Start arrow Książki on-line arrow PIĄTY KOŃ APOKALIPSY arrow Rozdział XIII - "KOLORY..."
Rozdział XIII - "KOLORY..."
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
03.08.2010.

KOLORY...

Śpieszyła się przyroda nie mogąc doczekać lata. Przyszło i zaraz rozsiadło się upałem. Nic nie przeszkadzało słońcu, żaden pyłek, żadne „dobrodziejstw” cywilizacji.

Przyzwyczajeni do siły słońca 32 równoleżnika w Tucson nie mogli zrozumieć, że tutaj przecież tak niby daleko na północ słonce może wciskać stworzenia w cień.

- Marek. czy to możliwe, że nastąpiło częściowe „przesuniecie się” biegunów? Pamiętasz, że straszyli czymś takim.

- Pamiętam, a teraz przypomniałem sobie o pewnym lecie, gdy pod kołem podbiegunowym biali faceci dostali porażenia słonecznego, a na Alasce zanotowano 36 stopni ciepła w cieniu. Więc bieguny chyba mają się dobrze...

- A my znaleźliśmy tyle malin, że razem musimy iść z wiadrami.

- A Flo znalazła grotę. Mówię wam, można tam mieszkać, nawet ściany ma kolorowe.

- Flo, brawo, ale jak wiesz już za późno. A ściany naszego domu? Można też podkolorować. Czytałem, że Indianie tłuką czerwoną skałę na proszek, mieszają, z woda i malują jak czerwona farbą. Mówiłaś, że ściany są kolorowe? Warto zobaczyć. Daleko stad?

- Marek, albo maliny albo kolorki...

- Spokojnie... Co to znaczy, że kolorowe?

- No, tak jakoś kolorowo niby błyszczą, a może to tylko słońce się odbija w nich, no, w skale...

- Prawdopodobnie tak. Zdążymy dziś z malinami?

- Jeżeli ruszymy już teraz.

Słodki ciężar może ważyć tyle, że i słodycz zatraci... Wie o tym każdy komu początkowo szczupłą słodycz małżeństwo zmieniło w może nie słodki, ale na pewno ciężar.

Warto było, a dziewczynki razem niosły jedno wiadro. W sumie trzy wiadra malin. Suszyć i dziękować temu kto zadbał o każde stworzenie. Jak wie każdy kto ogląda telewizję i niedźwiadki, że one też uwielbiają maliny i jagody w ogóle. Lola i Golden Boy jakby wiedziały, że teren należy uznać za własny, obsikały go z każdej strony rozległej polany.

„Kolorowa ściana groty” musiała zaczekać parę dni, bo letnia ulewa przeszła w mglista mżawkę. Wreszcie słońce miało tego dość...

To nie było odbicie słońca w skale. To były kryształy kamieni. Kolorowych kamieni, ale zbyt mało światła nie pozwalało dokładnie zobaczyć. Jak każdy kryształ „świeciły" odbiciem światła.

Marek ciężkim kamieniem odłupał „kolory”. Przezroczysta czerwień zabarwiona na końcach ciemną zielenią.

- To wygląda jak słodki arbuz!

- To wygląda jak turmaliny...

- Co to jest turmaliny...

- Kamień jubilerski, półszlachetny gdy 'mętny, ale ten jest doskonale przejrzysty, a to prawdziwy rarytas i ma wartość szlachetnego kamienia. Ten duży ma co najmniej trzydzieści karatów!

- O czym ty mówisz...

- O umownej wadze kamieni szlachetnych...Zaraz, zaraz, tu coś jest różowego... Zaczekajcie, nie chce uszkodzić. Przyda się podważyć siekierą, bo nóż nie da rady.

- Nie da rady? Mark, ten nóż jest ze stali.

- Zgadza się, ale nawet ten, a jest z najlepszej nie jest tak twardy jak to różowe. Wygląda mi na różowy kwarc. Nie jest tak drogocenny jak turmalin, ale tak różowy trafi do złotej oprawki...

- Mark, skąd ty to wszystko wiesz. Przecież uczyłeś się o „naprawianiu ludzi", a nie o kamyczkach, prawda?

- Tak, Flo, to prawda... ale jeżeli chcesz to opowiem ci o małym chłopcu.

- Jak małym...

- Miał wtedy sześć lat.

- A jak miał na imię?

- Ci, co wyrwali go z rodzinnego domu i wrzucili jak pakunek do wagom, jakim przewozi się bydło, bez okien, nazwali go „Mały wilczek, który musi zdechnąć zanim mu zęby urosną”... Miał wtedy dwa lata.

- -Do pociągu? Więc go wywieźli?

- Tak, daleko, do krainy dwa razy zimniejszej niż ta.

- Na Alaskę?

- Nie, Flo, dużo dużo dalej.

Chłopiec najpierw trafił do lasu. Miał matkę i starszego brata. Potem wywieziono ich tam gdzie ani drzewo ani krzak nie rosną i tylko dwa razy w roki są dzikie kwiaty i wysoka trawa. Ale nic nie ma do zabawy, jedynie kamyki i piasek, a zima jest zimniej niż tutaj.

- Więc umarł?

- Nie umarł ale był samotny.

- Przecież miał matkę i brata.

- Matka pracowała po 10 i 12 godzin dziennie, a brat? To już jest zupełnie inna historia.

- Więc był sam. Nie nudził się? Ja tu mam was ale czasem mi jest tak dziwnie smutno, nie obraź się.

- Rozumiem Flo, naprawdę rozumiem.

Taki niby dom, w którym mieszkał był obok toru kolejowego. Pewnego dnia chłopiec zobaczył coś błyszczącego przy torze. Były to dwa małe szkiełka, czerwone i zielone... To były jedyne kolory jakie poza kwiatami widział. To były jego skarby i zaraził się kolorami...

- Nie można zarazić się kolorami...

- Wiem, ale tak się mówi. Od tego czasu kolory stały się jego pasją, to znaczy stały się bardzo ważne. Wiele lat później te szkiełka dały początek wiedzy o... właśnie kolorowych kamieniach. To już koniec...

- Czy znałeś tego chłopca?

- Znałem go, Flo.

- To byłeś ty, prawda?...

- Tak, Flo,to byłem ja.

- Mały wilczek... Udało ci się wyrosnąć na dużego, silnego wilka...

- Pomogła mi w tym moja matka. Była silniejsza od tych, którzy wywiedli nas na skierć.

- To nie jest smutna historia, nawet wesoła, bo jesteś tutaj, z nami.

- Tak, w tym sensie nie jest smutna, to prawda. Czy lubisz różowy kolor?

- Kiedyś lubiłam, ale gdy April zaczęła mnie nazywać dzieciną, to przestałam.

- Ale już cię nie nazywa, więc?

- Wole czerwony, taki z zielonym...

- Nawet niech ci się nie śni... Ten okaz jest nasz, to znaczy wspólny i nigdy go nie oddamy, ale tam jest więcej podobnych, a różowe...

- Mogą być, bo ja tak naprawdę bardzo lubię ten kolor... Słuchajcie! Mark się zna na kamieniach i ciekawie opowiada.

- Ale opowieści muszą być przy świecy. Kristi, najgrubszą. Od czego mam zacząć?

- Kiedyś widziałam na wystawie dwa identyczne, zielone pierścionki, z tym, że ten mniejszy był dziesięć razy droższy, co ja mówię, więcej niż dziesięć, dlaczego?

- Prawdopodobnie widziałaś syntetyczny szmaragd i naturalny, ten mały był naturalny.

- Ale były tak samo zielone i w złocie...

- Kristi, dla ciebie tak samo...

- Syntetyczny? Czy to znaczy, że gorszy?

-Inny, a czy gorszy? Jak by ci to wytłumaczyć... Powiedzmy, że spotykasz chłopaka, miłość, no wiesz...

- Nie wiem, a to nie jest temat o kamieniach, przestań...

- Pomogę ci zrozumieć, nie przerywaj. Dla tego chłopaka jesteś wyjątkowa, niepowtarzalna, czy to jest za trudne?

- Jasne, że nie, bo tak powinno być!

- No widzisz. Ty jesteś jak ten naturalny kamień, a inne dziewczyny i jest ich tysiące są jak ten syntetyczny, bo syntetycznych kamieni fabryka wypuszcza tysiące ton.

- A naturalne? Nie ma ich tyle?

- Nie tylko, że nie ma aż tyle, ale każdy jest inny, tak jak to co dla nas jest drogocenne. Rozumiesz?

- Więc te, nasze są drogocenne?

- Bardzo rzadko natura daje w tym przypadku turmalinowi, taką idealną klarowność. Właśnie ta klarowność jest jedną z czterech cech decydujących o wartości danego kamienia. Drugą jest jego kolor. Czerwień czerwieni nie równa... Czerwień turmalinu jest unikalna, bo jest na pograniczu różu , bordowego. Zieleń jak widzicie też jest nie taka jaką znacie chociażby ze szkoły. To czyni ten kamień wyjątkowym. My, wy, ja ,też jesteśmy jak kamienie, bo każde z nas jest inne. Mówi się, że ktoś jest czysty jak kropla wody... Taki przejrzysty.

- Oni byli jak bardzo brudna woda, prawda?

- April, nie wiem czy urodzili się takimi. Człowiek sam decyduje ile brudu chce przyjąć, ile w nim ukryć samego siebie...

- Mów lepiej o innych kamieniach, szkoda świecy...

- O różowych?

- Może być...

- Ten różowy, pomimo, że jest tylko kamieniem jubilerskim jest również w unikalnym w kolorze. Tylko dwa inne kamienie są różowe, ale ponownie inaczej różowe...

- To dlaczego ten nie jest szlachetny?

- Bo jest go bardzo dużo w tym sensie, że jest to kwarc a planeta Ziemia składa się głównie z kwarcu.

- Ale nie różowego jak ten, mój!

- Ooo...już twój?

- Przecież umówiliśmy się...

- Zgoda, Flo. To prawda, że takiego różu nie ma tak dużo, a że jest twój, to jest szlachetny...

- Mark, od początku cię lubiłam chociaż często nudzisz... Trujesz.

- A ja od początku wiedziałem, że będę miał z kim rozmawiać.

- A Kasia?

- Kasia zna moje opowieści z każdego dnia i nocy...

- Co nie znaczy, że nie chce znać jeszcze więcej.

- Kasiu, oby nam starczyło wiele, wiele dni i nocy, a będą jak drogocenne kamienie. Ale na dziś buźka i spać. Ząbki, ząbki nie toleruję niedomytych...

- A czy nie mówiłam, że trujesz?... Lato... Lato... Czyż na twój temat nie wyciśnięto ze słownika każdego przymiotnika? Tylu doczekało się laurów i nawet Nobli, tylu połamało sobie resztki zębów, a ty ciągle dostarczasz kompleksów literatom...

- A przecież wystarczy nic nie mówić, nic nie pisać tylko oddychać tobą królowo kalendarza...

Wiosna jest piękna, bo pierwsza miłość też taką jest, ale tak samo krótka, nawet gdy upojnie słodka. Ty jesteś jak dorodna bogini pewna swojej roli i pełna skarbów. To ty przygotowujesz je dla Jesieni, a ta, czyż nie jest tak samo jak wiosna, krótka...

Jak potężna, nie tylko dorodna, potrafisz przypomnieć stworzeniom o swojej sile. Właśnie przypomniała...

Albo wezbrane śniegi albo oberwanie wielu chmur zmieniło strumyk w rwącą rzekę. Niosła wszystko co było na jej drodze a pod koniec dnia wyrzuciła gałęzie, nawet młode drzewka pod próg domu. Jeszcze jeden dzień a popłynąłby tam gdzie rzeki odpoczywają, zwalniają...

Należało otoczyć tą część domu prowizorką ze splecionych gałęzi. Woda powinna zrobić resztę nanosząc piasek i drobne kamienie.

Gdy wreszcie wyjrzało słońce dziewczynki pobiegły brodzić w wodzie ciepłej w zakolach choć mętnawej, a krystalicznie czystej wartkim nurtem. Znowu były dzieciakami zapominając, że ochlapywanie się wodą i zbieranie kamieni, nie dla panienek.

A woda rzeczywiście idealnie wyszlifowała okruchy kwarcu, błyszczały jak klejnoty...

- Mark! Mark! To są chyba drogie kamienie... Zwłaszcza Flo co chwila przynosiła pełne garście „skarbów”. Przestał zwracać uwagę nawet wtedy gdy dziewczynki przyniosły do domu chyba pół wiadra kamyków i zaczęła się licytacja.. to moje, a to twoje, nie, to moje...

Poprzedniej nocy miał jeden z tych snów, o których wolał zapomnieć i marzył by paść na materac budząc się do następnego dnia. Krzyki weszły w górne C...

- Dość! Co to za durnota tak kłócić się o głupie kamyczki!

- Ale one są, inne, nawet nie okrągłe...

- No właśnie, tym bardziej.

- Ale mają taki ładny kolor, wszystkie taki sam. Zobacz...

Mówi się, że ktoś doznał szoku i bardzo ładnie wykorzystują to nawet początkujący pisarze. Ale... czy nie można doznać szoku na widok samorodków złota, z których największy był jak pięść dorosłego człowieka.

- Co tak zaniemówiłeś? Nie podobają ci się?

- Flo, April, czy wiecie co to jest? A w ogóle gdzie jest Kasia i Kristi!

- Poszły gdzieś z psami, bo co?

- To jest złoto! Czyste złoto!

- W kamieniach, przecież to się nie nadaje na pierścionki. W sklepie jest prawdziwe złoto, gładkie, lśniące...

- W sklepie w Ameryce, to znaczy w Stanach i u was w Kanadzie jest gówno a nie złoto, bo owszem jest mniej lub bardziej żółte, ale ma tylko połowę złota, reszta to bezwartościowe metale. Ale...O czym ja mówię! Dziewczyny... Czy jest tego więcej?

- Zebrałyśmy tylko to co było na piasku.

- Ja widziałam w wodzie, że coś błyszczało, ale ty mówiłeś, że to kwarc?

- Tak, co nie znaczy, że to nie mogło być złoto wyszlifowane właśni okruchami kwarcu.

- Zaprowadzicie mnie tam?

- To przecież prawie obok domu. Czy mam zabrać wiadro?

- Jasne że tak! Ale numer! Mamy złoto i co z tego...

- Nie rozumiem, przecież jest coś warte. Dlaczego tak mówisz?

- Flo... Coś warte? Za to co już teraz mamy można kupić najdroższy dom u nas, w Tucson. Co ja mówię, w jakim Tucson... Przecież nie mamy komu sprzedać tego skarbu a jest duży, bardzo duży. Tylko to waży nie mniej niż dwadzieścia kilo. Jak dałyście radę to przynieść...

- Razem, ale było ciężko. Teraz ty przyniesiesz więcej.

Dziewczynki wyzbierały dokładnie to co było na piasku, gdy rzeka wyrzuciła a woda opadła. Pierwszy błysk w płytkiej wodzie okazał się następnym kawałkiem oszlifowanego złota wielkości jajka. Wystarczyło kopnąć stopa by spod piasku „wyskakiwały” następne...

- Zaczekajcie... To musi być wspólna radość.

April zawołaj Kasię i Krysti. Zagwiżdż, psy znają, twój gwizd. Flo, zostaw, chcę aby one „odkopały” nasz skarb...

- Czy to jest naprawdę! Marek! To jest góra złota...

- W normalnym świecie powiedziałbym, że jest wystarczająco wysoka, aby z jej wierzchołka zobaczyć cały świat, ale tutaj...

- Tutaj możemy się cieszyć i wiesz co? To jest jeszcze jeden powód, aby któregoś dnia wyjść stąd mając taką górę...

- Mark powiedział, że w sklepach jest gówno a nie złoto...

- Bo tak jest. Zanim nauczyłem się, jak to ty nazywasz „naprawiać ludzi”, wiele lat pracowałem w sklepach jubilerskich, nawet prowadziłem kilka. Cwaniacy robili durni z ludzi sprzedając im bezwartościową mieszankę złota z tak zwanymi alojami. „Złoty” krzyżyk czy łańcuszek ma często nawet mniej niż połowę złota. Cwaniak płaci za tysiąc takich dwa dolary, a sprzedaje w sklepie po sto dolarów...

- Ale nie jest tak. Mój tata przywiózł z jakiegoś kraju bransoletkę dla mamy i powiedział, że to jest czyste złoto...

- Czy może przywiózł z Indii lub od Arabów?

- No tak, właśnie tak, od Arabów, pamiętam...

- Bo tylko tam wyroby ze złota są złote, lecz też nie w 100 procentach tylko w trzy czwarte. Czyste złoto jest w waszych monetach z kanadyjskim liściem klonu.

- Ale to, nasze złoto jest w stu procentach prawdziwe.

- Najprawdziwsze a ty jesteś bardzo bogatą dwunastolatką...

- Mark! Gdybym cię tak nie lubiła! Jestem trzynastolatką!

- Sorry, Flo, pomyliłem nacięcia na ścianie...

- Czy to znaczy, że już nie pójdziemy do kolorowej groty?

- Ja pierwszy...

- Więc moje różowe kamienie też są skarbem?

- Prawdziwym, a wiesz również dlaczego?

- Bo kryształy mają przejrzystość? Tak powiedziałeś?

- Tak,ale też dlatego ,że sprawiły ci taką^radość,rozumiesz?

- Pamiętam, że Kasia kiedyś powiedziała coś takiego... Radości nie można kupić... Prawda Kasiu?

- Tak się tylko mówi, co nie znaczy, że to nie jest prawda, ale... Gdy kupię ci coś czego bardzo pragniesz, jak prezent pod choinką. Czy nie sprawi ci radości?

- Tak, ale wy dorośli zawsze musicie wszystko wytłumaczyć, a ja nic nie muszę rozumieć, gdy się cieszę...

- Flo... Kiedyś napiszesz książkę.

- Mam już tytuł...

- No nie, tak na poczekaniu?

- Udało mi się... Co wy na: „Nie muszę rozumieć radości”...

- Boże...

- Co się stało!?

- Nic, Flo, nic... A może jednak... Tylko Bóg zrozumie i wytłumaczy się z tego na co pozwolił.

- Mój ojciec uważa, że Bóg wszystko zwali na człowieka i wcale nie musi się tłumaczyć. Czy to prawda,Mark?

- April, masz bardzo mądrego ojca.

- Myślisz, że on i mama są okej?

- Ty też tak musisz myśleć. My tak musimy myśleć.

- Mark, dlaczego rozmawiasz tylko z Flo, to jest niesprawiedliwe.

- Tylko? Chyba jesteś tutaj nieobecna. A że z Flo? Bo ona chce rozmawiać ze mną. Ciebie trzeba zachęcać...

- Powiedz ile razy robisz to z Kasia...

- Robię, co?

- No wiesz...

- April, Czy ja cię pytam ile razy zaglądasz sobie w majtki?

Czy mógł dziwić się takim pytaniom. Prawie czternastolatka nie mogła tak nie pytać. Jej babskie rozmowy z Kristi czy Kasią nie mogły zastąpić normalnego środowiska. Na razie Flo nie interesowały podobne sprawy, ale chłonęła każdą informację o tematach których pozornie nic nie mogła wiedzieć, że istnieją.

Któregoś dnia Kristi zapytała o zarazę...

- Kristi, nie tym razem... Powiedz Kasi, że mam prawdziwego słuchacza, bo Flo nie podpuszcza mnie do rozmów.

- Przysięgam, że nie podpuszczam i nie uzgodniłam z Kasią. Parokrotnie powtarzałeś coś o Centrali, że jakaś grupa ludzi chce mieć pełna władzę nad nami.

- Tak to wygląda.

- A może to nie żadna Centrala tylko jakiś maniak, szaleniec? Ktoś kto nienawidzi ludzi bo nic mu się nie udało osiągnąć? Nie uważasz?

- Wiesz, że to ma sens... Jeżeli taki szaleniec miał dostęp do zarazy , to wystarczyło, że wypuścił na początek. Reszta tej apokalipsy poszła reakcją łańcuszkową. Ktoś dostał zarazą a odpowiedział nuklearnie, drugi to samo... Tylko w Ameryce Południowej jako jedynym kontynencie bez broni nuklearnej podobni szaleńcy nie mieli odpowiedzi. Nie znaczy, że padli jak w domino...

- Uczyliśmy się, że miasta w Japonii już po kilku latach nadawały się do życia po uderzeniu nuklearnym.

- To prawda, z tym,że jeszcze przez następne pokolenie rodzili się ludzie bez rąk, bez nóg, oszpeceni.

- Ale nie zarażali innych.

- Nie. Broń nuklearna jedynie zabija, co ja mówię, jedynie... To znaczy, że niszczy każda formę życia, ale tylko w pierwszej fazie uderzenia. Potrafi, jak chyba wiesz zmieniać formy życia do tego stopnia, że ryby chodzą po drzewach a ptaki pływają jak ryby...

- To jest potworna kombinacja, ta zaraza i te nuki. Wy, w Stanach mieliście dużo takich co mówili... Nuk them... Prawda?

- Mieliśmy dużo głupich, sorry, ogłupionych ludzi, a to jest ogromna różnica.

- Czy taki szaleniec nie wiedział, że zabije również siebie?

- Gdyby tak myślał, to nie byłby szaleńcem...

- No, niby tak.

- Zapytaj Kasię czy nie odczuwa braku telefonu...

- Nie muszę. Ja bardzo odczuwam...

Jest coś co zmienia nawet małe dziewczynki w kobiety i nie ma to nic wspólnego z seksem, przynajmniej nie bezpośrednio. Jest to telefon. Płeć żeńska nawet w tej części, która nie ma wielu zainteresowań, która nawet nie interesuje się niczym poza kuchnią i ciuchami, potrafi godzinami rozmawiać przez telefon. Nie znaczy to, że tak nie rozmawiają żeńskie intelektualistki, one potrafią jeszcze dłużej... Niesamowite ile nawet te małe jeszcze nie kilkunastoletnie dziewczynki i kobiety potrafią wycisnąć znaczenia z dokładnie tych samych słów. Żaden pisarz nawet o wyjątkowej wyobraźni tak nie potrafi...

Marek zawsze uważał telefon za jeden z najgenilniejszych wynalazków służących do przekazywania wiadomości. Został do tego stworzony.

Gdyby Aleksander Bell wiedział co zrobią z jego wynalazkiem kobiety, to być może zaczekałby?...

Pewno teraz, w tym podobno lepszym świecie już przestał się drapać w głowę ze zdziwienia, bo już dawno stracił reszki włosów...

Kristi zaskoczyła go, nie pierwszy raz. Dziewczyna była małomówna, ale jej zdania, krótkie zawsze trafiały w dziesiątkę. Czyż nie jest to najlepsza zaleta lekarza?

Marek uważał lekarzy i inżynierów za fundację życia człowieka. Ktoś skrytykował takie rozumowanie, mówiąc, że bez architekta inżynierowie nie mieliby pracy. Co za bzdura! Architekt może sobie mazać i marzyć... Może budować zamki na lodzie... Ale aby takie marzenia nie zwaliły się potrzebny jest inżynier i jego wiedza skutecznie poprawiająca takie „mazania i marzenia”.

Cwaniacy zostają architektami, a inżynierowie ratują ich cwaniactwa.

Czy i jedni i drudzy odrodzą się i czy świat odrodzi się, nawet gdy zupełnie inny, ale dla kogo... Dla takich starych pierdzieli jak ty, tak. April, Flo, ich pokolenie przyjmie ten świat jako jedyny, ich świat. Wejdą w niego bez wspomnień o ile lżejsze i chyba szczęśliwsze. Nie badzie im brakować tak jak tobie najpiękniejszych dźwięków jakie udało się stworzyć człowiekowi, pereł i diamentów muzyki Chopina i ognia w najsłodszych płomieniach muzyki Guajiros z Kuby. Perlistych rancheras Meksyku i argentyńskich gitar... Tego już nie będzie? Przecież powiedziałeś, że kontynent Ameryki Południowej - łacińskiej może zachować się najczystszy. O ironio... Zawsze był od tego najdalej...

Muzyka... Mógł umrzeć w niej... Czyż nie najsłodziej , bezboleśnie umiera się w transie, jakimkolwiek by nie był?

Czy zazdrościł dziewczynkom, a przecież Kristi była jedną z nich, z tych które może zaczną nowy świat. Nowy? Ty durniu... Takim będzie tylko dla nich. Jak długo na tej planecie pozostanie tylko dwoje ludzi, to nigdy nie będzie ani demokracji ani zgody. Przecież jeden będzie chciał rozkazywać, a ten drugi? Albo zginie albo będzie słuchał. Tylko dwoje ludzi. Tysiące lat temu człowiek zaczął do dziś, a wiec nieśmiertelną zasadę: Dziel i rządź. A im mniej do podziału tym łatwiej...

Nie zazdrościł, jeżeli to współczuł bo one, dziś dziko szczęśliwe w tym lesie nie zaznają... Czego? Czy można współczuć chociażby psu, że nie wie co to jest kino, teatr, opera.. Co w ogóle będą czuć, za kilka lat... Nie musiał tak długo czekać...

- Mark, mam poważne pytanie, nie o seksie...

- April, stało się coś"?

- Powiedziałam, że poważne. Co to jest miłość...

- Zapytaj Kasie.

- Odesłała mnie do ciebie,podobno wiesz więcej...

- April, nic nie trzeba wiedzieć o tym.

- Ale masz tyle lat...

- Miłość jest bardzo niebezpieczna, zacznijmy od tego...

- Kristi mi mówiła o chorobach, wiem.

- Ale ja powiem ci o chorobie duszy...

- Duszy? Czy to nie jest o Bogu?

- Może tak, kiedyś go zapytam... Widzisz... Gdy ktoś da ci swoje serce, to twoja dusza ma dwa serca i wypełnia ją coś czego nie można opisać słowami. Ale gdy ty wyrzucisz dane ci serce, gdy ktoś wyrzuci twoje, to dusza nie ma żadnego serca. Często umiera, tak bywa...

- Ale można żyć bez duszy, czy nie?

- Wielu żyje. Czy wiesz co to jest dzwon?

- To co słyszy się w kościele i w telewizji?

- Tak, słyszy się, ale dzwon to człowiek... To dziecko człowieka, on go stworzył i dał mu serce. Gdy serce uderza w dzwon, to słyszysz. LUDZIE BEZ DUSZY SĄ, JAK DZWONY BEZ SERCA. WYGLĄDAJĄ, TAK SAMO JAK CI Z SERCEM, ALE NIE POTRAFIĄ ŚPIEWAĆ JAK DZWONY, MOGĄ TYLKO KRZYCZEĆ...

- Czy dlatego, że wyrzucili czyjeś serce?

- Dlatego też, April, dlatego też...

- A ja, czy ja mogę śpiewać jak dzwon?

- Zawsze będziesz mogła gdy zapamiętasz, że nie wolno wyrzucać serca.

- Kasia chyba ma wiele serc...

- Dlaczego tak myślisz.

- Nie wiem. Ona jest ciepła, sorry, nie potrafię inaczej, no wiesz... Ma takie ciepłe oczy. Ktoś powiedział, chyba moja mama, że w oczach widać serce, więc Kasia ma przynajmniej dwa. Ty chyba też...

- Chyba?

- Jeżeli będziesz ze mną tak często rozmawiał jak z Flo, to nie powiem, że chyba...

- April, sorry, że się powtarzam, ale co cię dziś uderzyło...

- W serce?

- Tak, w serce...

- Boje się, że... Ale lepiej ci nie powiem, bo to jest smutne.

- Nie można zaczynać i tak kończyć. Nic nie jest smutne jak długo jesteśmy razem.

- Właśnie to jest smutne, to znaczy nie! Nie to! Boję się, że Kasia lub ty odejdziecie, no wiesz... Sorry.

- Ja też się tego boję, co nie znaczy, że jutro nie zrobimy dodatkowych pięć kilometrów marszobiegu, a po południu nauczę was zadbać o wasze tyłki i to co upychasz pod bluzka. Ćwiczyć ciało trzeba tak jak grę na instrumencie, nawet od dziecka. Możesz powiedzieć, że nastroiłem wielu ludzi...

- Ale fajnie, już mi nie jest smutno. Ale nie mów o naszej rozmowie.

- Komu nie mówić?

- Flo, no wiesz, ona myśli że ja wszystko wiem, nie tyle co ty...

- Wiesz co jest bardzo dziwnego z wiedzą, coś naprawdę dziwnego? Każdy człowiek może do końca życia dowiadywać się czegoś nowego i nie w tym jest to dziwne, ale w tym, że chociażby ja mogę od was nauczyć się, przecież niby więcej wiem.

- Ty, od nas?!

- Tak, April. Nawet od małego dziecka można się czegoś nauczyć.

Uczyć się nawet od dziecka... Jedno z tych powiedzonek każdemu miłych... Dlaczego człowiek nie uczy się od równych sobie, ci przecież wiedzą więcej. Co jednak znaczą wszystkie nauki, nawet te na własnych błędach gdy decyduje o tym czego powinniśmy się uczyć. Kolejny frazes? Nie był dla kolegi Marka, dużo starszego Sama Jacenda, z którym w 1978-79 w pierwszych latach Kalifornii sprzedawał samochody w „Las Tunas Ford”, w dzielnicy San Gabriel ...

W połowie 1944 roku Sam dostał powołanie do wojska. Powiedziano mu, że poleci do Europy walczyć z Niemcami. Nie znał żadnego Niemca, a sąsiedzi, prawda, że z niemieckich dziadków byli amerykańskimi patriotami jak mało kto.

Miał 18 lat i był pierwszy raz zakochany... W Los Angeles przekwitały ostatnie cytrusy i upajająco pachniały śnieżnobiałe, jakby woskowe gardenie w ogrodzie rodziców.

6 czerwca 1944 wraz z tysiącami takich jak on został wysadzony z pontonów do wody przy plaży w Normandii. Dopływając widział jak okrętowe działa z brytyjskich krążowników mieszały wodę wysokimi rozbryzgami, a ponad 500 amerykańskich samolotów poleciało rzucić bomby na niemieckie umocnienia. Nie wiedział, że okręty „bombardowały” wodę daleko od niemieckich umocnień, a samoloty zrzuciły bomby 12 kilometrów za niemieckimi bunkrami. Nie wiedział, że właśnie i tylko na tym odcinku francuskiego wybrzeża od lat Niemcy tak wkopali się betonem w wysoki brzeg, że tylko lufy czołgów i dział były ledwo widoczne.

Nie wiedział, że od lat francuski ruch oporu wyraźnie wytłumaczył Anglikom i Amerykanom, że tylko ten odcinek Normandii ma umocnienia. Nie tylko on nie widział, bo do tej pory świat nie wie dlaczego właśnie TEN odcinek Alianci wybrali by wysadzić desant... Tylko jednego dnia, właściwie tylko przez niecałe trzy godziny na plaży o kryptonimie Omaha zginęło prawie 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy, takich jak Sam.

On uratował się za ciałem zabitego kolegi...

Czy Stalin był tak genialnie kierowany (jako że sam wolał uciechy z chłopczykami...), że podpuścił „sprzymierzeńców” do takiej rzezi? Dwa dni szturmowania wysokiego na 20 metrów brzegu, umocnionego zwałami kolczastego drutu i pozycjami karabinów maszynowych zebrały „żniwo” prawie 20 tysięcy zabitych, głównie Amerykanów.

Po co! Dla kogo!

A teraz?... Teraz człowiek jeszcze raz nie nauczył się tak sprawdzonej prawdy - nikt, nigdy, niczego nie wygrał siła aby utrzymać tak długo jak zaplanował.

Tak? I CO Z TEGO?!

Kiedyś Sam powiedział... Mark, zazdroszczę ci... Chciałbym mieć też tylko 39 lat. Pomylił się. To jemu teraz zazdrościł... Sam ,być może gdzieś z górnych pięter, jeżeli takie istnieją, przygląda się niepoprawnej głupocie rodzaju ludzkiego.