| Rozdział VII "DOM" |
| Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz | |
DOMBył od dawna niezamieszkały i to było jego pierwsza zaleta zanim poznali inne. Ktoś tak zaplanował i zbudował tak zwaną Cabin lodge, że spełniała role całorocznego domu. Tego typu budowle były bardzo popularne w Stanach i Kanadzie. Coraz więcej ludzi uciekało od miasta, wielu nawet rzucało prace aby żyć imitacją tak zwanej wolności... Ten kto zbudował tą kabinę pomyślał o wszystkim, bo nawet ubikacja na końcu kabiny była... ogrzewana rurą, która od pieca biegła przez główne pomieszczenie, małą sypialnie, aż do ubikacji. Solidny kamienny piec i duża płyta... Zestaw naczyń, a co najważniejsze to grube ściany dokładnie uszczelnione. Równie gruby kurz pokrywał wszystko. Ktoś opuścił to miejsce bardzo dawno. Nie zastanawiali się kto i dlaczego. Teraz cała piątka była dzieciakami odkrywającymi jak prezenty pod choinką... O, tu jest ogromna szafa, stół i ławy, nawet dwa łóżka z materacami! Pod daszkiem, dokładnie zamknięte od wiatru i deszczu były resztki drewna do pieca. - Czy ściany nie zapalą się, gdy ta rura będzie bardzo gorąca? - Jak widzisz nie dotyka bezpośrednio do drewna, ale leży na kamieniach. Ktoś przewidział twoje pytanie. - Wiesz... Chyba pierwszy raz naprawdę uwierzę w Boga... - Nawet, gdy ten dom zbudował niewierzący, a najprawdopodobniej był takim. Znam ten typ ludzi zbuntowanych przeciwko cywilizacji i wszystkim dogmatom z religijnymi włącznie. - Nawet, gdy go zbudował najbardziej czerwony komunista, to chyba uwierzę też w komunizm... - Przepraszam państwa starszych... - Co jest Kristi... - Dziewczynki nie zmieszczą się we dwójkę w tym łóżku. Ja będę spała na drugim, a wy? - Skoro już rozdzieliłaś co komu... Sorry, żartuje, nie ma sprawy, bo poszerzymy łóżko i starczy na dwie duże osoby, a my? Pewno nie zrozumiesz, ale zawsze spaliśmy osobno, więc czeka nas sporo roboty, by ten główny pokój zmienić w naszą sypialnię. Nigdy nie byłem stolarzem, ale mamy tyle par rąk, drewna nie brakuje, więc będą dodatkowe łóżka. Wy macie materace, poszerzone łóżko wyłożymy miękkim igliwiem sosny, jest prawie jedwabiste. My też będziemy spać na takim. Są kołdry, niestety tylko trzy i zostaną trzy koce. Zaraz, a co jest tam? To wygląda jak szafa wbudowana w ścianę... No, nie!Dziewczyny! Tu jest masa kocy i dwie kołdry. Fakt, śmierdzą jak stare ubrania, ale do jesieni słonce wyciągnie ten zapach. Żyjemy! - Panie Marku... Czy mogę mówić Mark? - Możesz, Flo , oczywiście że tak. - Bo teraz trzeba powiedzieć, że Bóg jest wielki... - Amen, Flo, amen. Niech każdy po swojemu, po cichu podziękuje. Okej, a teraz panienki za miotły i nasz dom ma być czysty. Ja dorąbie drewna i ruszę piec. Gdy umyjecie blaszane talerze, to dziś zjemy gorącą fasole z wędzonym boczkiem, a dla Kasi z drobiowymi kabanosami. Pychota? To za mało, bo pychota we własnym domu! - Ale on nie jest nasz... - I słusznie. A czyj jest i gdzie jest właściciel? Jeżeli nie ma piły i dość siły w rękach, to on też nie przetnie pnia. Zakładając, że właśnie teraz zdecydował wrócić. Minął tydzień od dnia sądu ostatecznego, bo takim był dzień zarazy, więc miał dość czasu by tu wrócić. Nie wrócił, to znaczy, że jest albo za daleko albo za blisko zarazy... Na jedno wychodzi. Zresztą, nic tu nie uszkodzimy, przeciwnie, dom musi żyć, oddychać. Będzie pewien problem z woda. Zimą zlikwiduje go śnieg, ale teraz musimy oszczędzać, bo chociaż beczka ma ponad sto litrów, to woda będzie do picia i jedzenia. - Musimy się myc. - Jestem pierwszy za tym, jedyny w dziurawym towarzystwie, sorry, częściowo dziurawym... - To nie jest śmieszne. Bez prysznica nie zasnę. - Kasiu, gdy zmęczysz się pracą, a czeka nas sporo, to zaśniesz na stojąco. Gwarantuję. - Ale dom ma prysznicowa kabinę... - Oraz sto litrów wody... - Znajdziemy rzekę albo jezioro. - Super, są wiadra... Może też znajdziemy ryby. Trzeba będzie, aby już teraz zacząć wędzić i suszyć. Musimy mieć białko. Nawet te dodatkowe zapasy wystarczą może najwyżej na dwa miesiące. - Psy mogą upolować zająca... - April, raz, że Kasia im stanowczo zabroni, a dwa, że nie dadzą rady załapać zająca choćby celowo zwalniał ucieczkę... To nie jest książeczka o przygodach na wakacjach... Sorry. - To są wakacje, sam powiedziałeś! - To prawda, takie przedłużone. Ale teraz do pracy. Zanim skończycie piec da nam gorący obiad. Mówi się - ognisko domowe i jakże słusznie się mówi. Dom bez pieca, dom w lesie to tylko ściany i dach... Pierwsze dziesięć minut aktywności pieca dało dymną zasłonę. Musieli długo wietrzyć zanim komin przepalił lub przedmuchał cokolwiek w nim było i pod fajerkami płyty pojawił się czysty ogień. O dalszej pracy nie było mowy natomiast Flo domagała się jakiejś stosownej opowiastki, może być bajka... - Skoro wybór padł na mnie, a bez mego głosu, to nie mam wyjścia. Okej, Flo, a znasz taka?... Było kiedyś pięcioro rozbitków na oceanie grozy. Bali się, chociaż ten największy ukrywał to. Tylko ich dwa psy się nie bały, bo ich cały świat nie znał oceanu grozy. Ich cały świat był obok, jak zawsze... Nadleciał huragan zła, strzelał piorunami... - Ale rozbitków, nie było pięcioro. My doszłyśmy później... - W bajkach wszystko jest możliwe, nawet czas przeszły zmieniony w przyszły i odwrotnie. Nie przerywaj... Ocean czarny był i bezkresny, ale tak dziwnie, bo z obu stron ich łodzi więził ją wysokimi falami wody, która nie była mokra. - Nie ma takiej i to nie jest bajka, bo to jest o nas. - Tak, Flo, ale to jest najpiękniejsza bajka jaką znam. A wiesz dlaczego? Bo rozbitkowie znaleźli bezpieczną przystań i już nie bali się. Bo nie boisz się, prawda? - Nie boje się, Lola mnie obroni, a Golden Boy pomoże. Ty też możesz się przydać... - Dziękuję za tyle zaufania i wiary we mnie... A Kasia, Kristi i April, czy nie pomogą zwyciężyć złe moce? - Jeżeli April przestanie nazywać mnie dzieciną, to pozwolę jej walczyć... Ścinanie sosnowych, rzeczywiście mięciutkich, długich „igieł” było zadaniem dziewczynek. Bardzo tym przejęte dały dobrą okazje do narady dorosłych, a było o czym mówić, bo Marek już miał dwie wersje dalszych wydarzeń. - Pierwsza sprawa. Kristi, co dziewczynki wiedza o zarazie. Co im powiedziałyście. - Helen zadecydowała, że to jest taka długotrwała choroba i nie jest bezpiecznie wracać do domu - może nawet przez rok. - Bardzo mądrze i tyle mają wiedzieć. Karabin... Miałaś go w ręku? - Nie, nie znam się na tym. Betty mówiła, że to jest bardzo mocna broń, że nawet gdyby napadł na nas niedźwiedź ,to powali go jednym strzałem, a może przebić na wylot. Czy to możliwe? - Tak i wygląda mi na kaliber 7.62 z pociskami o stalowych końcówkach. W wojsku nazywa się to - rdzeń ołowiany wprasowany w płaszcz stalowy, A ile amunicji? - Jakieś dwa pudełka. - Teraz następna sprawa, oto jak widzę i harcerki i tych bandytów. Nie mam wątpliwości, że zdecydowali przezimować. Polikwidowali telefony i radia i czekają na przylot helikoptera, co jest logiczne, bo policja zaniepokoi się ciszą. Helikopter zatankuje paliwo w miasteczku, a bandyci zastrzelą załogą. Nie sadze by wysłano następny helikopter, bo policja, wojsko, władze Prince George mają pełne ręce roboty z tysiącami dodatkowych mieszkańców. Obawiam się, że już tam jest zaraza. Po prostu wykluczam aby ktoś z tych tysięcy uciekinierów nie był daleko na południe od granicy, a jako Kanadyjczyk został wpuszczony z powrotem, zanim Vancouver dostał uderzenie zarazą. Tak czy inaczej jest to jak środa po wtorku. Bandyci wiedząc, że są bezkarni zatęsknią za seksualnymi uciechami w obozowisku harcerek. Tym razem Betty może mieć dla nich niespodziankę. Mówiłaś że jest licencjonowanym strzelcem? - Zgadza się. Wygrała sporo zawodów. - Wobec tego, gdy dojdzie do konfrontacji to wystrzela ich jak tarcze na strzelnicy. - Więc zabije? Ale głupio zapytałam... - Nie, Kristi, nie zabije. Być może albo rani któregoś, albo tak jak mówisz, zabije. Jest pewien problem i jest nim ogromny hamulec mentalny jaki może odebrać Bet celność strzału, jest nim strzelanie do człowieka... - Nawet takiego zwyrodnialca?! - Tak. - Więc co się, stanie? - Bandyci odpuszczą. Wiedza, że łatwiej jest strzelać z ukrycia. Nie zechcą ryzykować: i tu jest druga wersja... - Pojadą do nas? Ale jak, przecież zablokowaliśmy drogę. - Oczywiście i dlatego zawrócą do miasteczka po piłę i siekiery. Już wiedza, że stanowimy łakomy kąsek, nawet gdy nie wiedza o was. Są przekonani, że umarłyście z głodu i wycieńczenia, albo dopadły was drapieżniki. Nawet jeżeli nie połakomią się na nas, to zwyrodniały instynkt powie im - ścigać, dopaść, zlikwidować, aby ten teren był tylko nasz... - Za trzy dni jest koniec obozowiska i wojsko powinno zabrać nas, sorry, mówię nas jakby nic się nie stało... - Rozumiem. Wojsko powinno zabrać was terenowymi ciężarówkami do Prince George, do autobusu? - Tak. Czy myślisz, że tak się stanie? - Gdyby nie zaraza w Prince George, to tak by się stało. Ale obozowisko bez kontaktu z zarazą jest jedynie skazane na śmierć z głodu, ale, ale, chwileczkę! Czy wojsko wie,że Bet ma bron? - Naturalnie, musiała zgłosić i powiedzieć, że jest nie tylko przeszkolona, ale ma wiele medali. - Wobec tego wojsko lub policja dodadzą dwa do dwóch i wyjdzie im bezpieczny los dziewczynek. Jeden jeleń, to jedzenie na cały miesiąc, a jeleni nie brakuje. Mówiłaś, że budynek - świetlica jest dość duży i ocieplony, że ma kominek? - Tak, nawet płytę z fajerkami podobna do naszej tylko większą. - Los dziewczynek leży w rakach Betty, a ich zdrowie w rękach Helen. Nie ma sensu wracać do tej sprawy. Obym się mylił, ale może już jutro możemy mieć wizytę więc już teraz rysuję plan brony... Jestem pewny, że bandyci podejdą blisko i oddadzą kilka strzałów w okno. Od strony drogi jest tylko jedno. To dla zastraszenia. Następnie będą krzyczeć żebyśmy wyszli, bo inaczej to podpalą dom. Każdy by wyszedł. Nie wiedzą, że mamy kuszę... - Mark... Kusze? Przecież to nie jest zabawa w średniowiecze... - Zabawa mówisz. Tą większość facetów musi naciągać noga. Ja dzięki 40 lat treningu ciężarowca jeszcze potrafią naciągnąć ręką. - No i co z tego. Przecież to nie jest karabin. Tym się obronimy? Jest lepsza od karabinu i popularnie nazywa się „cicha śmierć”. Ten rodzaj strzały, najcięższy leci celnie do stu metrów i jest w stanie przebić drzwi do sypialni. Będę strzelał najwyżej z 40 metrów, usłyszą bzykniecie i tyle... Dlatego będę na zewnątrz, za drzewami. Po każdym strzale skoczę o kilkanaście metrów obok. Pierwszy strzał wystarczy by robili w gacie bo nie będą mogli zlokalizować... Nie będę miał zahamowania, by ukatrupić zwyrodnialca. Proste - albo on albo my. Są pytania? - A jeżeli oni zabiją ciebie? - Nie ma jeżeli, z bardzo prostego powodu. Do czego będą strzelali? Do drzew? Do których?... Nie sądzę, abym musiał strzelić drugi raz. Uciekną. Jeżeli nie? Padnie drugi. - Czy nie możesz tylko zranić? - Postaram się strzelić w dupę. Nie będzie mógł siedzieć przez wiele miesięcy jeżeli w ogóle potraf wyciągnąć grot, a wbija się głęboko, zwłaszcza w takie miejsce, zatrzyma się na kości... Ale nie sądzę, abym miał czas wybierać cel, dlatego bez wyrzutów sumienia dam im to co oni dali tym dziewczynkom. - Marek, powiedzmy, że obronimy się, ale czy oni nie wrócą kiedyś, z zemsty? - Mogą i musimy o tym pamiętać, dlatego sorry, że tak powiem – lepszy trup niż ranny. Może uda się, że załatwię trzech. - I będziesz mógł spać? - Jak dziecię, spokojnie, bezpieczny, zadowolony, że oddałem społeczeństwu przysługę. Kanada chyba nie ma kary śmierci? - Z tego co wiem to nie ma. - Oto scenario w świecie jaki znamy, a powiedzmy, że to by się stało miesiąc temu. Zwyrodnialców, czy bandytów, nazywajcie ich jak chcecie, łapie policja. Odsyła do Stanów ekstradycja. W Stanach czeka ich nie elektryczne krzesło bo słodziki w Kalifornii nie tylko jako pierwsi na świecie zaczęli śluby Krzysia ze Zdzisiem, ale rozpłakały się nad karą śmierci. Ergo... Zwyrodnialcy dostaną dożywotkę. A zamordowane dzieci, gdy próbowały uciec? A zgwałcone i pobite Helen i Bet oraz co większe dziewczynki? Kto wyrówna rachunek win, zbrodni. Dożywocie dla nich, w wiezieniu, gdzie są sale gimnastyczne z ciężarami, boiska sportowe, biblioteki. Mało tego... Możecie nie wierzyć, ale w Arizonie meksykańscy więźniowie strajkowali, bo meksykańskie jedzenie było z Taco Bell a nie jak u mamy... W więzieniu Attica, w stanie Nowy York, więzień zażądał koszernego jedzenia, bo przeszedł na Judaizm. Otrzymał... - A Meksykanie? - Musieli się zadowolić żarciem z Taco Bell... - To dlaczego tamten otrzymał żydowskie jedzenie? - Bo inaczej była by sprawa o... antysemityzm. Nie, to nie jest anegdota, to są fakty. Jeszcze to. Po pierwszym strzale macie paść na podłogą i zostać tam. Psy? Będą z wami. Są mądre. Kasia... Dasz rade krzyknąć jak najgłośniej: Strzel mi w dupę, ty śmierdzielu! - Ale dlaczego? - Żeby ich wnerwić. To jeszcze bardziej ułatwi mi ich zaskoczyć. Chcesz potrenować krzyk? - Daj spokój, potrafię... Coś jeszcze? - Niech was nie zmyli dźwięk zapuszczanego motoru, to może być podstęp. Czekajcie na mnie. Dopilnuję by odjechali. Wiecie co... Chciałbym żeby to było już dziś. Będę ręką prawdziwej sprawiedliwości... - Mamy drugą kuszę „pistolet” jest dla mnie. Może i ja pomogę? - Nie. Ty przypilnujesz żeby nie było paniki. Krisi będzie okej, ale dziewczynki może zechcą wyjść, aby oni nie spalili domu. Wiesz jak pokochały ten dom, to teraz jest ich cały świat, dobrze pamiętają tamtą noc i ucieczkę przez las... - Próbowałam pocieszać, ale przyznam, że zwątpiłam. Pogodziłam się z myślą, że umrzemy, byłyśmy tak wyczerpane i zmarznięte, rankiem doszedł głód. One patrzyły na mnie, nic nie mówiły, ale w oczach była nadzieja... To ja nią byłam, a co miałam zrobić... - Wystarczy, nie wracajmy... Zawołaj dziewczynki. Muszą znać plan, oswoić się z nim. Co to znaczy dwanaście lat i wakacje... April nie mogła doczekać się, aż bandyci będą uciekać podziurawieni strzałami. Dla nich łuk lub kusza to tak jak w kreskówkach... Flo chyba udawała równie podnieconą. Był czas na dobrą kolację. Dobrą, bo dziewczynki nazbierały więcej jagód niż igliwia. Ciasto z jagodami wyszło raczej na papkę z jagodami, ale smakowało jak z najlepszej cukierni, własnej ... Przyszła noc, czyżby noc przed bitwą... Może niepotrzebnie straszy atakiem, może bandyci odpuścili. A jeżeli nie, czy nie lepiej być przygotowanym. Wczoraj Kasia pogratulowała mu, że ma młoda córkę i dwie wnuczki... Uświadomili sobie, że to był tylko w części żart, bo czyż teraz nie byli rodziną, a oni, dorośli odpowiedzialni za bezpieczeństwo. Odpowiedział, że przynajmniej odpada obawa o złe stopnie w szkole... Jak zwykle myśli przeganiały się w tysiącach tematów. Jeszcze nie tak dawno kpił z kolegi, który poza komputerem świata nie widział. Kolega, bardzo zdolny informatyk i naprawdę mądry facet, zaniemówił, gdy Mark stwierdził, że komputer doprowadzi do końca świata. Potrafił jedynie jak bezbronne dziecko zapytać, że w jaki sposób, bo przecież świat to jest komputer... Właśnie dlatego. Wyobraź sobie, że ktoś równie mądry jak ty, ale z zamiarami szaleńca wpuści do komputera taki smród, że wszystkie komputery staną. Nie pomogą zaplecza, bo te też zadławią się „bakcylem”. Co się stanie? Świat stanie, nie może być inaczej skoro dosłownie każde urządzenie zależne jest od komputera. Staną stacje benzynowe, sklepy, szpitale, policja, wystarczy? A przemysł, a elektrownie... Czy trzeba wymieniać więcej? Świat to komputer, gdy ten staje, to staje świat. Może to będzie koniec świata. Nie będzie można podreperować tu, podreperować tam, gdy nie będzie czym, bo to też stanie... A zaraza... Czy dokładnie tak samo, tyle że śmiertelnie zatrzymała komputery? Właśnie! Nie musiała zabijać miliony, wystarczy, że padli odpowiedzialni za sprawność, za funkcjonowanie komputerów. A przecież tylko ludzie i tak samo podatni na zarazę. A ten genialny informatyk... Czy zdążył przypomnieć sobie tamtą rozmowę... Są wybrańcami czego? Losu? Tak to się zwykło nazywać, zgoda, ale wybrańcy zostali ocaleni w jakim celu. Jaki cel był przed nimi, przed tą piąką tak nietypowych wybrańców, dwoje dzieciaków, para ludzi na emeryturze i młoda kobieta, być może bez szansy spotkania partnera, by dać początek, jak na wybrańców losu przystało... Spij frajerze, czyż nie wiesz, że przyszłości nie przeskoczysz, że nawet nie dogonisz takimi myślami. Może jutro czeka cię coś więcej niż przedłużony urlop i wakacje dla pary beztroskich dzieciaków. Dobrze, że nie załamały się, bo czy znalazłby mądre słowa, aby podtrzymać i obiecać co?Dobrze, że pogodziły się z perspektywą do wiosny, do lata... Tak trzeba trzymać. Czy jednak bez telewizji, bez światła w długie jesienne i zimowe dni potrafią utrzymać dzisiejszą radość przygodą. Właśnie... Jak poradzą sobie nawet bez lampy naftowe. Teraz zmęczeni praca z ulgą witają noc, ale śnieg i mróz zatrzyma energię, co z nią zrobią zwłaszcza dwunastolatki „urodzone z telewizją i komputerem”... To też przyjdzie, masz czas, śpij... Niestety, nie pomylił się... Psy pierwsze usłyszały ciężarówkę. Składzik na drewno miał drzwiczki wychodzące w zarośla. Chwycił kuszę i dziesięć strzał. Już widział terenowca bandytów. Ci nie spiesząc się podchodzili pod dom. Dobrze, że wczoraj zdążyli ukryć vana tak, że nie różnił się od roślinności... Utykający grubas krzyknął... - Wy tam w tej budzie, wychodzić i to już! Jeszcze nie strzelał, podszedł prawie pod dom i powtórzył. Cisza, Strzały rozbiły okno. Krzyknął, że albo wyjdą, albo podpali budę. Jeden z bandytów spokojnie palił papierosa w ciężarowce. Drugi przyglądał się akcji grubasa. Tak, to był moment. Strzelił powalając grubasa. Ten wył trzymając się za pośladek. Po chwili chyba zemdlał, bo znieruchomiał. Niesamowite, bandzior w samochodzie nic nie widział, kiwał się rytmicznie mając słuchawki na uszach. Ten drugi jakiś moment kręcił się w kółko... Wreszcie uskoczył za drzewo. Nie wiedział, że od strony Marka. Dostał strzała w obojczyk, Marek zobaczył szeroko rozwarte oczy... Chyba jednak trafił niżej, bo bandyta padł i znieruchomiał. Dopiero teraz wielbiciel muzyki zobaczył co się stało. Przyjaciele upadli? Ale on żyje! Ciężarówka rwała ziemie spod kół w szerokim zakręcie. Za późno... Bandyta znieruchomiał na siedzeniu. Źle, cholera źle... Nie tak miało być... Przecież powiedziałeś, że tylko zranisz. Tak? Żeby co, żeby wrócili tym razem w nocy, bez ostrzeżenia? Nie obrażając... W harcerskie podchody się bawisz ze zwyrodnialcami, mordercami. Zwariowałeś, czy to szok... Kasia pierwsza wybiegła, reszta za nią... Ciężarówka pozbawiona kontroli zatrzymała się na drzewach. Silnik wył. Marek wyłączył go. Bandyta żył. Charczał, ale wypluł tylko trochę krwi. Był trafiony w klatkę piersiowa, ale strzała chyba zatrzymała się na żebrach. Oprzytomniał, ale ponownie zemdlał. Postrzelony w pośladek miał się dobrze tylko wył z bólu. Miał nie tylko szczęście, miał grubą dupę, co nie przeszkodziło, być może pomogło załatwić się w majtki... Trzeci bandyt nie żył, Kristi potwierdziła. Kasia nie zdążyła zamknąć psów. Już były prze grubasie i rwały go. Chyba zapomniał o postrzale, bo kwiczał jak zarzynana świnia próbując zakryć twarz. Udało się odciągnąć psy. Kristi już niosła wodę i koc pocięty na pasy. - Będziesz żył ty zboczeńcu. Może zdechniesz - ale powoli, ale ja ci pomogę żyć i męczyć się, długo. Pamiętasz uciekające dziewczynki? To chyba ty strzelałeś, zabiłeś. Masz szczęście, że nie ma tu Helen i Bet bo prosiłbyś o psy... - I am sorry... - Sorry? Wiesz co to jest? Sól, ty zwyrodnialcu. Zanim opatrzę rany te posypię solą. Nie zemdlejesz, gwarantuję ci... - To nie byłem ja, przysięgam! To Tony, on strzelał, a ja nawet nie lubię kobiet, to oni gwałcili. Ja już w szkole nie lubiłem dziewczyn... - Kristi... Może to go uratowało, sorry, tak mi się wyrwało... - Tony, mówisz? Czy dlatego, że zdechł, a taki nic nie powie, nie powie, że kłamiesz, że zesrałeś się ze strachu. - Lady! Nie ze strachu. To bardzo bolało, wiec popuściłem... - Teraz Lady?! Kristi uderzyła go na odlew, biła. Przestała, zakryła twarz i wybuchnęła płaczem, drgała konwulsyjnie. - Kasiu... Zostaw, daj jej się wypłakać. To narosło i teraz wybuchło. Będzie okej. - Co z trupem... - Zdechł i możemy go zostawić, aby choć tak spłacił ,jako pokarm dla wilków. Mnie bardziej martwi jak odczuły to dziewczynki. Widzisz, że stoją jak zahipnotyzowane. Zrób coś. - Nie, nie, Kati, ja jestem okej. Flo, a ty? - To jest jak w kinie, ale naprawdę. Dobrze im, wcale mi ich nie żal. Czy on naprawdę nie żyje, nie wstanie. Zabici zawsze wstają... - Tylko w komputerowych grach. On nie wstanie. Już jest w piekle. - Tak szybko? - Tak szybko. Tam mają bardzo dobrą komunikacje i transport. - Ale fajnie! Wcale nie wygląda jakby nie żył. Może udaje? - Nie, April, nie udaje, ale proszę, wracajcie do domu i uspokójcie psy. Bandyta w ciężarówce też żył. Oprzytomniał, gdy Mark wyciągał strzałę i znów zemdlał. - Mamy trupa i ciężko rannych. Co proponujesz. - Dziewczyny, na razie w głowie pustka. zabiłem człowieka, nie wiem czy ten za kierownicą przeżyje, jak myślisz Kristi? - Rana nie jest śmiertelna, ale wykrwawił się. Bez kilku litrów słodkiego płynu nie przeżyje. - Mam sok z czarnej porzeczki, ale w proszku... - Jest idealna, w jakimś stopniu jako sok powinna uzupełnić krew. Co za ironia, szaleństwo raczej. Będziemy ratować, leczyć zwyrodnialca, drania co zabił dzieci i gwałcił. A czy mamy pewność co do Helen i Betty? - A jeżeli nie tylko zgwałcili, ale zamordowali... - Dlatego doprowadzimy i grubasa i jego do pełnej przytomności, ty będziesz oskarżycielem, Kasia obrońcą, prawda...? - Kiedyś powiedziałeś, że każdy zbrodniarz ma prawo do obrony... Ja wolę być wykonawcą wyroku... - Musi być sąd. Ja będę sędzią. - A Dziewczynki? - Świadkami zbrodni. Pomogą im przyznać się. Nie znaczy, że za dużo czytałem o przygodach, ale rozebrani do naga, wysmarowani syropem klonowym i umocowani do mrowiska powinni może godzinę, dwie być twardzielami... Usłyszą, że albo zaczną mówić, a nie mogą wszystkiego zwalić na trupa, albo nawzajem się oskarżać, a nam jest wszystko jedno, albo zostaną w mrowisku. Gwarantuje pełne zeznania. Trudno, w takim świecie żyjemy - zjesz albo ciebie zjedzą. Mrówki znają tą zasadę... - Kiedyś to wymyślił?! - Coś takiego dawno wymyślono, ja po prostu mam dobra pamięć. Kristi, jak myślisz kiedy dojdą do siebie? - Ten gruby już za kilka godzin. Uratowała go słonina na tyłku. A ten? To może być sprawa paru dni. Zatamowałam krwotok. Nie wiem jakie, oraz ile ma zniszczeń w środku. Jeżeli zacznie kaszleć i nie odpluwać krwią wypije kilka litrów słodkiego soku, to myślę, że za dwa dni będzie nadawał się do mrówek... Połowa lipca dała ciepły wieczór. Grubas był związany, leżał na brzuchu pod świerkiem. Nic nie zapowiadało deszczu, więc powinien dobrze doczekać ranka. „Kierwca” zaczął kaszlać bez krwi. Rankiem Marek zauważył, że dziewczynki nie mogą odejść od grubasa. Coś knuły i postanowił niespodzianie je podejść. Nic nie knuły, ale pluły na leżącego... - Flo, przestań pluć na niego. April... - Ona już przestała... - Ty też możesz. - Ona przestała, bo już nie ma śliny, prawda dziecino? - Jeszcze raz nazwiesz mnie dzieciną, to opluję cię w nocy... - Ale ja będę na niego pluła, aż mi zabranie śliny i nie możesz mi tego zabronić. - Mogę jedynie poprosić... - Już to zrobiłeś, a w ogóle to dlaczego nie zabiłeś go. Wierzysz, że to nie on zabił nasze koleżanki? - Nie wierzę, ale jutro będzie sąd. Obiecuję ci, że on wszystko wyśpiewa, ręczę, że zwalą na zabitego, ale pokłócą się, ja im pomogę... - Kristi mówi, że musimy pochować trupa. - Zrobimy to przed lunchem. To znaczy ja i Kristi. O, tam jakieś sto metrów stąd jest luźna ziemia. Już teraz możecie zacząć kopać, na zmianę. - A jeżeli on wstanie? - Flo, to naprawdę nie jest kreskówka, a ty masz dwanaście lat. - Ona kłamie, że tyle ma, bo tylko jedenaście. - Wystarczy, aby zrozumieć, że martwi nie wstają, tutaj na tym świecie. Czy jest inny? Wiem tyle co wy. Proszę dobrze zamknąć psy. Nie maja prawa zwęszyć... - Ale i tak zwęszą, przecież wiesz. - Nie, April. Raz, że nazbieramy tyle kamieni, że bidzie wyglądało jak piramida, a dwa, że poleję to benzyna. To wystarczy. Pięć par rąk i wystarczająco głęboki dół. - Dziewczyny, czas wysłać go do piekła. - Nad grobem zawsze mówi się modlitwę, prawda Kaszu? - Flo, masz rację, więc co zrobimy? - Zmówię ją. Gotowe?... My tutaj żywi i ci pomordowani przez tego zwyrodnialca wysyłamy jego ciało i dusze do diabła. A jeżeli Bóg po drodze zechce robić swoje, to Jego sprawa. Amen. - Waw! Mógłbyś być księdzem. To była piękna modlitwa, a jaka krótka... - Nie, April nie mógłbym być, bo nie potrafię co tydzień wyciągać z ludzi pieniądze wiedząc, że wielu z nich ma potrzeby rodzinne, a nawet głodne dzieci. - Kristi, jakie prognozy dla „kierowcy”? - Na dziś nie są złe, ale obawiam się, że tylko na dziś. Niestety już na drugi dzień typ zaczaj gorączkować i Kristi stwierdziła infekcję. Bez antybiotyku nie było nadziei. - Dziewczynki, pamiętacie jak doktor Helen zabrała was do lasu, by szukać rośliny, którą nazwała antybiotykiem Indian? - Ona nic nie pamięta, bo była zajęta z Lori, prawda, April? - Dlaczego z Lori. To nie jest najlepsza koleżanka. - Dla April jest. Opowiadają sobie o chłopakach, a wszyscy wiedzą, że Lori dotyka się z nimi w prywatne miejsca... - Flo, zamknę ci tą małą mordę, przysięgam... - Kontakty z chłopcami i ciebie czekają. - Jakimi chłopcami. Tu nie ma żadnych, a w ogóle to ja nie lubię chłopaków i biję ich. - To jest temat na później. Czy któraś pamięta jak wyglądała ta roślina. A ty Kristi? - Zostałam w obozie. Poszły tylko te dziewczynki które chciały oraz Betty. - Czy przyniosły coś? - Tak, zielsko, które Helen żuła na papkę i przyłożyła do głębokiego zadrapania na nodze dziewczynki. Po dwóch dniach nie było śladu po ranie. - Pamiętasz to zielsko, Flo? - Tak. Możemy zaraz szukać? Idziesz, April? - Zostaję tylko ja. Kasia weź kuszę pistolet. Zaczekajcie, zrobię pochodnie, trochę szmaty, benzyna, a tu masz zapalniczkę. Wystraszy każdego drapieżnika. Powodzenia. Wyprawa wróciła szybko niosąc sporo zielska. Kristi zaczęła żuć... Nie było to łatwe, bo po kilku minutach wypluła brunatno - zieloną papkę. - Jak Helen mogła to żuć przez prawie pół godziny... - Mam pomysł... Trzy łyki wódki... Zaczekaj parę minut, a ręczę, że będziesz odporniejsza... - Czy ja mogę też żuć? - April! W domu rodzice pozwalali mi pić wino. Mama jest z pochodzenia Włoszką i mówi, że to normalne. - Może wino tak, ale nie wódkę. Jest trzy razy mocniejsza, a wino które piłaś do obiadu to na pewno Carlo Rossi, jest tylko trochę mocniejsze od piwa. Odpowiedź brzmi – nie. - Kristi, jak tam? - Mmmhy, mmhy... Bardzo dobrze, nawet trochę połknęłam... Czuję się bardzo odporna... - Może już dość? Dasz mu to do picia? Chyba trochę rozcieńczone... Indiański antybiotyk zrobił cuda. „Kierowca” wracał do normy. Był czas na mrówki... |

