoluje jelenia.

Ale jak uratują się przed zimnem. Teraz van, zwłaszcza gdy wypełniony ludźmi, psami i zapasami dawał tyle ciepła, że nawet otwarte okna nie wystarczały i Kasia, która nigdy nie czuła zimna, ale nie wyrabiała gorąca spała „ubrana” jak na plażę... Jak długo van będzie miał paliwo, tak długo nawet w mroźne dni można włączać ogrzewanie, ale właśnie, jak długo...

A gdyby wcisnąć van w najgęstszy maczetnik świerków, gdzie nawet duże opady śniegu nie sięgają do ziemi, gdzie zawsze jest suchy mech. To jest myśl... Trzeba będzie tak zakryć gałęziami, że zniknie pod nimi - To jednak nie wystarczy. Musi być miejsce na ognisko i wychodek. To przecież pięć osób, a trzy ciągle rosną, no i psy. Tak, należy więc również zbudować coś jak przedłużony dach i miejsce na drewno do ogniska. Drzwi od vana otwierać na tyle, aby się przecisnąć. Miejsca do spania jest dość. Najmniejsza Flo może spać na siedzeniu pasażera, bo rozkłada się do pozycji leżącej. Kristi może spać na tylnym siedzeniu, April z psami i Kasią.

Czy w największe mrozy, gdy opatuleni po czubek nosa potrafią przeżyć... Ile może być wtedy stopni w vanie, dziesięć ciepła, osiem? Powinno wystarczyć, gdy żołądki pełne. Każde stworzenie wytrzyma zimno gdy nie jest głodne. Tak, chyba tak trzeba zrobić.

Uspokojony zasnął. Śnił, że jest na korcie przy szkole Towson High we wschodnim Tucson, gdzie rozgrywali turnieje. Jest gorąco, oczywiście, że jest, ale dziś dzień zapowiada się nadzwyczajnie. Absolwenci University of Arizona, a obecnie gwiazdy NBA Andrew Igoudala, Jason „Jet” Terry i Gilbert Arenas zagrają w charytatywnym turnieju.

Przeciw nim wystawili najlepszych i Mark miał swoje piętnaście minut by „karmic” szybkiego Ala i podawać na „trójki” małemu Joe Cotton... Uwielbiał wchodzić zygzakowatym dwutaktem udając rzut i „karmić”, „wykładać na talerzu” piłką Alla lub Barrego, którzy wiedzieli, że muszą razem z nim iść „pod dziurę”. Nawet gwiazdy NBA jakiś czas dawały się na to nabrać. Czarny All miał tylko 192 cm wzrostu, ale był jak stalowa sprężyna.

Miał niesamowicie długie palce więc trzymał piłkę jak pomarańcz... Zanim rzucił to wykonał tyle ruchów ręka, że musiał być sfaulowany albo włożył do kosza. Do przerwy przegrywali zaledwie 54:61... Grę przerwał upał, Pierwszy raz Marek nie mógł oddychać, dusił się, coś przygniatało oddech, wciskało się do ust. Obudził się mając na sobie i na twarzy rozkosznie rozciągniętego Golden Boya...

Już nie zasnął. Rozpamiętywał coś co teraz było śmiercią. To, że znikły kina, teatry, książki było do przewidzenia, bo internet zabiłby je prędzej niż później. Zwłaszcza książka musiała

umrzeć jako pierwsza, proste, była niebezpieczna dla władzy. Raz opublikowana była nie do zmiany. Można ją było spalić zniszczyć, ale nie można było dowolnie, tak jak w komputerze, dodawać lub wyrzucać. Musiała umrzeć...

Ale umarł sport. Gdy wreszcie wyczesano, oczyszczono go z korupcji stał się czymś unikalnym, bo prawdziwym. Nie można było oszukać, wycwanić. Wygrywali lepsi, pracą, potem, łzami i często krwią. Był prawdziwy, co czyniło go ostatnią prawdą człowieka...

Wtedy... Z „rozdartym sercem” patrzył na spotkanie Philadelphia 76 przeciwko Dallas Mavericks... Na parkiecie przeciwko sobie grali właśnie Igoudala i Terry. Obu znał osobiście, uwielbiał słuchać typowego, murzyński slangu „Jeta”, który pomimo ukończenia jednej z lepszych uczelni pozostał przy wymowie swego dzieciństwa. Ostatecznie „Kowboje” wygrali. Było to... Wieki temu?

Jakby w ogóle nie było... Już nie będzie...

Gdzie zginęli jego przyjaciele z kortu koszykówki, jak i co czuli, oni, najwytrzymalsi z wytrzymałych, bo takimi są koszykarze. To nie piłka nożna, gdzie można drobić, zwolnić, odpocząć i przyglądać się... Nie imitacja sportu jakim jest amerykański futbol propagujący otyłość. Jego zawodnicy w czasie meczu trwającego nawet trzy godziny biegają najwyżej... 20 minut. Nie baseball, gdzie „outfielder” daleko w głębi boiska może dłubać w nosie i nikt mu nie przeszkodzi. Koszykarz jest w ciągłym ruchu, a rwany bieg przyśpieszeń, zahamowań, skoków, stawia dla ciała maksymalne wymagania.

A teraz... Co czeka te dzieci. April zachowuje się jak panienka... Czy spotka swego chłopaka, a kiedyś mała Flo też przestanie być dzieckiem. Kristi... To kiedyś była „chłopaczara”, wspinaczki na drzewa zamiast lalek, ale przecież jest kobietą. Tak, wiosną trzeba będzie jakoś nawiązać kontakt z Frankiem, z ludźmi. Czy Kristi zastąpi mu jego dziewczynę, a dziewczynki znajdą rówieśników. A jeżeli i tam dotarła zaraza...

Czy przy zdrowych zmysłach potrafią czekać tu pięć lat licząc, że ziemia odrodzi się po zarazie i wrócić. Do czego... Dziesięć lat...? Będę miał ponad osiemdziesiąt... Czy ciągle potrafię utrzymać siekierę, piłę... Może uda się z panienek zrobić drwali, gdy mnie zabraknie...

Świtało gdy postanowili ruszyć. Na szczęście droga ciągle była dobra. Nie istniała na mapie i nie wiadomo dokąd prowadziła, ale obecnie to nie miało znaczenie, aby dalej od strzałów...

Podzielił się myślą o „zabudowaniu” vana na prowizoryczny dom. Niestety, Kristi urodzona w Calgary znała możliwości zimy w tej części świata. Osiem stopni ciepła w nieogrzewanym nawet tak ocieplonym vanie? A zero stopni to nie łaska. Fakt będą nagrzewać własnym ciepłem, to bardzo pomoże, gdy go nie wytracą. W słoneczne dni mogą mieć najwyżej parę stopni ciepła

- A Eskimosi w igloo? Podobno nawet rozbierają się, tak jest ciepło.

Kati, dziecino z południa... To są Eskimosi, to raz, a dwa to że w igloo można palić jak w kominku. Spałam raz gdy byliśmy na praktyce po drugim roku. Czy było ciepło? Ja się nie rozbierałam, ale było, sama widziałam, aż 16 stopni ciepła. Trudno uwierzyć? Zgadzam się.

- To może...

- Nie, Kasza, czy tak wymawiasz?

- Kasza to jest coś do jedzenia...

- Więc ja wolę Kati. Tutaj nie będzie dostatecznie zimno by domek lodowy utrzymał się w słoneczne dni. Musisz być powyżej 58-go równoleżnika na coś takiego, a najlepiej jeszcze dalej.

- To znaczy, że umrzemy z zimna?...

- April, bądź miła dla Golden Boya. Jego futro plus 60 kilo wagi nie pozwoli ci umrzeć. Lola ma gorzej, bo jej futerko jest cieniutkie, ale Kasia ją ogrzeje...

- A ja, a ja!

- Flo, ty masz Kristi, przytuleni jak dwa psiaki dacie radę zimnu.

- A ty? Kto ciebie ogrzeje?

- Gdyby nie wasza obecność,to Kasia...

- To my możemy wyjść. Moi rodzice zawsze dawali mi na kino...

- To bardzo ładnie z twojej strony April, ale tu nie ma kina... Ja będę grzał się wspomnieniem słonecznego Tucson, gdzie teraz... Sorry, zmieńmy temat. Jak wasze odciski od piły?

- Gotowe na następna pracę...

- Za dwie godziny przerwa na drugie śniadanie plus gorąca czekolad.

- Ja czuje się jak na wakacjach. Może tak być cały rok. Nie cierpię, matematyki, ale ulga! A rodzice w Vancouver?' Tata jest lekarzem, na pewno coś zaradzi i uratuje mamę.

- Moi rodzice wyjechali na Hawaje, dobrze mają, ciepło...

- A u ciebie Kristi...

- Ja też proponuję zmianę tematu, gdy mamy takie wakacje. Zimnem będziemy martwili się dopiero za kilka miesięcy. Do tego czasu coś wymyślimy, prawda Mark?

- Right on, baby jak mawia długi Ali...

- Chwileczkę, nie tak zaraz right on. Ja mam ubranie i nawet aby wam coś dać, ale wy jesteście praktycznie gołe. Teraz to nie jest problem, ale zanim znajdziemy grotę jako dom to skończą się ciepłe dni. Tak, można pociąć dwa koce i coś uszyć, ale na jak długo to wystarczy?

A bielizna? Mark oczywiście nie pomyśli o tym, prawda? Zabrałam tuzin majtek. Mieliśmy tu być trzy tygodnie, ale teraz?

- Może trzeba wrócić do tego miasteczka? Znajdzie się. pomieszczenie w jakimś domu, jest tam ich kilka. Może nawet jakiś sklepik.

- Myślałem o tym, ale teraz nie pomylę się, gdy powiem, że właśnie tam zaplanowali zimować ci bandyci. Bo niby dokąd pojada gdy spadną śniegi. Wiedzą o zarazie i tylko takie miasteczko jest bezpieczne. Wierzę, że coś poradzicie. W najgorszym przypadku z pięciu kocy zostawimy dwa, a z trzech coś uszyjecie. Pomysł z ogniskiem pod dachem z gałęzi jest dziecinnie głupi, przecież to pożar lasu. Następny postój to szukanie groty. Znajdziemy, to przeniesiemy z rana wszystko włącznie z tapicerką i watą ocieplająca, ściany i dach.

Kristi, a jak przezimują twoje harcerki, przecież chyba nie w namiotach, bo to pewna śmierć. A w ogóle to ile was było?

- 24 dziewczynki, lekarka, Bet jako opiekunka i ja. Jeżeli bandyci zabili kilka uciekających, a zostawili resztę, to są bezpieczne, bo obozowisko ma solidny budynek z kominkiem. To była nasza kuchnia i jadalnia.

- Bandyci na pewno ogołocili zapasy żywność. Samym budynkiem dziewczyny nie wyżyją, to tylko kwestia czasu.

- Bet ma licencje strzelca i mamy karabin...

Miałyście, bo bandyci go zabrali.

- Nie sądzę. Nie chciałam mówić, ale to był obóz dla trudnych dziewczynek z nie najlepszych, a nawet patologicznych rodzin. Te są wyjątkiem, ale takich jak April i Flo było tylko kilka. Bet ukryła karabin pod podłoga i tylko my, dorosłe wiedziałyśmy gdzie. Nie muszę, mówić więcej, prawda?

- Tak, to uratuje je od głodu. Tutaj sarny i jelenie same podchodzą pod lufę.

- Marek!

- Mówię jak jest. Tu nikt nie poluje, więc zwierzęta same kontrolują swój przyrost. Już widzieliśmy dwa rysie i pumę, prawda?

Sorry, jeżeli to zabrzmi brutalnie, ale gdyby przyszło pozostać w tej części świata na wiele lat, a kto wie czy nie na dłużej to, przynajmniej tutaj, ludzkość nie doczeka się potomstwa...

- Przecież mamy ciebie.

- Kristi, mam nadzieję. że żartujesz. Ja ciągle się, delikatnie mówiąc, nadaję... ale nie aby przedłużać ludzką rasę, a na pewno już za kilka lat nie... Ale teraz to jest najmniejszy problem.

W nocy chyba słyszałem strzał. Śniłem, że van zakopał się w głębokim piasku i jak to bywa we śnie, logicznie mówiłem, że tutaj nie ma piasku... Wtedy usłyszałem strzał. Obudziłem się i nie jestem pewny czy to nie był tylko sen.

Konkluzja jest jedna, odjechać stąd najdalej, licząc, że gdyby to oni nas szukali, to mogą jedynie na piechotę.

- Ale jak mamy szukać groty. Mówiłeś, że widziałeś rysie, dziewczynki i ja możemy być brane za pokarm...

- Dlatego będziemy razem szukali, tyle, że na odległość głosu. Kasia i psy zostaną w vanie.

- Ale psy nas obronią, weźmy je...

Nie, April, psy zapędza się nie za rysiem, ale za sarną i mogą pokaleczyć, albo nawet połamać nogi w tym terenie. Nie wolno luzem puszczać psa w lesie. Pies jest naturalnym myśliwym. Wilki będą uciekać przed psami, ale mogą odwrócić się, gdy psy wpadną na ich teren i będzie po psach.

- Nie dadzą się wilkom, prawda Lola, ty się nie dasz, a on cię obroni.

- To nie będą sportowe zawody. Wilcza wataha może liczyć nawet dwadzieścia i więcej osobników. Dla wilka pies jest równie dobrym pokarmem jak każdy inny. Jeden na jednego Lola poradzi sobie z największym wilkiem, myślę, że Golden Boy też, ale to nie będzie pojedynek tylko rzeź ...

- Boże... dlaczego tak musi być, że i ludzie i zwierzęta się zabijaj?

- Flo, zwierzęta zabijają aby żyć, ludzie aby zaspokoić najbardziej chore instynkty.

- Tak jak tamci? Myślisz, że wrócą po nas?

- Jestem pewny, że zrobią wszystko by dokończyć... Ale pnia nie usuną, nie podniesie go nawet dziesięciu facetów, nie przetną, wiec jeżeli naprawdę chcą ,to ruszą piechota, a to da nam przynajmniej dwa dni. Uważam, że po kilkunastu godzinach znudzi im się i odpuszczą. Wrócą do Bella Coola zapytać na stacji benzynowej o nas. Właściciel był bardzo ciekawski, ale nie widział, że mamy kuszę, to dla nich byłby najcenniejszy łup. Kasia też...

- Dzięki za komplement...

- Nie ma sprawy.

Tak więc koniec, gdybania, ruszamy, za trzy godziny przerwa i do roboty. Z tego co widzę, to góry „popękały” bardzo miło i jestem pewny, że coś znajdziemy.

- Czyli będziemy jaskiniowcami, jak ci z książek, prawda?

- Prawda, a ty będziesz jadła surowe mięso jak oni...

- Wcale nie, bo oni znali ogień!

- Ale ogryzali kości... Masz mocne zęby?

- Ona mnie kiedyś ugryzła!

- Może trenowała.

- To jest bardzo mądra rozmowa, ale zachowajcie energię. Zaraz, zaraz. Tu jest odejście od drogi i czy mylą mnie oczy, czy widzę budynek?

- Tak! Tak! Tam jest jakiś dom! Może są ludzie, ubrania, majtki! Nie jest prawdą, że cuda zdążają się tylko w bajkach, co nie znaczy również, że dom leśnym pustkowiu był cudem... Ważne, że był jak zbawienie...