Rozdział VIII "SĄD"
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   

SĄD

- Kasiu zostajesz z dziewczynkami. Kristi idzie ze mną.

- My też! My też chcemy zobaczy jak ich mrówki pożrą.

- Faceci będą nago. Zostajecie.

Pierwszych kilkanaście metrów upłynęło w milczeniu, ale grubas nie wytrzymał.

- Przecież możesz nas rozwalić tutaj, gdzie nas ciągniecie!

- Nie na rozwałkę. Mogłem to zaraz zrobić, prawda? Ty,wyglądasz na cwańszego... Czy wiesz jak mrówkom smakują faceci wysmarowani syropem?

Tacy przytwierdzeni do mrowiska, dodam...

- Ty zboczeńcu!

- Ja jestem zboczeńcem? Nawet jeżeli, to ja was położę w mrowisku, zgadza się?

- Ale dlaczego?! Nie prościej jest nas zabić?

- To wchodzi w rachubę, chyba, że popierdolicie się w zeznaniach.

- Miał być sąd w pełnym składzie, ale obrońca zrezygnował z mowy, świadkowie za młodzi, by oglądać wasze fujary. Jest oskarżyciel i ja, sędzia.

Po piętnastu minutach w mrowisku zgodzicie się nawet podpisać wyrok śmierci na siebie, gwarantuję.

- Ale o co chodzi, po cholerę zaraz w mrowiska, powiemy co chcesz.

- Nie co chce, ale jak było. A mrowisko? Bardzo odświeży pamięć.

No! Rozbierać się! Za wolno. Kristi daj im leszczynką po pyskach.

- Ty kurwo! Tylko nie po twarzy!

- Ona naprawdę nie jest kurwą, a ja wyraźnie powiedziałem, że po pyskach, prawda? No już na brzuchy, rączki za głowę! Krisi wiąż ich taśmą, nogi też. Teraz połącz nogi z rękami i odwróć na plecy. Chcę widzieć jak będą połykać mrówki.

Tak, doskonałe, z każdej strony cztery paliki, ja wbiję głęboko. Polewaj syropem. Widzisz, mrówki już zwąchały...

- Panie, panie, tylko nie to! One gryzą jak wściekłe! Do oczu wchodzą!

- Masz nas za ślepców? Przecież widzimy i o to chodzi. Dopiero pięć minut. Wiec, jak było w obozowisku harcerek. Kto strzelał, a kto gwałcił. Zwalanie winy na trupa, jak mu tam Tony? Nie pomoże. Zresztą nawet nie usłyszy, już jest dwa metry pod ziemia.

- Skurwysyny!

- Obrażasz kobiety. Więc?

- Strzelał Tony, on lubi zabijać...

- A kto gwałcił i kogo? Dopiero jest siedem minut...

- Jeszcze trochę, a odgryzą mi język!

- Nie szkodzi, napiszesz... No!

- Ja przeleciałem kobiety, ale Tony woli cielęcinę i roprawiczył ze trzy największe dziewczyny. Nawet powiedział, że jednej nie musiał, bo już była jak otwarte drzwi do raju... Tak powiedział, przysięgam!

- Kristi, nie musisz tego słuchać.

- Chcę, jestem oskarżycielem, chce znać prawdę.

- Okej. Jak masz na imię?

- Larry, grubas jest Ben...

- Ben, ile w tym jest prawdy?

- Wszystko się zgadza, ale on też zgwałcił dziewczynkę, nawet nie płakała.

- Jak miała na imię?

- Chyba Lori, tak Larry?

- Nie zaglądałem do jej metryki urodzenia...

- Co jeszcze chcecie dodać?

- Ja mam pytanie, ale czy ona może nas uwolnić z tego? Jeszcze chwila a zdechnę!

- Właściwie to możesz. Już mi nie jesteś potrzebny.

- Panie, jak panu tam! Błagam!

- Błagasz?! Zapomniałeś, że one też błagały, ty gnoju, śmierdzący gnoju!

Kristi, zostawiamy ich. Idziemy...

Odeszli na kilkadziesiąt metrów, ale wycie zatrzymało...

- Nie mogę, ich tak zabić, po prostu nie mogę chociaż zasłużyli na kilka wyroków śmierci. Odetnij ich...

- No,wskakujcie w gacie, ty grubasie, nic ci nie zostało z wacka?

- On zawsze miał nic, chyba dlatego nie lubi kobiet...

- Nie lubię gwałcić ty skurwysynie. Mówiłem im ale wyśmiali mnie i zagrozili, że odetną od kasy.

- Jakiej kasy?

- Stuknęliśmy bank po drodze z Williams Lake.

- A policja?

- Policja? Teraz nie ma policji. Zadzwoniłem do Prince George, tam już jest kilku zarażonych... Reszta też padnie, włącznie z policja.

- Zostawiliście choć jedno radio w obozowisku?

- Co pan, mieli za dobre radia.

- Teraz są moje.

- Teraz są...

- Chcesz powiedzieć, że to nie koniec, że wrócicie bo was nie zabiłem? Wrócicie żeby mnie, nas zabić?

- Tego nie powiedziałem, to pan powiedział i słusznie...

- Słusznie? To ja ci coś powiem! Psy wyczuły was teraz i wyczują zawsze. Nie uda wam się zaskoczenie, a ja nie będę strzelał w dupy i obojczyki. Fakt, nie mam żołądka by słuchać waszego wycia w mrowisku, ale jak was teraz widzę to przypnę grotami do drzewa, aż wyschniecie na proch.

Co z miasteczkiem, czyste?

Czyste jest i chyba tak zostanie, ale samo skazało się na śmierć z głodu. Przy okazji zamknęli nas, ale my mamy broń i polujemy.

- Już nie macie.

- To co w trucku to tylko połowa, wracamy po resztę...

- Ale dlaczego zostawiliście żywe kobiety, świadków. Jeszcze nie wiedzieliście, że nie ma policji.

- Co pan... Zabijać? Mamy jak w banku, wrócimy. Zarechotał.

- Kristi, daj im pałą w łeb i wracamy do mrowiska. Nie żartuje!

- Ona mi rozbiła głowę!

- To na początek. Ja wam porozbijam jajka i poucinam wacki. Tobie grubasie nie muszę, ale przyznaj,staje ci?

- Czy ona musi to słyszeć?...

- W porządku, więc tobie nie.

Dopiero teraz wycie nabrało wysokiego C... Słusznie, bo Larry już mógł śpiewać sopranem...

- Tak okaleczyć faceta! Zapłacisz za to!

- Możesz już teraz, czy może wolisz najpierw wrócić do obozowiska już nie do „banku”, ale aby zabić? To chcesz powiedzieć?

Zmiana wyroku, mrówki zresztą chyba się najadły. Wyciągaj łapy przed siebie, Kristi przetnij taśmy.

Dwa uderzenie młotkiem i dłonie zwisły bezwładne. Następny cios w prawe kolano. Trzask jak łamanego drewna i „kierowca” padł na twarz.

- Gruby teraz ty.

- Ja wtedy nic nie zrobiłem, przysięgam!

- A kto strzelał w okno i pokrzykiwał, że spali budę? no kto? Wyciągaj łapy.

- Tylko nie po nogach, przysięgam, nie umiem prowadzić .

- On cię nauczy, no, już i po zawodach.

- Przecież oni nie dojdą i nie dojadą by wrócić.

Kristi, o to chodzi. Mówię ci jako fizjoterapeuta i spec od rehabilitacji. Takie rozbicie kolana nie tylko wyklucza prowadzenie samochodu, ale normalne chodzenie do końca ich parszywego życia. Kolano należy wymienić, a nawet wtedy rehabilitacja trwa tygodniami, więc tego nie zrobią. Bez wymiany mogą jedynie podpierać się tą nogą stojąc w sraczyku, bo nawet nie zegną nogi.

Ręce, dokładnie dłonie? Zmiażdżone - palce będą się nadawać tylko do utrzymania łyżki, nawet nie noża. Już nigdy nie poprowadzą samochodu. Odwiozę ich naszym vanem. Przy okazji sprawdzę czy nie kłamał, że miasteczko umrze, bo odcięło się od świata kamienną barykadą. Chyba nie kłamał, bo bez elektryczności nawet sklepy są zamknięte.

Grubas doszedł do siebie na tyle, że dziękował za darowanie życia.

- Powiedział pan sklepy? Jak tylko wyłączyli elektryczność to mili obywatele tej dziury rozkradli jeden drugiemu co kto miał. Chcieliśmy kupić parę gaci. Zero. Musieliśmy z pistoletem po prośbie, to samo z konserwami. Pozamykali się w tych domkach i tak zdechną, Raptem skończyło się... „God bless you” i Halleluja, a wyszło z ludzi co najgorsze...

- Ty jesteś od tego ekspertem...

- Mało tego, ci durnie również zabarykadowali jedyny dojazd do tego obozowiska bo bali się zarazy. Larry pierdo..., że pojedziemy na dupy, sorry panienko, tak mi się powiedziało. Nikt tam teraz nie dojedzie, a te dziewczynki umrą z głodu. Ciepło będą mieć, bo budynek trzy razy jak ten, ale umrą z głodu...

- Tak jak wy.

- Larry to twardziel, będzie polował...

- Nie będzie, bo gdy was zawiozę to zabiorę broń.

- To jest wyrok śmierci!

- Ty to mówisz? Chyba zaraz się rozpłaczę. Tylko takiemu durniowi jak ja zawdzięczasz, że jeszcze żyjesz!Zdechniesz z głodu? Spokojnie, nauczycie się łowić ryby, chociażby na kutasa jako przynętę. Wasza sprawa. Za godzinę ruszany. Ooo, widzę trzy pełne kanistry. Przewidywaliście dłuższą wycieczkę?

- Larry zawsze lubił mieć rezerwę.

- Hej, Larry, może powiesz skąd z Kalifornii? Kiedyś tam mieszkałem. Nie słyszysz? Chcesz usłyszeć przez lewe kolano?

- Odpierdol się ty skurwielu. Mało ci?

- Nie odpowiedziałeś.

- Oaklad.

- Byliście tam chyba jedynymi białasami!

- Robiłem tam w prochach, ale czarni chcieli wszystko dla siebie.

- Jakoś nie wylądowałeś na grillu, co...

- Przynajmniej nie byłbym kaleką.

- Kristi, nie popłacz się ze współczucia, dasz rade?

- Jeżeli mu dołożę parę razy po łbie, to chyba dam.

- Panie, jak panu tam, taka młoda i nawet, aż przykro, że taka ładna, a jest gorsza od pana, przysięgam...

- Nie znasz dzisiejszej młodzieży? Nie wierzy w litość, a ja muszę się tego nauczyć... Ile ten czołg pali?!

- Spokojnie wystarczy byś1 wrócił.

- Mówi się proszę pana,

- Tak, tak, proszę pana, czy możemy już jechać?

- Kristi. jednak ich zwiąż.

Do dawnej blokady było dalej niż przypuszczał, ale bandyci równiutko przecięli pień. Jeszcze jakiejś godzina i wyskoczyły pierwsze, ciemne zabudowania. Deskami zabite okna sklepów. Co za durnie! Zamiast wspierać się tak jak co niedziela pięknie wyśpiewywali w kościele chwaląc Pana, to skazali się na śmierć izolacją...

- Zabierasz nasz truck?

- A jak. Nie słyszałeś o zdobyczy wojennej? Nie czytałeś o Indianach. Dziękuj przodkom żeś łysy, bo ja czytałem o Indianach... Zresztą, teraz nawet nie musicie z pistoletem po prośbie. Za jakiś czas zdrową noga Larry rozbije czyjś garaż, a pod stacja jest dość paliwa. Gdzie reszta broni. Miała być połowa.

- Ben się przechwalał jak zawsze. Jest to co jest, a wiesz co ty udający cwaniaka? Schowaliśmy spluwę z tłumikiem i co nam zrobisz. Już wiemy, że na chłodniaka nie umiesz zabić.

- Nie ma sprawy. Przybiję wąs daleko od domu, bo zanim wyschnięcie będzie smród. Zaproszenie stoi. Zawsze dotrzymuję słowa.

- No,a co zrobicie z tą góra mięsa. Już zaczyna śmierdzieć.

- Musisz się jeszcze wiele nauczyć. Co robiłeś? Uczyłeś małe dzieci w szkole?

- W pewnym sensie uczyłem, dzieci też, bo co?

- Bo mięso się wędzi, soli i suszy. Pewno żona nie pozwoli ci strzelić do sarny... One mają takie piękne oczy, że nawet bym jakąś przeleciał...

- Przyznam, że zdążyłem wąs polubić. Mówią, że nawet do grzechotnika można się przyzwyczaić...

Ben weź tą szmatę w zęby i wycieraj siedzenie, bo się zesrałeś w czasie jazdy. Możesz nawet wylizać do czysta. Nie, nie żartuję, no już!

Odjechał żegnany przymiotnikami.

Czy to jest naprawdę? Czy może śnisz?... Nikt ci i tak nie uwierzy, a zresztą komu opowiesz, może już nigdy... Co innego, gdyby to ciebie zamordowali, aaa, czytelnik by uwierzył zwyrodnialcom, wiadomo tak zawsze jest, ale żeby normalny człowiek wymyślił taką historię?

Frajerze, odpowiedz sam sobie, że nie musiałeś wymyślać, że akcją układała się jak kostki domina...

- No i co?! No i co?! Miasteczko rzeczywiście tak jak oni mówili. Nic nie można kupić? No wiesz co jest nam potrzebne...

- Wiem co jest mi potrzebne. Dwanaście godzin snu. Dobranoc!

Są sny, które z powodzeniem mogą w dzień iść z człowiekiem. To był jeden z tych snów i Marek rozmawiał ze sobą, logicznie z sensem o czymś, co sensu nie miało. Czy to wydarzyło się

naprawdę... Jeżeli obrona domu, odparcie ataku mogło wydawać się realne to jazda ze zwyrodnialcami, rozmowa jak z kimś kogo znał od dawna, bez emocji, tam, gdzie emocje aż krzyczały, wydawało się jak oglądane w kinie, jak przewracanie kartek o przygodzie kogoś...

Obudził się marząc, aby znowu pójść do łóżka, ale nie dane mu było. Kristi przypomniała, że niedługo zaczyna się rok szkolny, więc dziewczynki nawet tutaj powinny mieć jakąś szkołę.

- Mają jakąś i myślę, że po ostatnich doświadczeniach, są o kilka lat starsze, zwłaszcza April. Szczerze mówiąc nie wiem jak wytrzyma bez chłopaka, bo hormony aż wyskakują z niej.

- Po prostu musi, z własnego doświadczenia wiem, że to jest najgorszy okres eksperymentowania z własny seksualnością. Za trzy lata będzie spokojniejsza.

- Trzy lata... Oby przedtem nie zgwałciła Golden Boya...

- To jedna sprawa, ale wrócę do szkoły...

- Nie mamy nic. Nie ma papieru i jest tylko jeden długopis. Jak ty sobie wyobrażasz naukę?

- Jeszcze nie wiem dlatego przyszłam do ciebie za namowa Kat i. Ona też uważa, że dziewczynki nie powinny zostać daleko za rówieśniczkami.

- Czy wyście zwariowały?! Rówieśniczkami, gdzie?! Nie ma rówieśniczek. Nie wiem czy kiedyś wrócimy do świata jaki znaliśmy. Miałem potworny sen... Kiedyś mądry człowiek powiedział mi o Centrali. Jest to coś bez nazwy i miejsca. Jest objęte całkowitą tajemnica, a kontroluje dosłownie wszystko, poczynając od ceny złota, kursu walut, po epidemie i wojny.

- Epidemie? Wywołuje?!

- Tak, bo zadaniem Centrali jest wymordowanie maksymalnie ogromnej ilości ludzi. Jeżeli z ponad 6 miliardów zostanie tylko 500 milionów, to Centrali wystarczy by stworzyć świat całkowicie w jej ręku.

- To makabra, taki sen.

- Nie, Kristi. Makabra nie jest we śnie. Centrala od pokoleń usiłuj odebrać ludziom wszystko co czyni ich odpornymi na jej zapędy. Zlikwidowanie religii, zlikwidowanie narodowych cech i suwerenności państw, zrzeszenie ich w jeden twór centralnie kierowany, to wszystko są małe kroczki do celu. Ale najwyraźniej były za małe, za wolne. Macie teraz dowód na prawdziwość makabry z mego snu... Śniłem, że na świecie utworzą się ścisłe, zamknięte enklawy małych społeczności, bezpieczne trudnościami terenu, jak nad Amazonką, czy w indonezyjskich lasach. Społeczeństwa nie potrzebne Centrali, bo zawsze takimi były...

- Takie jak nasze?

- Jak nasze bardzo mini. Za lat kilkanaście i oby za tyle, Kat i i ja odejdziemy od was, nie przerywaj, to nie jest czas na łzy... Zostaniecie we trójkę i co dalej, dla kogo dalej i po co dalej...

- Kurwa mac!

- Kristi!

- Sorry Kasia... Inaczej nie potrafiłam, a to dlatego,że miesiąc temu poznałam faceta, super atletę i nawet o dziwo mądrego. Był dużo starszy, sorry, żonaty...

- Okej i co z tego...

- Miał trzech synów i twierdził, że jego sperma może dawać tylko chłopców... Gdyby nie był żonaty, to może bym się, zgodziła...

- Gdybyś wiedziała o Teraz,o tym ogromnym beznadziejnym Teraz...

- Właśnie. Dlatego klnę w duchu i wybuchnęłam...

- Kristi, mam 74 lata i nawet gdybyś próbowała ze mną, to gwarancja żadna, więc raczej stawiajmy na jakieś pięć lat i powrót. Nie wierze, aby zaraza miała tak długie skutki.

- A zatrucie wody, gleby, zwierząt, roślin? Pomyślałeś o tym?

- Wielokrotnie, Kasiu, ale myślenie nic nie da. Musimy wierzyć, że wrócimy inaczej nie da się żyć.

- I w ten sposób wracamy do początku rozmowy, szkoła...

- Ja widzę to tak: Każde z nas jest dobre w jakimś przedmiocie wiedzy. Ja mogę uczyć historii, geografii i języków. Obok angielskiego potrzebny jest hiszpański.

- A rosyjski, przecież też możesz...

- Chyba niedźwiadki, aby dogadały się z kolegami z Kamczatki...

- Ja mogę fizyki, chemii i biologii.

- Ja spróbują matematyki i geometrii.

- Dzięki Kati, bo ja nie dałabym rady. Powinniśmy zacząć już za trzy tygodnie.

- Jeszcze nie ma wrześnią, dajmy im więcej wakacji.

- W Arizonie szkoła zaczyna się w połowie sierpnia.

- Tak, ale kończy się w maju i nie jesteśmy w Arizonie.

- Muszę zmienić temat. Wczoraj był silny wiatr prosto w wybite okno. Pomyślcie o śniegu...

- Musimy zabić! Deskami.

- Musimy również mieć okno z widokiem na drogę. Zostało trochę szkła na mini okienko, ale jak wstawić, czym.

- Dajcie mi pomyśleć. Po takiej nocy mam w głowie miliony okien, rozbitych, w domach bez życia. Sorry jeżeli za dużo patosu.

Dziękował opatrzności za Kristi. Miał co prawda sporo wiedzy z fizjologii i anatomii, umiał stawiać na nogi nawet najcięższe przypadki, ale nie był lekarzem. Kristi i jej trzy lata medycyny to było bezpieczeństwo. Była również idealna jako starsza koleżanka dziewczynek, znała ich jeżyk, wiedziała jak myślą.

W czasach swojej młodości, gdy był w wieku tych dziewczynek, to wystarczał autorytet dorosłego człowieka. Dziś ze swoja filozofią „rób to, nie rób tego” byłby śmieszny dla obecnego pokolenia nastolatek.

Kasia... Czy potrafiłby codziennie z taką samą siłą ciągnąc następny dzień, gdyby nie miał wspaniałej, mądrej towarzyszki życia?

Ale dziś należało podjąć kolejne kroki bezpieczeństwa. Nie wierzył że Larry i Ben będą długo czekać zemstą... Psy mogą lub nie uprzedzić. Nie musiał podpowiadać bandytom jak zdobyć samochód.

To, że mieli więcej broni palnej, też nie miał najmniejszej wątpliwości. Zwyrodnialcy prawdopodobnie uciekli ze Stanów mając na ogonach policję federalną nie za malutkie wykroczenia.

Larry chyba znał Kanadę, przejścia graniczne, skoro potrafił przekroczyć granice z arsenałem broni. Amunicji pewno też zabrali na lata.

Żałował, a jest to zawsze po fakcie, że nie rozbił draniowi obu kolan. Samochodem z automatyczna skrzynią biegów można kierować nieomal małym palcem, a gaz i hamulec naciskać lewą nogą przy odrobinie „gimnastyki”...

Było więc kwestią czasu, a z pewnością przed pierwszymi opadami większego śniegu, że typy spróbują swego. Larry nawet nie zaprzeczał, kpił, że frajer zostawił ich żywych...

Tak, nie można zwlekać, Zwołał naradę...

- Żołnierze!... Nasza mała, ale niepodległa ojczyzna wzywa nas do bojowego zadania.

- Kristi, o czym on mówi?...

- Nie przerywaj.

- Zadanie ma zabezpieczyć nasz dom, kto podniesie rękę i powie, że nie zależy mu na bezpieczeństwie naszego domu, naszej ojczyzny...

- Mark, zanim usłyszymy o zadaniu, czy możesz wytłumaczyć dlaczego mówi się ojczyzna, a nie matczyzna? Przecież to z matki rodzą się ludzie. A w ogóle ojczyzna, to nic innego niż forma seksizmu i męskiej supremacji.

- April, posadziłby cię o wiele, ale nie o agitacje feministek...

- Mark, tylko nie feministek! April odkryła coś absolutnie genialnie. Zgadzasz się Kati?

- W stu procentach.

- Mnie jest wszystko jedno, ja chcę na śniadanie placki z lodami...

- Flo, lody zrobimy zimą a placki miałaś dwa dni temu.

- Chcę jutro, bo inaczej też będę z nimi.

- Cofam ojczyzna, zostawiam - dom. Zadowolone?

- To nie jest cofanie, bo jest wymuszone. I tak myślisz, że ojczyzna.

- April, przestać czytać moje myśli, zachowaj energię bo czeka nas dużo pracy, ciężkiej.

Jedziemy jakieś pięć kilometrów stąd wykopać pułapkę na drodze. Same zobaczycie ile ma sensu. Powiem tylko, że ma być głęboka na ponad metr, ale wąska tak, aby przednie koła samochodu, cały przód, aby to wpadło, Bez ciężkiego sprzętu nic samochodu nie wyciągnie i oni będą musieli podejść na piechotę, a wtedy psy wyczują ich na sto procent. Powiedziałem im, że tym razem przybiję ich do pnia, zdechną_ i wyschną na proch.

- Jak przybijesz, nie mamy takich gwoździ...

- Groty nazywane trójkami, najcięższe i najdłuższe przebiją ich na na wylot. Podniosę_ skurwieli, po stawię pod drzewem i strzelę jeszcze raz.

- Mark, przecież wiesz, że nie potrafisz tak, żywych ludzi...

- Nie będą żywi po pierwszym strzale. Koniec tematu. Jedziemy do roboty. Nie będzie łatwo znaleźć względnie miękkie miejsce w drodze. To też zajmie sporo czasu. Kasiu zostajesz z psami. Masz radio więc będziemy jak o dotyk.

- Mamy tylko jedną łopatę...

- Ale cztery pary rąk. Będę dawał długie zmiany. Spokojnie.

- April ma okres...

- Wiedziałam, wiedziałam, dlatego taka wściekła...

- Flo, kiedyś ona ci to przypomni więc się zamknij!

- Brawo, Kristi!

- April, możesz, a nawet powinnaś fizycznie pracować, w miarę oczywiście. Znam atletki , trenują i biorą udział w zawodach mając okres. W tym przypadku ja, a nie Mark decyduje. Pomożesz nam na ile będziesz mogła, okej?

- Okej Kristi... Zaczekaj Flo, pożałujesz...

- Ale to dopiero po powrocie, okej panienki? Tu wygląda mi na dobre miejsce. Kristi zmieni mnie po pół godzinie. Flo będzie ostatnia.

- Ja nie chcę być ostatnia, najgorsza!

- Świetnie. Proszę, możesz zaczynać.

- To jest jest za twarde...

- Dlatego to ja naruszę to twarde, Kristi będzie miała już lżej. Zgoda? Nikt nie czuje się dyskryminowany? Nie?

Pół godziny ma znacznie więcej minut gdy łopata odbija się od kamieni... Pół godziny ma znacznie mniej minut, gdy uciekamy od czegoś... Dopiero po pół godzinie udało się ruszyć kamienie, by dotrzeć do skalnego żwiru. Kristi wytrzymała dziesięć minut. Dziewczynki mniej, ale pracowały bez słowa, zacięte, chcąc jedna przed druga coś udowodnić. Młodość nie umie przegrywać...

Po trzech godzinach można było paść na ziemię, łapać oddech, przekłuł pęcherze na dłoniach. Zjeść kanapki i częściowo wypełnić dół świerkowymi gałęziami tak, że tworzyły pozornie normalna nawierzchnie, przysypane piaskiem i żwirem. Miejsce nie różniło się od reszty drogi.

Ale gdzie kończyła się droga, dokąd prowadziła mijając dom, teraz ich dom. Postanowił któregoś dnia sprawdzić. Przecież na jej końcu może jest jakieś życie, w przeciwnym razie dlaczego ciągnie się dalej...

Teraz jednak były ważniejsze sprawy, bo właśnie nadleciał pierwszy zimny wiatr. Za wcześnie, ale przypomniał że ciepłe dni skończą się niedługo.

Zwołał następną naradę.

- Marek tylko bez przemowy, bez wstępu. Dziewczynki cały dzień zbierały jagody. Znalazły też trochę grzybów, ale one jak zresztą większość Kanadyjczyków i Amerykanów nie mają pojęcia o grzybach z lasu.

- No i kto tu robi wstęp. Więc krótko. Zbliża się zima. Już teraz czeka nas gromadzenie zapasów drewna. Musimy nawet pomieszczenia mieszkalne wypełnić, aż pod sufit. Nie tylko da nam to wygodę nie wychodzenia na śnieg po drewno, tak zmniejszone pomieszczenia szybciej się nagrzeją.

- Niestety, nie wystarczy ciąć świerków, bo ich drewno pali się jak papier... Musza, paść buki i jesiony, proste: albo my, albo tych kilka drzew.

- Marku, aż kilka? Czy trzeba tyle.

- Gdy zima zasypie nas może nawet na parę miesięcy, to przestaniesz pytać. Z tej mapy wynika, że jesteśmy odkryci od północy i wschodu, a właśnie to jest droga dla arktycznego zimna.

- Zabrałem tym zwyrodnialcom sześć zapalniczek i duże pudełko zapałek. Protestowali bardziej niż jakbym im odbierał broń. Przy oszczędnym zapalaniu pieca powinno wystarczyć na dwa sezony.

Jeżeli nie, to będziemy musieli trzymać ogień cała dobę nawet, aby tylko się tlił.

- Betty uczyła nas, jak uzyskać ogień z pocierania drewna o drewno...

- Pięknie, Flo. A czy uzyskaliście?

- Nie, ale Betty powiedziała, że mamy za małą wprawę.

- Jeszcze piękniej... Tutaj możecie nabrać tej wprawy, nie żartuje. Może uda się być jak Indianie.

- Jedyni Indianie jakich widziałam byli w najgorszych dzielnicach Vancouver i najczęściej pijani. Chyba nie potrzebowali wprawy?

- Chyba nie, Flo, chyba nie...

- Jako brygada drwali zaczynamy już dziś. Nie jestem Indianinem, ale czuję deszcz. Musimy się śpieszyć. Każdy suchy dzień to praca. Zapas drewna w składziku prawie znikł. Następna sprawa to nauka.

- Już?! Jeszcze są wakacje. Ja się nie zgadzam.

- Bo co, uciekniesz z domu?...Pójdziesz spać do koleżanki i tak będziesz terroryzować rodziców, bo dali ci za mało kasy na imprezkę?

- No nie, ale naprawdę, jeszcze ze dwa tygodnie...

- April, mam na myśli naukę strzelania z karabinów. Jeżeli możesz utrzymać karabin, to możesz strzelać. Kasia jest w tym lepsza niż ja. Zawsze trafi do celu. Zresztą... w dyskusjach też...

Flo będzie strzelać z rewolweru.

- Znowu mam być gorsza?

- Proszą bardzo. Zobaczymy czy wytrzymasz „kopniecie” po strzale. Ten AK 47 nie odbija tak mocno, ale ten kopie jak koń. Chcesz spróbować? Trzymasz o tak aby kolba prawie weszła ci w zagłębienie przy obojczyku.

To się nazywa spust i naciskasz go środkiem tego palca, bardzo lekko. Przycinij karabin. Celuj przed siebie, aby wyżej ziemi. Teraz...

- To boli! Bardzo! Czy rewolwer też tak boli?

- Nie, tylko cofnie ci rękę. Więc już nie czujesz się gorsza?

- Nie i niech się April męczy...

Wieczorem lunął deszcz i rozbite okno trzeba było zasłonić deskami. W czasie pracy Kasia powiedziała, że dlaczego nie boczną szybą z ciężarówki? Weszła w ramę idealnie, a prześwit zabezpieczyli deską.

Deszczowa trzydniówka uwięziła ich w domu. Słońce pozwoliło na dalsze gromadzenie opału. Znowu deszcz, ale tym razem mogli spokojnie spać.

Jak nigdy zasnął bez snów, cudownie, lekko i tak było prawie do rana, gdy nadleciał sen tak wyraźny, że Marek na chwilę obudził się sprawdzając gdzie jest, gdzie na szczęście jest. Odgonił sen, ale ten wrócił... Oto dojeżdżają do granicy z Kanadą... Jest 4 lipca, więc święto niepodległości i domy małego osiedla pokrywają kolory czerwone białe i niebieskie, a gwiaździsta powiewa

nad głowami pikniku... - Gdzie się śpieszycie... Zostańcie z nami! Jest dość i piwa i hamburgerów...

Psy podniecone dymem z grillów piszczały w swoim... no, dokąd, przecież tu jest pychota żarcia i dla nas...

Jednak pojechali dalej. Marek liczył, że i Kanadyjczycy bratersko świętują więc będzie można przekroczyć granicę bez żadnych pytań... Nagle niby martwe radio odezwało się głosem, a raczej krzykiem... „Oh God! To nie może być! Nie w taki dzień taka zbrodnia! Bracia i siostry... Amerykanie... Prezydent Obama nie żyje! Kule zamachowców zamordowały prezydenta! Boże... To nie może być, a jednak...”

Radio zamilkło. Wciskał guziki, ale milczało. Zaraz... Zaraz... Kiedy przekraczaliśmy granice? Ależ tak! To było 4 lipca... Chyba śnię... Powtarzał próbując się obudzić, gdy radio znowu krzyknęło... „Zamachowcy ogłosili, że przyszedł czas ,aby zabici Antychrysta, a wiadomo, że miał przyjść z Bliskiego Wschodu i być Arabem lub mieć arabskie nazwisko i że wprowadzi komunizm...”

Nie! Nie!...

- Marek! Na litość boską! Jesteś mokry jak spod prysznica! Drżysz jakbyś zobaczył śmierć... Co to za sen?!

- Nie sen! Radio podało, że zabito prezydenta Obamę...

- Obudź się! Przecież nie mamy radia! Boże!...

- Już dobrze... Nic mi nie jest. Miałem ohydny sen i tyle.

- I tyle? Majaczyłeś, że ktoś zabił prezydenta Obamę! To straszne, nawet gdy tylko we śnie! Co jeszcze w nim było...

- Że oni zapraszali nas na piknik.

- Naprawdę czujesz się dobrze? Dziewczyny!...

- Spokojnie, nie budź... Pamiętasz kiedy wjechaliśmy do Kanady?

- Oczywiście, wieczorem 4 lipca... Rozumiem! To niesamowite! Rzeczywiście ludzie w tamtym miasteczku zapraszali nas do świętowania. Tak pachniały grille, że psy nieomal wyskoczyły z vana...

- Właśnie wtedy odezwało się radio...

- Ale przecież było zepsute, więc jak?

- Wiec to był sen, tylko sen...