| Rozdział XIV - "W ZAWIESZENIU" |
| Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz | |
| 03.08.2010. | |
W ZAWIESZENIUByli bogaci. Bardzo bogaci. „Brodzenie” w wodzie zaowocowało w dwa wiadra pełne złotego kruszcu, grubego złotego piasku dziesięciu samorodków,a każdy jak jajko. Jednak to „kolorowa” grota dała najwięcej radości. Obok turmalinów i różowego kwarcu odłupano sporo jasno niebieskiego kwarcu i zielono niebieskiego azurytu z malachitem. - Czy ktoś przygotował to dla nas? Wszystko w jednym miejscu... - Flo, tylko turmalin jest tu „nie na miejscu” ale najlepszy geolog wszystkiego nie wie o "właściwym" miejscu dla turmalinów. Reszta kolorowego towarzystwa jest z jednej rodziny i lubi być razem. - Niebieskie są moje! - Kasiu, ten azuryt jest też piękny. Prawda, malachit jest „brudny” i bez „wzorków”... - Tak, ale niebieskie są moje. - Muszą być Kasi, bo pasują do oczu. - Ale ja mam też niebieskie! - April... Gdy uda się wyszlifować te niebiesko-zielone to nie ze chcesz innych. - A ja, gdzie jestem ja?... - Kristi, ty siedzisz na górze złota, ma podobny kolor do twoich oczu. - Ale ja też mam takie! - Flo, przecież zarezerwowałaś różowe... Nie obraź się, ale czy nie jest wspaniale znowu być dzieckiem?... Tyle zabawek... - Ale sprzedamy tylko złoto, prawda? No, może trochę tych czerwono – zielonych. - Ja otwieram sklep... Kto da więcej? - Marek, a tak poważniej, jak myślisz, ile to jest warte, złoto, kamienie, przecież siedziałeś w tym przez trzy lata. - To było milion lat temu, gdy w ogóle coś było warte. Dziś tylko życie ma wartość, jak nigdy... - Oczywiście, ale ile, no tak na oko... - Na oko to jest za ciężkie... Ile? Jeżeli wrócimy do tamtego świata, a bez znaczenia jakim będzie aby zdrowy, to na pewno nie będzie papierowych pieniędzy. Pamiętasz, że jakieś sześć lat temu cwaniacy zrobili durni z ludzi podbijając cenę złota do prawie 2 tysięcy dolców za uncje. - Czy uncja to jakiś lepszy kamień? - Nie, uncja to prawie 33 gramy. Grożąc terrorystami wywindowali złoto tak wysoko. Potem, gdy już napchali kieszenie a durniom gówno do mózgów i „terroryści” przestali zagrażać i gospodarka wróciła do normy... - Mogę ci przerwać? - Tak, April. - Mój ojciec powiedział, że o cenie złota decyduje kilku facetów w Londynie i to są Żydzi. Podobno nic nie obliczają tylko przybijają sobie „piątki” i już jest nowa cena złota. - April! Tak mówią antysemici, nie ucz się tego! - Chwileczkę, Kristi. Nie wiem czy tak jest, ale jeżeli jest, to tylko może świadczyć o żydowskiej mądrości. Niby co jest złego, że zarabia się pieniądze? A że ludzie są durni? Żadne prawo tego nie zabrania... Więc teraz, jeżeli wrócimy, to złoto zastąpi każda papierowa walutę. Te dwa wiadra podzielone na pięć, a przecież największe samorodki maja bez porównania większą wartość niż złoty piasek czy okruchy, ile to będzie warte? Na pewno nie kilku nieprzespanych nocy... - Ale ja pytałam poważnie. - Kasiu, zapytałaś kryształową kulę... Czy ja wyglądam na taką? Nasz skarb nie ucieknie. - Ja go będę pilnować pistoletem, zastrzelę każdego! - Flo, w jednej chwili zmieniłaś się z potencjalnej pisarki w chciwego strażnika skarbu, gotowego zabić... Widzicie co było powodem wszystkich nieszczęść i wojen od początku istnienia człowieka? Chciwość! - Wcale nie, ja tylko nie chcę aby ktoś ukradł... - Oczywiście, Flo, oczywiście... A tak dla pewności, to zastrzelisz złodzieja... - Daj spokój Marek, przecież ona tylko tak powiedziała... - Świetnie. Flo, z ręka na sercu, szczerze, gdy ktoś zakradnie się aby zabrać te twoje, różowe, to co zrobisz? - Nie ukradnie!... - No, widzisz, Kasiu co bogactwo robi z człowieka. - Ale ja i tak napiszę książkę! - Będziesz miała o czym, to na pewno. Nie jest wiadomym kto jako pierwszy powiedział, że coś jest bezcenne. Nie jest również wiadomym co miał na myśli, a może kogo jako, że ludzie też maja cenę. Wiadomym jednak było, że ich skarb był bezcenny, by nie powiedzieć, że bezużyteczny... Marek opowiedział dziewczynom o królu Midasie. Początek opowieści przywitały zgodna aprobata życzeń chciwego króla - On był prawie taki jak my... To ja pierwsza potknęłam się w wodzie o coś, a to był ten ogromny kawał złota. Wystarczyło kopnąć, on musiał dotykać. - Może pozwolicie dokończyć? - Wiadomo co będzie... Na pewno cały pałac zrobił ze złota, tak? - Flo, zastanów się... Facet dotyka coś, a to zmienia się w złoto... - Czy może jesteś głodna? - Ale wpadka! Rzeczywiście... Jedzenie też zmienił w złoto! To jest bardzo mądra bajka, ale ja i tak zastrzelę każdego... Tylko nie mów Kasi, ona jest taka dobra. - Każdy, kto potrafił wytrzymać ze mną tyle lat nie może być zły... - Nie jesteś taki zły, tylko czasem za dużo mówisz. - Mnie to nie przeszkadza, a w ogóle to kto ma z nami rozmawiać, uczyć nas, no, pomyśl April. Może on dużo mówi, ale nie mamy ani telewizji ani komputera ani koleżanek. Ja nie chce wiedzieć tylko tyle co w tym lesie. - Ludzie którzy mało mówią uchodzą za mądrych, bo nigdy nic głupiego nie powiedzą. A prawda bywa taka, że nic nie mają do powiedzenia. - Nauczyciele mówią aż za dużo. - April, czy pomyślałaś dzięki komu ludzie zostają lekarzami, inżynierami, dziennikarzami, ministrami, prezydentami... Ich początkiem był nauczyciel, ten pierwszy nauczyciel, gdy zaczynali początki ABC. Bez niego, bez tego o którym dawno zapomnieli, żaden z nich nie zostałby tym kim jest. Zwłaszcza dziennikarze, którzy wiedza wszystko nawet wtedy, gdy nic nie wiedzą mają najmniej szacunku do nauczycieli. Przecież oni „tylko” uczą... - Ty możesz być dobrym nauczycielem, prawda Flo? - Przecież on jest. Co z tego że nie mamy szkoły, czy nie uczy nas tak jak teraz, o chciwości? - Nawet nauczył mnie o miłości... - Co?! A dlaczego nie mnie! - Wyluzuj, jedynie odpowiedziałem April na jej pytanie i dodałem trochę... Czuję się wyróżniony, że zapytała mnie... - Bo Kasia mi poradziła przyjść do ciebie. - Ja też chcę wiedzieć o miłości... - Flo... Popatrz w oczy Golden Boya albo Loli, zobaczysz tam najprawdziwszą miłość, taką, która cię nigdy nie zdradzi. - Nie wyrzuci serca, czyż nie tak mi powiedziałeś? - Tak powiedziałem. Czy tylko wydaje mi się, czy robi się ciemno? Jutro czeka nas wyprawa po więcej kory z klonu. To może być długi marsz, więc do jutra. Nie można było nie zabrać psów. Każdy, kto ma bliski kontakt z psem wie, że pies doskonale czuje, mało, że dokładnie wie czy i jak szybko wyjdzie na spacer. Psy lubią rutynę, co nie znaczy, że bez tego znają „rozkład dnia”. Kasia i Marek szybko zorientowali się, że muszą używać umownych skrótów do danych sytuacji, aby przynajmniej przez jakiś czas psy nie zrozumiały. Tak, ale to było w miejskich warunkach. Tutaj, gdzie las wabił jak zaczarowany świat, utrzymać psa w domu było jeszcze trudniej. Tak więc kolczatki i w drogę. Poszli we trójkę, Marek, Kristi i Flo. Flo pamiętała gdzie rosną klony, ale Marek chciał mieć więcej drzew w zapasie. Zrobili krótka przerwę, psy nie odbiegały, a dzień był jak z błękitno złotej bajki. Zdecydowali,.że jeszcze najwyżej godzinę i jeżeli nie znajdą drzew, to zawrócą. Właśnie wtedy psy zesztywniały. Nawet Lola którą, zwykle nie jeży sierści teraz wyglądała o kilka centymetrów wyższa. Marek odbezpieczył karabin. Dziwna cisza, nawet liść nie drgnął. Mówi się, że tak jest w „godzinie wilka”, gdy na chwile przed zachodem słońca_ las „staje” ciszą w bezruchu, ale było słoneczne popołudnie. Głuche jakby stękniecie, jeszcze jedno... Psy przywarły przy ziemi. Drżały. Pierwszy wyrwał się Golden Boy. Kristi go nie utrzymała. Nie można było nie puścić Loli razie pomocy dla przyjaciela. Nagle Golden Boy stanął, nie szczekał. Lola już przy nim... Coś dużego, płowego mignęło w zaroślach. Psy już rwały trawę w pogoni. Ogromna puma jednym skokiem była w konarach drzewa. Syczała jak wąż... Długi ogon bił o gałęzie. Psy wyły gryząc pień. Puma była od nich o najwyżej dwa metry. Jeżeli zechce zeskoczyć to przykryje któregoś z psów zanim ten zdąży machnąć ogonem... Puma, samiec, była chyba tym samym którego spotkali rok temu. Taki okaz, a Marek ocenił go na co najmniej 80 kilo musiał być królem tego terenu. To był jego dom, a teraz jakieś przybłędy tak go zdegradowały... Każdy kot nie tyle, że boi się psa, ale nie znosi psiego jazgotu. Odciągnąć psy od drzewa? O naiwności do potęgi. Jakiś amok je opętał, w ludzkim mniemaniu oczywiście... Bo dla nich to było spełnienie marzeń każdego psa... Zapędzić na drzewo TAKIEGO kota!... - Czy one nie doskoczą do niej? - To jest on, a nie ona. Nie, nie doskoczą, a nasza obecność powoduje, że puma nie zeskoczy, ale cyrk trzeba przerwać. Kristi zakładaj mu „uprzęż”. Lola! Dość! Wygraliście, każdy to widzi, wiec dość! Ktoś powiedział, że psy pocą się tylko językiem i łapami. Bzdura. Psy miały wilgotną sierść. - One są mokre! Ze strachu? - Lola i Golden ze strachu? Nie obrażaj bohaterów... Gdybyś była starsza, to powiedziałbym, że nie musisz się bać, by mieć mokre majtki...Prawda, Kristi?... - Zdąża się, Flo, wierz mi że zdąża się bez strachu... - Nikt tego nie zrozumie. - Nikt ci nie będzie dokładniej tłumaczył. Ale... gdybyś kiedyś po długim czasie powiedziała komuś, że dopiero po roku zobaczyłaś mieszkając w tej dziczy jak puma ucieka przed psami, to tego też nikt nie zrozumie. - Myślisz, że ona wie o nas, że tu mieszkamy? - Absolutnie tak. Wielokrotnie obserwowała nas. Upewniła się, że nie stanowimy zagrożenia, wiec nie widzieliśmy jej, właściwie jego. A psy? Puma podchodziła tak, że czuła nasz zapach i psów, a nie odwrotnie. Właśnie tak poluje. Jest bezszelestna gdy się podkrada, potem tylko jeden skok i... - Po psie? - Do psa nie podkradnie się tak blisko, do sarny czy jelenia tak. - A do dzika? - Dziki chodzą stadami, małe zawsze w środku, a samce z przodu i z tyłu. Są chyba najmądrzejsze z dzikich zwierząt, zresztą już mówiliśmy o tym. Dodam tylko, że nawet ta puma nie ma żadnych szans z dużym dzikiem zwłaszcza starym odyńcem, ale locha, gdy matkuje małym jest jeszcze groźniejsza. Atak na taką, to śmierć dla pumy. Co ja mówię... Kiedyś gdy byłem w twoim wieku widziałem prawdziwe nagranie spotkania tygrysa usuryjskiego... - Nie ma takich tygrysów. - Są. tak się nazywają i mieszkają tam gdzie jest zimniej niż tutaj. To są największe z tygrysów. Właśnie taki napadł na ogromnego dzika. To było okrutne nagranie, bo tylko w kreskówkach i słodzikach telewizyjnych przyroda nie jest okrutna. - I co się stało? - Dzik uratował stado, zabił tygrysa i ze złością dosłownie wdeptał go w śnieg, ale odszedł tylko kilka kroków i upadł. Już nie wstał... - To straszne. - Tak, Flo... Zwierzęta nie mają sklepów. Aby zjeść muszą zabić... - Tak jak my... Przecież zabiliśmy ryby, prawda? - Niestety. Nie wiemy co czują ryby, nic nie mówią... - Nie będę jadła ryb! Wole umrzeć! - Zapytaj Golden Boya czy zgadza się byś umarła. Mnie nie musisz pytać... - A ja? A Kasia i April? - A Lola? Chyba usłyszała... Widzisz jak patrzy na ciebie? - No dobrze, przecież ryby już nie czują, prawda? - Chyba musisz podziękować pumie za to spotkanie, bo właśnie dziś na kolację Kasia szykuje smażona rybkę w ziołach które nazbierałyście. Mówię ci, sam zapach... - Ale nie powiedziałeś co by się stało gdyby puma skoczyła na psy. Chyba by się nie dały zabić, powiedz, że nie! - Zabić nie, ale była by jatka, to znaczy krwawa walka. Możemy tylko gdybać.- - Co to znaczy, czy, że ona by wygrała? - Flo, takie pytania zwykle zadają chłopcy... Czy krokodyl wygra z hipopotamem lub czy lew z tygrysem... - Może ja jestem chłopcem... - Z wyglądu nie, już nie... Prawda Kristi? - Absolutna, a widoczna tej wiosny... - No wiec? - W dwa na jednego puma nie ma szans psa, chyba że ten nie zdąży odskoczyć. Lola waży o połowę mniej od tej pumy, ale gdyby chwyciła za kark, to mógłby być koniec pumy. - A Golden Boy? - On ma sporo z wilka więc doskakuje szarpie i natychmiast odskakuje. Dobrze, że puma nie zeskoczyła, ale dość tego tematu. Kolejny sen jak zmora... Śnił... Larrego. Było to tak wyraźne ,że czuł oddech, nieomal dotyk. Larry dusił się i błagał aby Marek otworzył drzwi... Dziwne to były drzwi, bo przeźroczyste. Nic nie przygniatało drania ale on siniał, dusił się, wreszcie upadł. Marek daremnie szarpał się z drzwiami, gdy nagle usłyszał głos, też dziwny, bo jakby metaliczny, jak robota... „Drzwi otwierane tylko na sygnał.. .Drzwi otwierane tylko na sygnał”... Ależ oczywiście! Przecież są otwierane elektronicznie a elektryczności nie ma. Więzienny agregat też padł. Więźniowie umrą z głodu, bo ich cele pozostaną zamknięte... Nie każdy sen, jak wiemy jest plątanina obrazów i bezsensownych myśli. Ten był tak krystalicznie czysty, wyraźny, że Marek obudził się już na jawie kontynuując dalszy ciąg... Do zarazy doszła śmierć w więzieniach tak samo dla wszystkich skazanych. Ci co mieli wyjść już za kilka dni i ci co nigdy nie mieli wyjść teraz zostali skazani na powolna śmierć z głodu. Nikt im nie otworzy cel... Chyba miał rację ojciec April, gdy powiedział, że Bóg zwali całą winę na człowieka. Przecież On jako niekończąca się dobroć nie może być odpowiedzialnym za śmierć milionów ludzi, a w tym niemowląt, które ani o Bogu ani o diabłu nie wiedziały i były bez grzechu. Ten pierworodny? Dla kogo? W imię czego? Chyba nie w imię jednej, gdy nawet tak okrutnej egzekucji na Synu Bożym? To ma być jej cena? Zbawienie wieczne? A po drodze śmierć w męczarniach? Za co, bo chyba nie dla kogo, wielki, nieskończenie miłosierny Boże? Tak sobie czy zaplanowałeś, czy może wyobraziłeś zbawienie człowieka. A ci, którzy całe życie żyli dokładnie tak jak nakazałeś w dziesięciu przykazaniach, ale... ale nigdy o Tobie nie słyszeli? A przecież w dziczach tropików i lodach Północy żyją tacy, czy więc czeka ich wieczne potępienie? A w czym jest ich wina? Czy może Twoja chęć bycia jedynym Bogiem? Nigdy nie nakazałeś swoim urzędnikom, bo czyż nie są nimi księża, pastorzy, rabini... by głosili łaskę dla każdego stworzenia, nie tylko ludzkiego... Wyznawcy Buddy tak głoszą szanując każde stworzenie. Czy aż tak bardzo przeszkadzają Ci ich święte krowy?... To w imię Twoich świętych, ogniem, mieczem i ołowiem zamordowano miliony mieszkańców na każdym kontynencie tego, jak to nazywasz - łez padołu. Co za słuszna nazwa! Ale w imię czego?! Oczywiście, że to człowiek jest winny, ale gdzie jest Twoja moc... Gdzie byłeś, gdy pod śniegiem zamarzały dzieci na Syberii, gdy wrzucano je pieca obozów śmierci... Czy to też było dla wiecznego zbawienia? Przynajmniej te, przecież zupełnie niewinne istoty mogłeś ocalić. Jak? Skoro potrafiłeś stworzyć świat, to chyba to było by łatwiejsze?... A może nie ma Cię. a jesteś tylko dlatego aby przybywało złoceń w domach urzędników Twoich, bo przecież Twoim może być każdy skrawek na tyle duży, że zmieści takiego jak ja? A zbliżam się do końca mojej drogi. Czy to znaczy, że zbliżam się do Ciebie? A może jesteś jedynie w ucieczkach przerażonych, zagonionych bez wyjścia. To wtedy przypominają sobie o Twojej tarczy i zasłaniają się nią, oni, na co dzień dalecy od Ciebie... A może jesteś tylko w miłości matki gotowej życie oddać dla dziecka. A w tych kwiatach?... Przecież nie mógł ich błękitu i purpury stworzyć diabeł... Chwileczkę... Podobno był kiedyś aniołem, nawet tym najważniejszym, więc jeżeli miał poczucie piękna?... A tak na wszelki przypadek chroń nas od wszelkich... wypadków, a ja będę Ci pomagał. Zasnął wreszcie i nie zdążył pomyśleć dlaczego mówi się, że ktoś zasnął snem sprawiedliwego... Równie mocno, słodko śpi nawet największy zbrodniarz, gdy zadowolony z sukcesu. To sukces decyduje o słodkich snach, a nie sprawiedliwość... Mówi się, że ranek jest mądrzejszy od nocy i dobrze się mówi chociażby dlatego, że ranek zmusza człowieka do czegoś więcej niż rozmyślania. Wraz z ciepłymi dniami pojawiły się dwa problemy. Pierwszy to niepotrzebne nagrzewanie domu bo gotując posiłki nagrzewało się ocieplającą rurę. Drugi, to konieczność codziennego rozpalania w piecu, aby mieć gorące śniadanie. Zimą nie było tego problemu bo zostawiano najgrubsze, bukowe drewno by tliło się do rana. Amerykanie wymyślili powiedzonko, że czystość ustępuje jedynie dobroci... Czyszczenie pieca rozwiązało pierwszy problem, przypadkowo. April, jak to u niej aby szybciej, a więc szur szur po ścianach pieca odkryła metalową klapką tuż nad otworem do rury. Mądry właściciel pomyślał o pierwszym probiernie. Wystarczyło opuścić klapkę by zatkać rurę. April otrzymała w nagrodę zwolnienie od pracy na dwa tygodnie. Problem drugi rozwiązała Flo. Gdy przy śniadaniu Marek poprosił ją aby dorzuciła kilka najgrubszych kawałków buku, dziewczynka powiedziała, że lepsza jest huba... - Huba? Przecież to nie nadaje się do palenia. - Bet powiedziała nam, że huba tli się nawet cały dzień, nie widać ognia a można trochę podmuchać, przystawić sucha trawę i już ma się ogień. - Flo, co byśmy bez ciebie zrobili... - Nie wiem co beze mnie, ale ja bardzo lubię placki z syropem... - Widzisz? A tyle zmarnowałeś syropu smarując tych morderców. - Powiedzieli prawdę... - Ja bym ich krajała i posypywała solą, było by szybciej niż w mrówkach. - Kristi, trzeba było wtedy tak doradzać,prawda? - April, czy Flo może mieć twoją porcję syropu? Ale ja też lubię! - A ja jeszcze rosnę, prawda? - Wobec tego ja rezygnuję ze swojej. - Mark, nie musisz się poświęcać, wiemy, że uwielbiasz słodycze. - Wystarczy gdy popatrzę na was... Spokojnie, nie zawsze. Zawsze to słodkie są psy, prawda Golden Boy, no choć, choć. - Choć choć to brzmi słodko, to będzie jego imię... - Czyli w pełni - Golden Boy Chocik... - Widzicie co to znaczy wiedzieć o rozpalaniu ognia... Pierwsze próby z hubą dały doskonały rezultat. Mark rozpalał ją przed pójściem spać, gdy jeszcze tliły się ostatnie iskry od kolacji, rzeczywiście tliła się do rana. Kończyły się zapasy suszonej ryby. Kasia zaprotestowała przeciwko powolnej śmierci ryb. - Świetnie, zgadzam się, ale co proponujesz. - Należy je zabijać zaraz po wyciągnięciu z wody. - A kto to zrobi, ty? - Ja się nie nadaję... - Teoretyków od dobroci nie brakuje... Kto zajmie się egzekucja? - Skoro ktoś musi to muszę ja. Wiem, że święta zasada lekarza jest pomagać a nie szkodzić, ale to chyba jest jakaś pomoc, przerwać uduszenie się, one przecież też coś czują... - Banda idiotów... Nic tylko banda nieuleczalnych idiotów. Jeszcze kilka takich rozmów a umrzemy z głodu. - Jagody nic nie czują. - A pytałaś? - Nie muszę. Przecież nie zrywamy tego na czym, z czego rosną, prawda? One i tak spadną na ziemię bez naszej pomocy. - Flo, kiedyś przedstawię cię do Nobla w ochronie środowiska. Skoro ten nieudacznik były wiceprezydent USA mógł takiego Nobla dostać... Ale samymi jagodami nawet miś nie wyżyje, musi przegryźć właśnie rybkę. - Jadę z Markiem na ryby, zabieramy April. - Ale potem ja i Kasia. - Czyż nie jest słodko w naszej rodzince? April, co się stało, Flo, ty też dusisz łzy... - Bo ja bym chciała wrócić do rodziców i brata. Tu jest naprawdę dobrze, ciepło, w ogóle tak dobrze, ale ciągle myślę o nich. - Flo, wszyscy mamy takie myśli. - Tak, ale to nie pomaga, Kasia i Mark nie muszą się martwić, prawda? - W takim sensie co ty, to prawda. Ale wiesz co? Nam żal jest, że może ostatnie lata naszego życia będą beznadziejnie daleko od tego co było naszym światem. Wy macie jeszcze tyle czasu. Wy nawet możecie doczekać się paru innych światów. - Jak to. - Gdy wrócimy to będzie inaczej niż było, co nie znaczy, że ktoś nie zechce i tego zmienić. Jak? Nie wiem. Czy na lepiej? Może na lepiej dla niego, dla nich, kimkolwiek będą takie siły. Na pewno to nie my zadecydujemy. - Mark, nie mów tak! Wy jesteście młodzi! Mój dziadek był wiele lat młodszy od ciebie, a już był stary, no, taki stary, po prostu... - Flo, dzięki... To prawda, że ludzie chcą być wygodnie starzy. Znałem wielu, ledwo ukończyli pięćdziesiąt lat, to już czuli się starzy. - Mój profesor mawiał, że niektórzy ludzie rodzą się_ starzy. Nie dosłownie, wiecie co miał na myśli. - Tak, Kristi, znałem takich, ale najgorsi są tacy, którzy już wszystko widzieli, wszystko poznali, niczym nie dadzą się zaskoczyć. Kiedyś Kasia powiedziała takiemu, że po jaką cholerę zjada chleb dla normalnych ludzi, bo powinien umrzeć, a nie męczyć się... - W szkole średniej miałam koleżankę, bardzo zdolna artystycznie. Malowała kobiety wyrastające z kwiatów. Było to nie zupełnie tak, bo niby skrzydła motyli niby ciało... Uwielbiała kwiaty o dużych płatkach, gladiole, ale w ogóle kochała kwiaty. Chciała pokazać to w galerii ale usłyszała, że jej malarstwo się nie nadaje... - Nie nadaje?! Czy nie było piękne? - Było bardzo piękne, Flo, właśnie dlatego usłyszała, że się nie nadaje i doradzono jej aby próbowała coś na czarno i biało... - Ale świat nie jest taki! - Dla tych, którzy krytykowali jest. Oni wystawiali kropki, kreski i zygzaki, czarne... Dostawali nagrody. Czy myślicie, że znowu tak będzie? - Jeżeli i dziś rządzą ci sami, to tak będzie. A wiesz dlaczego? To proste, genialnie proste... Należy zabijać prawdziwe talenty bo są niebezpieczne zwłaszcza, gdy nie w malarstwie ale w słowie. Mogą pociągnąć za sobą innych, mogą zachęcić do myślenia... - Ale co w tym złego? - Samodzielne myślenie jest niebezpieczne dla władzy. Dla każdej władzy. Nagradzanie beztalencia jest formą demokratycznego równania wszystkich do jednego poziomu, gdzie każdy może być „artystą”... Przecież chyba pamiętacie modę na niechlujstwo, na stare, niedoprane dżinsy i zmięte podkoszulki tak zwanych wielkich estrady i muzyki. Na nieogolonych celebrytów. Skoro tacy są, to reszta nas też powinna nie być „gorsza”... Dlatego tak potraktowano twoja koleżankę. - To dobrze, że taki świat się skończył. - Tego nie wiemy, ale wątpię, aby tak było. Nigdy nie skończy się dominacja jednego człowieka nad drugim, a wprowadzanie mody na niechlujstwo i beztalencie zapewnia aprobatę, niechlui... - Ale my nie jesteśmy niechlujami jak to nazywasz. Ja nie wstydzę się piękna. - Zgoda. Widzisz, Flo... Zazdrość jest równie silna jak nienawiść Beztalencie zazdrości pięknu, zdolnościom i władza wie o tym, dlatego wprowadziła pochwałę beztalencia, bo talenty są jak drogocenne kamienie, jest ich mało, a beztalencie, zazdrość, abnegactwo jest jak kwarc, pełno tego. Zniszczysz talenty, to kwarc będzie zadowolony... Będzie spokój i o to chodzi. Władza może ogłupiać masy straszeniem o terrorystach. - Ale to nie terroryści wprowadzili zarazę, tak czy nie? - Oczywiście że nie oni. Zaraza była w rakach tych, którzy straszyli, nas terrorystami. Było tylko kwestią czasu... - Więc wiedziałeś? - Może tak, Flo, może tak, ale nie chciałem ani Kasi ani siebie zatruwać tym co może będzie, a może nie. Nie było sensu i nie miałem na to wpływu. - Ale był internet, mogłeś uprzedzać innych ludzi, prawda? - Tak, uprzedzałem może nie dosłownie i jak myślisz co słyszałem? - Że nie masz racji. - Tak tylko od życzliwych. Mniej życzliwi nazwali mnie „przemądrzałym narcyzem”. - Nazwali cię kwiatkiem? To jest bez sensu. - Kiedyś a przypomnij mi, opowiem wam o narcyzie, a nie był kwiatkiem. - Ale narcyze są takie skromne, bez koloru, więc nie rozumiem. - No to muszę już teraz... Dawno, dawno temu co nie znaczy, że naprawdę, był ładny chłopiec zakochany w sobie i nazywał się Narcyz...Coś koło tego... - Marek, jeżeli opowiadasz, to dokładnie. - To może ty opowiesz? - Tak jak Mark zaczął, dawno temu żył piękny młodzieniec. Był synem bogini wody i kochały się w nim wszystkie nimfy wodne, ale on nie zwracał na nie uwagi. Legenda głosi, że uwielbiał polować i tylko to go interesowało. Któregoś dnia po długim polowaniu zmoczony usiadł nad wodą by odpocząć i napić się. Gdy pochylił się nad woda zobaczył w niej przepięknego młodzieńca i zakochał się w nim. Wracał nad wodę aby szeptać czułe słowa, ale gdy chciał dotykać go, to woda marszczyła się i młodzieniec znikał. - Bo to było jego odbicie w wodzie, prawda? - Tak, Flo. On zakochał się w samym sobie. Marniał, usychał z miłości i wreszcie postanowił połączyć się ze swoim ukochanym. Utonął, ale bogowie nie pozwolili by zginał w wodzie. Został pochowany, a z jego grobu wyrosły kwiaty nazwane jego imieniem. - To jest bardzo smutna bajka. - April, ale to tylko bajka. - Jest mądra, bo nie powinno się kochać w samym sobie, prawda? - Prawda, ale ludzie nie uczą się z bajek... |

