Start arrow Książki on-line arrow PIĄTY KOŃ APOKALIPSY arrow Rozdział XII "JAKIŚ POCZĄTEK?"
Rozdział XII "JAKIŚ POCZĄTEK?"
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   

JAKIŚ POCZĄTEK?

Właściwie to przespali zimę. Inaczej tego nie można było nazwać. Krótkie dni, które Marek wypełnił obowiązkowymi biegami na rakietach, lekka kolacja i spać'. Stało się to taką rutyną, że dziewczynki nie mogły się doczekać pierwszeństwa przypięcia rakiet do adidasów, które Kasia genialnie „podwyższyła” onucami z koca.

Początkowo zabierani psy, gdy na dłuższe biegi. Trzymały się blisko traktując to jako wspólną zabawę, ale któregoś dnia Golden Boy zjeżył się i stanął. Lola była dalej bo Flo została z tyłu.

Gdy dobiegła Marek już miał Golden Boya na smyczy. Z lasu ciągnął kwaśny zapach typowy dla ogrodu zoologicznego. Para wilków, samiec prawie tak duży jak Golden Boy bez pośpiechu przebiegał najdalej o kilkadziesiąt metrów. Samiec zaznaczył terytorium co wprawiło psy w amok. Nie dały się utrzymać i już rwały śnieg łapami. Dwa na dwa... W najgorszym przypadku pokaleczą się, ale jeżeli Lola złapie mocniej... żaden wilk nie przeżyje chwytu Pitbulla. W ohydzie walk zestawiano te psy nawet właśnie z wilkami. Pitbull wychodził z nich tak pokaleczony, że musiał być zszywany, ale wilk nie wychodził...

Psem, który najdłużej utrzymał się przy życiu był pirenejski owczarek, a to dlatego, że ma podwójna sierść. Pierwsza warstwa gęsta, ale typowa. Druga, ta przy skórze, tak gęsta, zwarta, że nawet kły bulla miały problem z penetracja. Podobnie było z wyjątkowo dużymi samcami rasy Akita, lecz jedynie tych hodowanych na północy.

- Co teraz będzie?! Musimy biec za nimi!

- Nie, Flo, to nic nie pomoże bo nie dogonimy, a nawet jeżeli, to jak przerwiemy walkę?

- Przecież możesz strzelić!

- Chyba w powietrze, ale to nie ostudzi adrenaliny w walce na śmierć i o życie. Moja wina/ że nie założyliśmy im „uprzęży”... Musimy tu zaczekać. Nie pocieszam cię bo chciałbym też i siebie, ale mam nadzieję, że psy się po prostu zmęczą, a wilkom nie spieszy się do walki. Są za mądre, aby tak „dla sportu”. Są dwa i wiedzą, że może być różnie.

Dokładnie tak się stało. Psy wróciły włócząc nogami, języki przy śniegu. Jakoś doszły do domu i zaraz padły, spały aż do rana...

Od tego dnia psy przestały dbać o kondycje, bo na „uprzęży” podobnej do tej jaką mają psy dla niewidomych, chcąc nie chcąc grzecznie, na krótkich sznurkach pogodziły się z nowa zabawą...

Z nacięć wynikało, że „przespali” święta i nowy rok. Nie było nastroju, ale było sporo choinek a śnieg wystarczył za świecidełka brylantami tęczowych blasków w ostrym słońcu. Było coraz wyżej i nie śpieszyło się siadać za ścianą lasu.

Gdy obudzili się do głośnych pac pac mokrego śniegu i rozśpiewanego ptaszka o jaskrawo żółtym brzuszku, wiedzieli, że Pani Wiosna jest już blisko.

Ostatnie płaty śniegu szybko zjadało słońce mające dość zimowego rządzenia się sąsiadki, którą wygnało, gdzie lody zimują... Pierwsza trawa i rozkoszne tarzania się psów w ciepłym zielonym dywanie.

Nad strumieniem, który też śpiewał radosną pieśń życia, jak przez noc wyskoczyły wysokie smukłe kwiaty o amarantowych kielichach, a w zakolu, gdzie woda zwalniała bieg pojawiły się błękitne irysy. Las rozgadał się przechwalaniem zwyciężenia kolejnej zimy.

- Co wy na to abym odwiedził miasteczko.

- Oni tylko na to czekają. Ja się nie zgadzam.

- Nie możemy żyć z głową w piasku. Nie pojadę sam. Kristi wie co robić z dubeltówką.

- Jasne, nie muszę celować...

- Właśnie. Będzie moja dodatkowa parą oczu, spokojnie. Muszę dowiedzieć się czy był znak życia z zewnątrz i jaka jest ta blokada na drodze do obozowiska. Czy to ma sens?

- Kristi... Miej oczy szeroko otwarte. Ale jak przejedziecie przez naszą pułapkę.

- Wygodnie... Ścinam cztery grube konary tego drzewa. Trochę wygładzimy na niby deski. Po dwa na każde koło, a to tylko mniej niż metr szerokości. Kristi mnie poprowadzi, powoli. Przejedziemy i zabierzemy ten „most” ze sobą. W pierwszy suchy dzień ruszamy. Kasiu, jesteś komendantem posterunku. Na luzie, bo niby przed kim masz pilnować. Nie miniemy się z nimi, ale gdyby to przysięgam, że powystrzelam skurwysynów, bez chwili wahania, przecież będą jechać, aby to zrobić z nami, prawda?

- Szkoda, że ja nie będę mogła...

- April, wiem co myślisz, ale to nic nie zmieni dla Lori... Moja jedyna obawa, to albo ciąża, albo jakiś syf od tego gnoja, ale i tak nic nie wymyślisz. Na miejscu jest Helen...

- Ona też...

- Już mówiliśmy o tym, prawda? Nie ma sensu gdybać. Dlatego jadę, aby sprawdzić czy można dotrzeć do dziewczyn.

- Kristi... Jeszcze raz...

- Spokojnie, Kati, nie mogę się doczekać, aby ich wypatrzyć i zmienić w hamburgery!

- Czysty obłęd... Czy jeszcze rok temu myślałaś, że dojdzie do tego, że tak powiesz? Jaka to prawda, że w życiu nie wolno niczego się zarzekać...

Kristi pięknie wprowadziła ciężarówkę na belki i po kilku godzinach wjechali w zabudowania.

Stacja benzynowa.. . Ta sama ale teraz pusta. W oknie Marek zobaczył ruch... Zapukał.

- Ty żyjesz?! Amerykanin, ten od blondynki i psów, prawda?!

- Ten sam. Cieszę się, że widzę cię w dobrej kondycji, wiec zaraza tu nie doszła.

- Zaraza nie, jeżeli nie liczyć tych dwóch, no wiesz, z Kalifornii.

- Pamiętam, że mówiłeś o nich, ale było ich chyba trzech?...

- Było... Teraz nie ma żadnego.

- Wyjechali?

- Ja im pomogłem... Nie tylko ja.

- Pomogliście wyjechać? To byli silni faceci...

- Kiedyś, ale spotkali silniejszych i wrócili bez tego chudzielca o przekrwionych ślepiach i wrócili połamani. Ktoś ich tu j przywiózł i wyrzucił jak śmiecie...

A kto to jest ta panienka? Nie było jej wtedy.

- To Kristi, uratowała się z obozowiska harcerek, ona i dwie dziewczynki.

- Dlaczego musiała się uratować, nie rozumiem...

- To długa historia, dasz kawy?

- Sorry, wchodźcie...

- Ale co z Kalifornijczykami, nie dokończyłeś.

- Początkowo byli okej, nawet grzeczni .Ale tydzieft temu poprosili mnie o wypożyczenie mojej Toyoty 4x4. Dawali pięć stów, amerykańskich! Nigdy nie wiadomo, czy nie wrócimy do normalnego życia, a pięć stów to pięć stów. Wszystko było okej, ale moja piętnastoletnia córka zaciekawiła się co jest grane. Powiedziałem aby poszła do matki, ale ten chudy, Larry zamiast oglądać Toyotke przykleił się ślepiami do Karol... Łapy już miał przy niej... Powiedziałem aby wyluzował, a on, że weźmie i Toyote i dziewczynę. Co miałem robić gdy ten gruby przystawił mi lufę do pleców...

- O Boże! ...

- Spokojnie, panienko, spokojnie. Właśnie nadszedł mój sąsiad Billy. Nie zauważyli go. Nie czekał... Grubas dostał prosto w łeb, Larry, cwaniak padł na podłogę i strzelał na leżąco. Zranił sąsiada, ale ja już miałem swoją dwururkę. Wiesz, że taka potrafi ścianę w proszek zmienić. Mało zostało ze skurwysyna... Musieliśmy szmatą zbieracf resztki.

- No i co?

- I rzuciliśmy jak ścierwo do wspólnego dołu. Ksiądz jak to ksiądz, uparł się coś poszeptać nad dołem.

- Może masz coś mocniejszego od kawy?...

- Niestety... Zima wysączyła resztki.

- Rozumiem. Czy wiesz jak dojechać do obozowiska harcerek?

- Jasne, że wiem, ale nie dojedziecie, bo zrobiliśmy zaporę na drodze. Baliśmy się, że może maja kontakt z Prince George, a wiem, że tam są chorzy... Tak, jeszcze niedawno radiotelefony działały, ale baterie siadły.

- A nie da się rozebrać zapory?

- Bez buldożera nie da. Wtedy pracował, ale coś padło w silniku.

- Jesteś mechanikiem, nie dasz rady?

- Maszyna nie potrzebuje mechanika, ale nowy silnik. Moja stajnia jest za mała dla jej 1200 koników.

- Jakich koników, ma pan tu konie?

- W silniku, panienko, w silniku. Ale dlaczego uciekłyście z obozowiska.

Marek w skrócie opowiedział wydarzenia.

- Puściłeś ich żywcem, po tym wszystkim?! Człowieku! Gdzie miałeś rozum? Gdyby nie Billy, to nie rozmawialibyśmy, a moja Karol poszłaby do ich łap, a potem by ją zabili, znudzeni!

- Nie mogłem zabić. Nie mogłem, ale jak ci już mówiłem oni wiedzieli, że gdyby drugi raz...

- Jaki drugi raz. Przyczaili się, jak jadowite węże. Nie do was chcieli jechać, wiedzieli że dotrzymasz słowa.

- Nie do nas? Nie rozumiem, przecież nigdzie stąd nie można odjechać.

- Można na zachód, aż do oceanu. Nie zablokowaliśmy, bo buldożer stanął. Oni coś mówili, że świat mają otwarty i dopytywali się jaka jest droga do oceanu. Mieli kasę. Gdy wciągał te pięć stów, to widziałem gruby plik setek... Młody jesteś, rozumiem,że nie mogłeś tak na zimno. Nie wiem, czy ja bym potrafił. Właściwie to dobrze, że Karol pokazała się im, nie wiedzieli o niej. W jakiś sensie pomogła zabić to ścierwo...

- No, a sąsiad Billy. Mocno dostał?

- Już się wylizał. Zaraza, powiedziałeś? Nasz stary nauczyciel zanim umarł pół roku temu mówił coś o komecie, o tym, że coś... jak on to powiedział? Przestawi bieguny? Że my tu będziemy mieli jak w Kalifornii, a Kalifornia kanadyjską zimę. Dlatego może być koniec świata. Słyszałeś coś takiego?

- Nie tylko,że słyszałem. Różnego rodzaju cwaniacy robili na tym rozgłos i kasę. Hollywood filmy, a durni ludzie wyprzedawali się uciekając...

- Tak jak wy tutaj?

- Nie wygłupiaj się,.My pojechaliśmy na urlop pojęcia nie mając, że to się stanie. Ale bogaci i durni tego świata kupowali nieruchomości w tropiku i na Alasce... Ciekawe gdzie się. uratowali teraz. Może rzeczywiście gdzieś w środku Amazonii, czy na końcu Argentyny w Patagonii... Może na Alasce, gdy zabezpieczyli się na życie w ciemnościach. Właśnie... Macie jakąś zbędną lampę naftowa?

- Lampę naftowa? Zbędna? Jak ci Mark? To jest teraz największy skarb. Prawie tak jak żarcie. Ludzie powyciągali takie starocie ze strychów błogosławiąc, że mają, ci co mają. Ja też mam, ale za żadna forsę nie sprzedam. Żarcie? Gdy ktoś ustrzeli jelenia, to zaraz dzielimy się bo lodówek nie ma...

- Larry mówił, że prawie zagryźliście się na wiadomość o zarazie.

- Kłamał i tyle. To prawda,że przez kilka dni ludzie nie wychodził z domów, ale jak myślisz, kto zbudował te blokady dróg. To co się stało połączyło ludzi, a nie rozdzieliło.

- Martwię się o te dziewczynki, o ich opiekunki. Pewno nie przetrzymały zimy, no bo jak, prawda?

- Zapomniałem ci powiedzieć, że jedynym zmartwieniem jest ewentualna ciąża i choroby weneryczne po tych gnojach. Jeżeli tego nie ma, to dziewczynki są okej. Jedna z opiekunek jest doskonałym strzelcem, ma broń kalibru na niedźwiedzie, a w obozowisku jest duży budynek i do mieszkania i do życia w ogóle.

A kiedy ostatni raz próbowałeś telefonu?

- Miesiąc temu, coś koło tego. Zero sygnału. Czy myślisz, że tam, no wiesz,daleko stąd jest też zero życia?

- Minął rok? Właściwie jeszcze nie? Za wcześnie sprawdzać, a zresztą jak? Może rzeczywiście od zachodniej strony. Ocean to otwarte drzwi do reszty świata. Tylko, że przez te drzwi...

- Nie musisz kończyć. Skoro nikt stamtąd jak do tej pory tu nie przyjechał, a przecież powinni właśnie tu uciekać, prawda?

- To wniosek jest prosty, nie warto sprawdzać...

- My nastawiamy się na jeszcze rok, dwa. My,dorośli. Nie wiem czy dziewczynki wytrzymają.

- Teraz gdy poznaliśmy się może warto abyście przyłączyli się do nas? Mamy kilkanaście nastolatków, chłopców też. Zanim zdecydujesz musze ci niestety coś powiedzieć... Coś co może zaszkodzić w tym pomyśle.

- Miesiąc temu jeden z sąsiadów polując natrafił na trzy osoby już po naszej stronie tej blokady.

- To jest niesamowita wiadomość? Dlaczego nic nie mówiłeś?!

- Mark... Oni nie żyli. Umarli jakąś straszną śmiercią. Mieli twarze tak powykrzywiane, jakby dusili się... Umarli od zarazy. Boimy się, że przyjdą inni, dlatego codziennie wystawiamy warty.

- Zabijać szukających pomocy?

- Zabijać niosących zarazę. Nasz nauczyciel kiedyś powiedział na spotkaniu z młodzieżą, że są ludzie, którzy latami mogą żyć z HIV, a nawet z AIDS ale są tak groźni dla innych jak jadowite węże. Czy to ma sens?

- Niestety ma, śmiertelny sens w przypadku zarazy, bo chorobę weneryczny można dostać tylko w pewnych sytuacjach. Kristi jako prawie lekarz doskonale wie o czym mówię. Zaraza podobno, powtarzam, podobno zabija nawet bez kontaktu. A ta trójka? Myślisz, że byli z tych, którzy przez jakiś czas mogą żyć zarażeni. Obawiam się, że nie będzie ani nauki ani badań, aby coś więcej wiedzieć o tym. Czy to znaczy, że nie będzie końca waszym wartom?

- A ty, co ty byś zrobił w naszej sytuacji? A jeżeli tak jak nasz nauczyciel mówi, a ty potwierdziłeś, są ludzie co mogą z tym dłużej żyć i ktoś taki zmyli nasze warty, dotrze tu aby ,no wiesz...

- Może masz rację. Przynajmniej przez następny rok trzeba pilnować tego wspólnego domu. A my? Jak myślisz Kristi, czy warto powiedzieć dziewczynom o ewentualnych koleżankach i kolegach tutaj?

Warto ryzykować, gdyby?...

- Myślę, że nie teraz, jeszcze nie. Na przyszły rok może tak, ale teraz nie warto drażnić, burzyć tego co mamy. Na razie jest okej, one już pogodziły się z faktem jeszcze jednych „wakacji”.

Jeżeli tak mogę to określić, to dziczeją bardzo kulturalnie, pracowicie. Zresztą ja też...

- Panienka ma racje. Ja bym też nie mówił, my stad nie uciekniemy, a jeżeli dobry Lord ma dla nas plany na długie życie, to zdążymy za rok czy dwa połączyć siły. Może nawet wychylić się na zewnątrz...

- Powiedziałeś, że wasz człowiek znalazł te trupy, kiedy, miesiąc temu?
- Tak gdzieś, chyba tak, bo co?

- Miesiąc temu mieliśmy 25 stopni poniżej zera, wiem, bo mamy termometr. Mróz powinien wydusić wszystko z tych ludzi, na pewno byli sztywni. A jak czuje się ten który ich znalazł...

- Bardzo baliśmy się, ma troje dzieci. To były straszne chwile, przecież mógł zacząć reakcję łańcuszkową, zabić nas. Chciał uciekać, zostawić rodzinę. Takich chwil spodziewaliśmy się tylko w telewizji o horrorze...

- No i chyba skończyło się na strachu.
Łatwo się mówi... Nam nie było łatwo. Każdego dnia czekaliśmy na początek końca. Co z tego, że on i rodzina zamknęli się, uszczelnili wszystko.

- Nie wiem, czy tak można powstrzymać zarazę, ale wiem, że zrobił to mróz, skoro jak domyślam się facet jest okej.

- Śladu niczego nie ma. Jest zdrowy. Wczoraj upolował dzika. Zostało mi trochę szynki. Chcesz?

- Dziękuje, ale odmówię. To co usłyszałem jest jak tysiąc szynek... Jednak... Co będzie latem. Może uchowali się inni, znam przypadek faceta homoseksualisty, który prowadził najgorszy,

najbardziej ryzykowny tryb nie tyle życia co upodobań w czasach gdy HIV i AIBS wystrzeliły epidemią w Kalifornii. Musiał, po prostu musiał mieć tą chorobę, a był zdrowy jak przysłowiowa ryba.

Ilu partnerów zaraził, zabił? Sam nie wie i nie chce wiedzieć skurwysyński egoista, kryminalista właściwie.

- Powiedziałeś,że nie wie? Czy to znaczy/że żyje?

- Miał 60 lat, gdy znajomy widział go zdrowiutkiego. Prawda, był prawie bez grosza, miał sporo psów z ulicy. Sąsiadów z sercami czułymi dla psów więc i jego i psy podkarmiali. Czy to jest istotne? W jego sytuacji tak, bo chyba nie miał na męskie prostytutki. Ile lat był zarażony? Daj mi pomyśleć... Chyba grubo ponad trzydzieści.

- Wiec ktoś taki może szukać schronienia, jedzenia w naszym miasteczku... Dzięki, że powiedziałeś. Od jutra trzymamy podwójne warty. Nie będziemy pytać tylko strzelać...

- A co na to dobry Lord, Jezus Christ... Nie pomyślałeś?

- Sprawiedliwi tego świata...

- Chwileczkę... Zarażeni byli nie mniej sprawiedliwi...

- Dobry Lord zrozumie nasze uczynki.

- Amen, bracie, amen...

To nie była dobra, pocieszająca wizyta. Obecność tych trojga zmarłych mogła znaczyć jedno - wiele osób przeżyło początek, by umrzeć po kilku miesiącach. Może jest takich więcej uciekających jak najdalej od cywilizacji, więc może właśnie tutaj...

- Czy opowiemy o wizycie?

- Musimy, Kristi, co nie znaczy, że o nastolatkach w tym miasteczku. Ale... Nie jesteś zainteresowana? Wiesz o co mi chodzi...

- Wiem. Znam ten typ młodego faceta z takiego środowiska. Główne zainteresowania to żona i dużo dzieci, ładnie ubranych raz w tygodniu, do kościoła.

- To jest stereotyp na pewno krzywdzący wielu.

- Nawet jeżeli jest, to co w tym krzywdzącego? Oni są szczęśliwi takim życiem. Ja wolę inne.

- Nie chce brzmieć jak dewot, ale obyś zdarzyła.

- Nawet jeżeli będę musiała czekać pięć lat to i tak będę dwudziestolatką.

- Zamienię się z tobą w sekundzie...

- A Kati?...

- Tylko wtedy, gdy ona też. Teraz skup się na belkach, oby się udało. Co za dureń! Zamiast mieć ich więcej, aby w poprzek jak most... Ale, uważaj!

Jedno z tylnych kół zsunęło się... Wcisnął gaz i wyskoczył o mało nie wlatując w ścianę lasu.

- Teraz wiesz co miałem na myśli. Następnym razem musimy mieć tyle belek, żeby zrobić mostek. Ale się najadłem strachu. Nie bałaś się?

- Coś byś zaradził, prawda?

- Nie, Kristi. Nie w tym przypadku. Ciężarówka jest za ciężka, aby van ją wyciągnął bez stalowej liny. Właśnie, przypomnij mi o takiej gdybyśmy znowu pojechali do miasteczka. Stacja benzynowa musi mieć coś takiego.

- No i co! No i co! Nie zobaczyli was?!

- Mając na sobie półtora metra ziemi nie mogli...

Opowiedział wizytę.

- To znaczy, że tutaj też jacyś mogą przyjść?

- Nie sądzę z prostego powodu. Miasteczko jest na każdej mapie i reprezentuje nie tylko schronienie i żywność, ale bezpieczeństwo będąc tak daleko od cywilizacji. Więc jeżeli ktoś przeżył i chce wyrwać się ze środowiska śmierci, a ma jeszcze, powtarzam, jeszcze siły, to pójdzie właśnie do takiego miasteczka. Do nas nie prowadzi żadna oznaczona droga. Tylko miejscowi wiedzą, że taka istnieje. Więc nasz dom odpada jako nadzieja dla nieszczęśników. Może wielu chce dalej, na zachód, do oceanu, ale nie tutaj. Tego „tutaj” nie ma...

- Jakieś inne wiadomości?

- Niestety. Do obozowiska nasza ciężarówka nie dojedzie, bo mieszkańcy skutecznie zablokowali drogę. Sami się też odcięli od świata z wyjątkiem wylotu drogi na zachód.

- Przecież ryzykują!

- Tak, ale nie mają, sprzętu by zgromadzić kamienie, skały .Już mówiłem, że buldożer czy jak mu tam - spychacz wysiadł. Telefony też.

- Więc jesteśmy w punkcie zero.

- Tak, Kasiu, ale nasze zero nazywa się życie. Mamy siedem zer...

- To szczęśliwa cyfra, prawda Mark?

- Dla nas nawet bardzo, masz racje, Flo.

- Widziałam kwitnące maliny, April też widziała. Tego lata możemy mieć bardzo dużo malin. Helen mówiła, że są idealne nie tylko do jedzenia.

- Helen ma racje... Niestety, nie wiemy co z nią, co z resztą.

- Przecież Bet zadba o pożywienie, a mają dom jak trzy takie jak nasz.

- Większy, sama świetlica jest jak ten dom.

- Więc nie musimy się martwic?

- Flo... Powiem tak, nawet gdyby był powód do zmartwień i gdybyśmy nic nie robili tylko martwili się cała dobę, to i tak nic nie pomożemy,

- Oczywiście, gdyby był powód.

- Ale nie ma, prawda?

- Tak, April, nie ma i tak zostawmy, okej?

Wieczorem zwołał naradę dorosłych. Musiał. Mysi o tym co mogli zostawić nie po sobie ale... z siebie ci zwyrodnialcy nie dawała spokoju.

- Kristi... Tak teoretycznie... Czy myślisz, że Helen pozwoli tym dzieciakom donosić ciąże, gdyby któraś...

Nie umiem powiedzieć. Helen jest bardzo konserwatywna. Może jednak znajdzie sposób... Bardzie boję się o HIV, bo AIDS oni chyba nie mieli. Nie wyglądali na chorych, przeciwnie. Krew była jak z najbardziej zdrowych pacjentów, może więc byli czyści. Chcę tak myśleć, aby spokojnie spać.

Wiele dziewczynek zabraliśmy z bardzo nieciekawych domów, rozumiesz. To była celowa mieszanka takich jak Flo, April i Lori.

- Jak daleko może być z miasteczka do obozowiska. Jechałyście autobusem?

- Do miasteczka tak, ale dalej wojskowym helikopterem, takim dużym.

- Pamiętasz długość lotu?

- Chyba pół godziny, coś tak. Byłyśmy zbyt podniecone przygodą.

- Duży, ciężki helikopter... Na maksa nie więcej niż 180 kilometrów na godzinę, to by dawało jakieś dziewięćdziesiąt kilometrów, jeżeli na piechotę. Cholera, nie dam rady w takim terenie, nawet, gdy jakąś drogą. Śnieg, deszcze mogły zmienia ją w rzekę... Oni zaskoczyli was latem. Może wtedy droga była okej dla ciężarówki.

- Możemy pójść we dwoje. Będziemy nieśli kanapki...

- Kanapki, pięknie, Kristi, ale to może być nawet sto kilometrów w jedna stronę.

- Pamiętasz ile siedzeń miał helikopter?

- Starczyło dla każdej.

- „Sikorski” transportowiec na pluton żołnierzy...

- Jaki „Sikorski"? O czym ty mówisz, Marek...

- To nazwa helikoptera od jego projektanta. Chcę odtworzyć rodzaj helikoptera i w ten sposób obliczyć szybkość lotu. Taki do przewozu plutonu żołnierzy w warunkach bojowych, a więc ponad trzydziestu, o ile pamiętam leci ponad dwieście na godzinę. Ale może teraz są nowocześniejsze, szybsze. To by dawało grubo ponad sto kilometrów marszu w jedną stronę.

- Ale Kristi i dziewczynki nie mogły tyle przejść, gdy nas znalazły.

- Kasiu, oczywiście, że nie, bo uciekały przed siebie nie wiedząc, że na skrót i do naszej drogi.

- Jak długo biegłyście...

- Tylko na początku biegłyśmy. Nie było sposoby, bo i noc i gęstwina, Flo o mało nie wybiła oczu no i zmoczyłyśmy się szybko. Dalej szłyśmy. Całą noc, dzień i znowu chyba noc, no, aż zobaczyłyśmy was.

- Tak, to też nic nam nie daje, bo gdzie iść, w jaką stronę. Wiem, że na wschód, bo nasza droga odeszła na północny wschód od miasteczka, ale gdzie... Tak można iść latami, a najgorzej, że nawet w kółko...

- Dziewczyny, sorry, mój błąd, dziecinnie głupi błąd... Helikopter leci w linii prostej,a droga tak nie biegnie.Jeżeli zima nie zmieniła jej nie tylko kształtu,to pół godziny lotu helikopterem nawet tym ciężkim może równać się grubo, grubo ponad sto kilometrów.

- Już to mówiłeś...

- Tak? W każdym razie chyba odłożymy spotkanie na jakiś czas. Głośno myślę, że może kiedyś uda się namówić mieszkańców miasteczka, aby wspólnymi siłami odciągnąć największe głazy. Kilka terenowych ciężarówek, stalowe liny i chyba nie będzie problemu. Jedyny, to przekonać tych ludzi, że harcerki są zdrowe Kristi, poznałaś je...

- Jakoś chyba tak. Najpierw trzy tygodnie na Martynice, teraz niecały tydzień tutaj. Czy mogę mówić, że je poznałam? A dlaczego pytasz?

- Proste, czy wytrzymają takie odosobnienie, nawet gdy w licznym gronie.

- Bet jest instruktorką kursów przetrwania w terenie. Mam nadzieję, że zachęci, wciągnie dziewczynki do takiej niby zabawy. Mówię niby, bo to jest czasem sprawa życia i śmierci jak wiecie.

- A ja zastanawiam się jakim cudem żaden drapieżnik nie zwąchał was, gdy uciekałyście. Mówią, że człowiek w strachu śmierdzi na odległość...

- Rzeczywiście, przecież wilki...

- Kristi, wilki napadają na ludzi jedynie w głupawych filmach, ale nawet Hollywood dziś takich nie robi. Dzikie zwierzęta wiedzą, że najgroźniejszym drapieżnikiem jest człowiek i robią wszystko by uniknąć kontaktu.

Tutaj, na tej szerokości geograficznej tylko stary, samotny niedźwiedź, samiec nie boi się człowieka i chętnie przekąsi „polędwiczką”.

Taki miś jada wszystko, włącznie z małymi misiami.

- Dzięki za wykład...

- Po prostu uprzedzam, bo jesteśmy na terytorium niedźwiedzi. Dla równie głupich turystów, jak filmy o wilkach, niedźwiedzie to takie powiększone pluszowe misie. Widzieliśmy jak w parku Yellowstone durny tatuś, ku uciesze dzieciaczków podawał czarnemu niedźwiedziowi jakieś ciasteczka.

- Podszedł tak blisko?

- Nie,Kristi, to niedźwiedź podszedł do otwartego okna w samochodzie durnego tatuśka. To co stało się w mgnieniu oka, już nie bawiło dzieciaczków i mamuśkę. Niedźwiedź chwycił za rękę, szarpnął i bez pośpiechu odszedł z dłonią tatuśka w pysku... Oczywiście zaraz helikopter rengerów, szpital i nareszcie durny tatusiek zrozumie napis: Nie karmić zwierząt.

- Kiedyś w telewizji, zgoda, że w przedpotopowych czasach zanim się urodziłaś leciał serial „Grizly Adams” Był słodki... Była to wieloletni przyjaźń potężnego mężczyzny z potrójnie potężnym niedźwiedziem. Widzowie nie wiedzieli, że niedźwiadek nieomal od urodzenia wyrastał z człowiekiem i zachowywał się jak pies. Serial ten też był źródłem dla wielu właśnie takich durnych tatuśków i ludzi w ogolę.

Kasia może dodać, że niedźwiedzie jak żadne inne zwierzęta są zupełnie nieprzewidywalne. W jednej chwili radość, a minutę amok złości...

- Myślisz, że tutaj, to znaczy w naszej okolicy jest taki niedźwiedź?

- Nie muszę myśleć. Jest to jak środa po wtorku. Samce są zawsze samotnikami. Gdy młode, to bez problemu polują zdobywają pożywienie. Potrafią nawet zagonie sarnę czy jelenia i zabić. Tylko właśnie na filmach są powolne, w rzeczywistości niedźwiedź na krótkim dystansie dogoni konia...

- Niemożliwe! Bardzo możliwe, bo setki razy sprawdzone. Jednak stary niedźwiedź zwłaszcza z jakaś kontuzją w wyniku walk o samice lub terytorium żeruje na łatwiznach i chętnie jada padlinę.

Właśnie taki niedźwiedź gustuje w mięsie ludzkim i gdy raz zasmakuje, to zawsze będzie szukał okazji.

Człowiek jest najłatwiejsza „zwierzyną łowną”...

- Ale psy go odstraszą, gdybyśmy spotkali takiego...

- Może to zabrzmi okrutnie, ale jedyną szansą dla psów w takim odstraszaniu jest, gdy któreś lekko oberwie od niedźwiedzia.

- Ale mówiłeś, że jedno uderzenie łapy może powalić nawet łosia...

- Gdy trafi gdzie trzeba na przykład w głowę. Może jednak tylko zahaczyć i wtedy pies zrozumie, że może ujadać, ale nie za blisko...

Nasze psy traktują ten las i wszystko co w nim żywe, jako zabawę i zabawki. Krótka potyczka z wilkami, gdy Lola wróciła z oberwanym uchem nic ich nie nauczyła. Przecież nie przegrały...

Mówiąc, że ponad sto kilometrów marszu do obozowiska to bardzo daleko nie wspomniałem o możliwości spotkania właśnie takiego niedźwiedzia lub zaskoczenia niedźwiedzicy z małymi. Teraz jest pora wyprowadzania ich z zimowych pieleszy. W obu przypadkach może być konieczność: albo niedźwiedź, albo my... Tragiczne w obu.

- Potrafiłbyś zastrzelić?

- Wolałbym użyć kuszy, ale tak by zranić. Niedźwiedź to nie wilk i wyliże się...

- No właśnie.

- Nic właśnie, Kristi. Kusza go nie odstraszyła, a jedynie rozwścieczy jak każdy ból. Jedynie huk broni palnej...

- Przecież można strzelić w powietrze.

- Można, gdy widzisz misia z daleka i mówisz mu... Hej, misiu, zaraz cię będę straszył... Ale nie gdy prawie wejdziesz na niego. Żadne zwierze nie lubi być zaskoczone, zwłaszcza drapieżne.

Wtedy atakuje i nie masz czasu by je postraszyć.

- Tak więc temat z odwiedzinami obozowiska jest zakończony.

- Right on, Kasia, Right on, cytując "długiego Alla".