Start arrow Książki on-line arrow PIĄTY KOŃ APOKALIPSY arrow Rozdział XVI - "I JESZCZE RAZ?..."
Rozdział XVI - "I JESZCZE RAZ?..."
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
03.08.2010.

I JESZCZE RAZ?...

Najłatwiej jest opuścić jakieś miejsce gdy jest szare, zimne i mokre. Wtedy wszystko co poza, co nawet tylko wymyślimy jako alternatywę wydaje się bardzo atrakcyjne.

Jednak gdy szarość pokrywa się kolorem, a ciepło wypełnia również i serca to odejść gdzieś w nieznane, nie jest łatwo.

Tym razem wiosna rozsiadła się jak na swoim. Może odurzyły ja, zatrzymały niskie krzewy o drobnych, szarozielonych, wąskich listkach i niby nijakich malutkich kremowych kwiatkach. Niby nijakich? Nie musiałeś widzieć, nawet podchodzić na kilkadziesiąt metrów, by w jednej chwili przenieść się do perfumerii. Ale to nie oddawało zapachu, bo nic nie może oddać zapachu. Wspomnienia? Tak, ale gdy coś na żywo ogarnia cię słodką mieszaniną niby jaśminu niby narcyzów, ale mocniej...

Są kwiaty pyszniące się ogromem kielichów i orgia kolorów i są bez zapachu. Kielichy hibiskusów są tak duże, że ptak znika w nich, koliber wygląda jak muszka. Co robią te „fruwajki”? Widocznie nie dla zapachu tam szukają swego... Gladiole, mieczykami zwane też są w gamie kolorów i martwe zapachem. Miniaturowe kwiatuszki maciejki potrafią wypełnić cały ogród już otulony nocą.

Amerykanie albo nie mieli czasu aby tworzyć dosadne, ordynarne powiedzonka, albo byli zbyt zajęci budowaniem swego domu często z niczego, ale mają nieco mądrości w powiedzonkach typu... Najlepsze znajduje się w najmniejszych pudełeczkach... Mowa oczywiście o pierścionkach brylantowych.

Mini kwiatki, które widocznie spały ubiegłej wiosny teraz nadrabiał stratę.

- Czy zaskoczę was gdy powiem, że... może warto tu zaczekać jeszcze jeden rok?

- Marek. miałeś zły sen?

- No właśnie, co się, stało. Ja nic nie zauważyłam.

- Ja też nie...

- Kristi, a ty?

- Cudownie pachnie, czy dlatego?

- Dlatego też, ale nie dlatego...

- Tego nikt nie zrozumie.

- Ja też nie rozumiem, powiedziałem, nie pomyślałem...

- Nie u ciebie... Myślisz nawet wtedy gdy nie trzeba, więc?

- Jeżeli jakoś, powtarzam jakoś uda się uzupełnić dietę, bo suchy prowiant robi się chudziutki... Jeżeli wymyślimy coś w zastępstwie...

- Są ryby, a i soli i cukru mamy dużo. Mąki też wystarczy, a ostatni chleb jaki zrobiłam chyba nie był zły.

- A jak z olejem, w ogóle z tłuszczem. W tym klimacie musimy mieć tłuszcz.

- Marek, to nie jest odpowiedź na twoje... a może warto tu zaczekać jeszcze jeden rok...

- To prawda, co mogę dodać? Może to, że jeszcze jeden rok ani nam odejmie od życia ani doda.

- Mów za siebie, mnie doda...

- Nam też, prawda Flo?

- Ja mogę zostać, jeżeli Mark uważa, że warto.

- Czy warto... Powiedzmy, że świat ciągle chory, że nawet jeżeli wyzdrowiał, to zachorował na grabieże, morderstwa gwałty. Silniejsi uprzedzą policję, zakładając, że ktoś taka zorganizuje. Ale zanim, to prawo silniejszego dokończy to co zaraza i wojna zaczęły. Dobrze mówię?

- Tak może być, więc?

- Wiec nawet widok zdrowych, uśmiechniętych mieszkańców miasteczka nie da nam odpowiedzi na to więc... Przecież miasteczko odcięte jest od świata i może takim zostanie. Nawet nie będzie płakać... Jest wiele takich mini światków szczęśliwych samymi w sobie, jeżeli tak można to nazwać. Chociażby Mormoni, Amisze... Ich świat jest w ich środowisku, zamkniętym, bezpiecznym.

- Mormoni? Czy dziewczynki młodsze od Flo są tam bezpieczne? Czy ktoś ich pyta o zgodę wsadzając do łóżka facetom często starszym o czterdzieści i więcej lat!

- Jak to?! Dlaczego?

- Flo, te dziewczynki zostają żonami i rodzą dzieci w rodzinie kilku żon, Kółeczko...

- A w krajach azjatyckich, w Tajlandii, a nawet w Indiach gdzie nędza zmusza rodziców do sprzedawania jeszcze młodszych dziewczynek...

- Może jednak dobrze, że taki świat się rozpieprzył...

- Kasiu, czegoś takiego nic nie zmieni jak długo będą istnieli ludzie, których jedynym majątkiem są dzieci na sprzedaż... Nędza jest tak stara jak rodzaj ludzki. Nie chcę wam robić wykładu...

- Ja chcę! Możesz tylko do mnie...

- Flo, przy okazji do reszty, mogę? Czy wiecie co było pierwszym zawodem jakiego nauczył się pierwotny człowiek?

- Polowanie? Zbieranie żywności?

- Nie, Kristi. To nie były zawody, to była konieczność aby przeżyć. Pierwszymi zawodem było ograbianie grobów, po prostu złodziejstwo. A drugiem? Zgadnie ktoś?

- Handel kradzionymi rzeczami?

- Blisko, Kasiu, ale ciągle daleko. Handel tak, a nazywał się prostytucja. To były pierwsze dwa zawody jakich nauczył się praczłowiek. Pięknie to o nim świadczyło... To właśnie ten człowiek dał początek nam wszystkim. Czy można się dziwić, że jego współczesny potomek udoskonalił kradzieże, a z polityki i stosunków miedzy narodami zrobił zwyczajne kurestwo, przepraszam, prostytucję.

- Mark, nie rozumiem, czy to nie jest jedno i to samo?

- Nie jest. Kurestwo jest cechą charakteru, a prostytucja zawodem. Tylko, że w polityce na jedno wychodzi, masz rację, Kristi.

- Ale co z tym jeszcze jednym rokiem, odbiegamy od tematu.

- Zwłaszcza od tłuszczu...

- Ale przecież już zrobiłyśmy prawie masło z orzechów, Może tym razem będzie jeszcze lepsze.

- Może, jak jednak przechowamy przez ciepłe dni, a tłuszcz się psuje.

- W tamtym domku jest schowek pod podłogą. Czy w składziku nie można wykopać coś takiego. Mówiłeś, że nasz dom stoi na skale, ale skąd to wiesz. Jeżeli ktoś wykopał tak głęboką ubikację...

- Flo, chyba zostaniesz szefem naszej bandy... Po obiedzie zabieram się do kopania, a wy będziecie wynosić ziemię.

- Oooo, już nie skałę?

- April, taka odżywka dała ci dodatkowe zajęcie. Znajdziesz miękkie miejsce, wykopiemy dół i tam będzie „składzik” na psie odchody.

- No proszę jak ładnie nam się zaczyna jeszcze jeden rok...

Dom nie stał na skale i wykopanie głębokiego schowku nie zajęło więcej niż parę godzin. Trzeba było go wyłożyć drewnem, a przynajmniej podłogę. Tak oto powstała lodówka...

Mini społeczność zdawała się akceptować los pustelników. Bardzo pomagało wyjątkowo ciepłe lato. A gdyby tak wskoczyć do jeziora...

Tym razem ryby pośpieszyły się z tarłem i łowienie siecią dało chudziutkie rezultaty, albo ryby nie chciały przypływać blisko brzegu.

W domu została Kasia i April. Psy wystarczały za dodatkową ochronę, Mark i Kristi po szyje w wodzie ciągnęli sieci, a Flo z drugiej strony biła kołkiem w wodę... Czyż nie tak tubylcy gdzieś w tropikach naganiali ryby do sieci? Nie byli w tropiku, a ryby nic nie słyszały o takiej zabawie...

Wychodzili z wody gdy coś uderzyło Kristi. Nie zdążyła krzyknąć, bo znikła pod wodą. Na moment. Krztusząc się, wypluwając wodę krzyczała,.że potwór chciał ja zjeść...

Było by to komiczne, gdyby nie krew z rozdartego uda.

- Mark, wygrałeś... Tu jest ludojad!

- O czym wy mówicie! Zwariowaliście?

- To ty powiedziałeś, że coś chciało cię zjeść.

- To jest tylko powierzchowne, spokojnie, nie mamy pewności, czy to nie był jakiś pień, bo widzicie, że takie płyną jeziorem. Rzeka wypływająca z gór niesie rożne rzeczy. Coś mogło cię zahaczyć.

- Pod wodą? To coś nie było twarde, czułam jakby mnie dosłownie uderzyło, ale nie jak kawałkiem drewna.

- W zeszłym roku większość ryb jakie złapaliśmy była z gatunku sumowatych. Może to były małe sumy, a wiem, że te ryby rosną do prawie trzech metrów, nie tutaj, ale w górach Nepalu. Ludność przysięga, że porywają psy a nawet ludzi, zwłaszcza dzieci. Słyszysz Flo?

- Nie słyszę, bo nie jestem dzieckiem, nawet April to wie, szkoda, że ty nie wiesz. A co to jest w Nepalu?

- To kraj wysoko w górach koło Indii.

- Ale tam jest ciepło więc duże ryby mają dobrze...

- Tylko latem jest ciepło. Zimy są_nie mniej mroźne niż tutaj. Sporo jezior zamarza. To prawda, że są bardzo głębokie, ale to jezioro jest połączone z innymi jak wynika z mapy. Tylko to nie jest otoczone górami. Sieć jezior umożliwia rybom wybieranie najlepszego miejsca, a jeżeli to nie był podwodny pień niesiony nurtem, to mamy tu ogromnego suma.

- Kristi, czy to wygląda na ślad po zębach?

- Jest za płytkie by mieć pewność. Ale mówię wam, to coś jakby otarło się o mnie, tak mieko ale silnie. Zbiło mnie z nóg i przydusiło do dna.

- Jak to dobrze, że nie przywieźliśmy psów. Lola nie lubi wody, ale Golden pierwszy do pływania. Musimy zapolować na bestię zanim ona wystraszy wszystkie ryby. Ile mamy?

- Najwyżej dwadzieścia, jest kilka bardzo dużych, innych niż w zeszłym roku.

- Musimy mieć przynajmniej trzy razy tyle, ale lato dopiero się zaczęło. Teraz rozumiem dlaczego w domku jest i harpun i haczyki, a raczej haki na ryby. Pierwszy raz w życiu będę na wędkę łowił ryby, ale muszę, chyba, że ty chcesz, Kristi.

- A ja?

- Flo, jeżeli uda się, że ta bastja połknie haczyk, to pofruniesz do wody, tylko śmigniesz i tyle cię będziemy widzieli.

- Kristi też nie utrzyma.

- Dlatego zrobię to ja. Kristi tnij tą dużą na pół. Dokładnie tak. A teraz pani doktor proszę trupa wsadzić na hak...

- Myślisz, że bestia jest taka głupia i że czeka tutaj?

- Nie jest głupia, ale może jest głodna. Taki kawał ryby to pokusa, nie musi się uganiać za żywą. Zobaczymy, poczekamy.

- To już dawno odpłynęło.

- Możliwe, ale czy mamy coś innego do roboty? Flo dawaj kanapki.

Usiadł na kamieniu wystającym z wody, wysłuchiwał dowcipów na swój temat, a Kristi dodała, że może to jest pani ryba, a nie pan ryba więc może gdy wejdzie do wody, to nie musi mieć haczyka...

- Pochlebiasz mi... Flo, nie musisz tego słuchać gdy powiem, że jak do tej pory nie miałem zażaleń... Ale, żeby tak, na przynętę?... Kristi, jeżeli zostaniemy tu na zawsze, to może skorzystasz? .. .Stare, bo stare ale lepsze niż... Oh my!...

Marek wpadł do wody, a napięta linka drgała jak struna!

- Nie utrzymam! Kristi, róbcie łańcuch rąk... Nie utrzymam!...

To coś na drugim końcu wędki dzielnie walczyło, ale trzy pary rąk okazały się silniejsze. Centymetr po centymetrze wyłaniało się z wody coś z głową_ większa od reszty ciała. Gdy trzy czwarte było prawie przy brzegu gwałtowny rzut ogromnej głowy i jeszcze tylko machniecie ogonem zakończonym jakby długim batem... Ryba znikła, a na końcu wędki został pusty haczyk...

- Widzieliście?! To był potwór. Jak duży? Chyba ponad dwa metry!

- A ja tu jeszcze godzinę temu pływałam... Zjadłby mnie?

- Widziałaś ten ogromny łeb? Ja się w nim zmieszczę!

- Więc by mnie zjadł...

- Flo, połknąłby i kim bym dyskutował... To była by strata.

- Nie rozumiem? Strata, bo nie miałbyś...

- Flo, on kpi, ale to nie jest śmieszne. Ta ryba naprawdę ma zęby do zabijania, są jak u każdego drapieżnika, wygięte do tyłu.

- Więc jak u rekina?

- Rekin ma bardziej proste, do cięcia, do rozrywania. To coś ma do chwytania. Ale numer. Nikt nam nie uwierzy.

- Ja sam nie bardzo wiem czy to było naprawdę...

- Gdyby nie Kristi, to znikłbyś w wodzie. Ja też trochę pomogłam.

- Gdyby nie wy, to nie zobaczylibyśmy potwora. Czy to jest jakaś odmiana suma? Raczej tak bo i głowa ogromna i wąsy na pół metra.

- Tak jak u tych ryb? Też takie mają.

- Są „sumowate” ale nie z olbrzymów. Zresztą nie tylko w Nepalu żyją takie ludojady. W wielu głębokich, rybnych jeziorach na północnej półkuli żyją_ ogromne sumy. Kiedyś słyszałem, że rybacy gdzieś w Europie złowili postrach wioski. Ginęły kaczki, psy i cielaki. Ale gdy zginęło dziecko, to pociągnęli za łodzią udo cielaka na grubym haku i stalowej linie. Dziesięć razy powtarzali to i wreszcie coś szarpnęło łodzią. To była ciężka, wojskowa łódź na siedmiu żołnierzy. Sum ciągnął ją i trzech rybaków ponad godzinę po jeziorze, aż wreszcie dał się wyciągnąć na brzeg. Wtedy jeszcze nie było telewizji, ale gazety zrobiły zdjęcia. Sum miał prawie trzy metry długości ważył pół tony i był pokryty ślimakami, wodorostami. Naukowcy uważali, że miał ze trzydzieści lat i  zostało mu niedużo życia.

- To straszne, znaczy się dlatego straszne, że powinien żyć aż do śmierci. A co z nim zrobili, zjedli?

- Mięso było jak guma, nie nadawało się do jedzenia. Wąsy długie na metr były lepsze od bata...

- A co miał w brzuchu? Może resztki tego dziecka?

- Resztki psa...

- Myślisz, że ten, nasz... też taki urośnie?

- Wiem, że mu nie przeszkodzimy.

- A nie pokaleczył się haczykiem?

- Nie mam ekwipunku do nurkowania aby sprawdzić...

- Ale ja zapytałam poważnie!

- Ważne, że nie odpłynął z haczykiem, więc będzie okej. Ale miałam szczęście! Gdyby on podpłynął drugi raz, a ja bym nie zdążyła dojść do brzegu... Boję się myśleć!...

- Mark, co byśmy zrobili, aby uratować Kristi. Boże, to straszne.

- Na szczęście już jest po.

- Ale nie odpowiedziałeś!

- Można by było zrobić tylko jedno, wskoczyć do wody i razem jakoś odciągnąć Kristi od nego. Gdyby wystawił łeb nad wodę, to dostałby w nosy myślę, że poczułby... Kristi jest za duża, za ciężka dla niego. Jedno jest pewne - koniec łowienia siecią. Albo zaczekamy na tarło, a jeżeli już jest za późno, to trudno. Te ryby muszą nam wystarczyć. Na szczęście nie zabraliśmy całej mąki z tego schowka. Flo, czy pamiętasz kiedy w zeszłym roku tu byliśmy, a rybki prawie wyskakiwały, na brzeg?

- Latem, ale nie pamiętam.

- Oto plan. Musimy mieć więcej ryb skoro czeka nas jeszcze jedna zima. Zostaję tutaj, przywieziecie mi jedzenie. Jeżeli po paru tygodniach nie będzie tarła to wracam. Okej? Jutro zjawiacie się z kocem i piecykiem na „suchy ogień”. Jest w vanie. Muszę mieć gorącą kawę. Nawet nie chcę słyszeć...

- Mark, tylko nie bierz nas na krzyk... Zostajesz bo chcesz sam walczyć z bestią, przyznaj się.

- Zostaję abyśmy mieli co jeść. Sam nawet gdybym chciał, to nie wyciągnę go na brzeg a nie chcę, po prostu nie chcę. My mamy swój dom, a jezioro jest jego domem. Wystarczy, że bez pozwolenia okradamy go z ryb...

- Teraz to naprawdę muszę cię ucałować...

- Flo, każda okazja dobra, prawda?

- Jasne, że tak, nawet powiem to April, skręci ją z zazdrości.

- Lepiej opowiedzcie im co się stało, jak blisko Kristi była pożarcia przez bestię. Gdy pomyślę... Taka Lola zmieściłaby się w jego pysk. To jest taki mini wieloryb, one też składają się z ogromnej paszczy ogona i reszty ciała.

Widziałyście ten ogon?! To znaczy ten „bat” wyrastający z ogona. Chyba ponad metr długości. Co tam legendarny potwór Nessie, ten jest prawdziwy.

- Bardzo, nawet... O dotyk... Przyrzeknij, że nie wejdziesz do wody głębiej niż do kolan. Muszę to usłyszeć aby uspokoić Kasie.

- Zaraz, zaraz, dlaczego nikt mnie nie zapyta.

- Zapyta o co, Flo.

- Po co Mark ma zostawać. Przecież możemy tu przyjeżdżać co jakiś czas, zobaczyć czy ryby są, czy nie, prawda?

- A przy okazji zobaczyć ile zostało nam benzyny...

- No tak, jak zwykle masz rację.

- Flo, niesamowicie, ile uczysz się od Kasi... Jakbym ją słyszał...

Wyjątkowa noc, samotna... Nasłuchiwał lasu, który zdawał się przybliżać, dotykać ścian małego domku. Jakie były losy ludzi, którzy go zbudowali, może nie na końcu świata, ale na końcu drogi ze świata. Myśli przeskakiwały, goniły się i wreszcie zasnął. Bał się swoich snów, sprawdzały się i nauczył się z nich budzić. Nauczył wracać gdy słodkie, jak to ze snami bywa.

Człowiek potrafi na wszystkim zrobić pieniądze, a ten który zrobił na snach, nie tylko pieniądze ale naukowe tytuły, prześcignął resztę cwaniaków razem wziętych. Nazywał się Sigmunt Froyd. Ulepić trwałe zamki z piasku było dziecinadą w porównaniu do teorii snów jaką, ten cwaniak wlał do mózgów durni na całym świecie. Nie wiedział, że przegiął, bo zaraz po jego śmierci duże grono jego byłych przydupasów ogłosiło następujący statement: „Sigmunt Froyd przedstawił ciekawe koncepcje jednak bez żadnego uzasadnienia naukowego”... Dosłowne.

Oto sen jaki mały Marek, jako dzikie, samotne dziecko miał wiosną na stepie Kazachstanu w roku 1944. Miał wtedy 6 lat.

Przez dwa tygodnie pusty step kwitł jak najpiękniejszy ogród. Tulipany, hiacynty, goździki wysokie na metr a tak silne, że potrafiły upić leżącego miedzy nimi... Ale zaczynały niebieskie, małe kwiatki, które zesłańcy nazywali gwiazdeczkami (zaraz potem rozkwitały sasanki)...

Chłopiec śnił, że spoza pagórka wyjechał mały, niebieski samochodzik. Gonił go ale gdy już prawie dotykał to samochodzik uciekał i znikł... Czy było coś dziwnego w tym śnie? Tak i to bardzo, bo chłopiec nigdy nie widział innego samochodu poza starą ciężarówką, która dowiozła jego rodzinę z syberyjskiego lasu do stacji kolejowej, by pociągiem rzucić w bezkresy północnego Kazachstanu.

Chłopiec nie słyszał nic o samochodach. Matka oraz inne kobiety po dniu katorżnej pracy by utrzymać linię kolejową nawet w 40 stopniowe mrozy i 40 stopniowe upały, gdy szyny gięły się była za słaba by nawet rozmawiać z dzieckiem. Resztkami sił musiała ugotować zupę „wodziankę” na kawałku słonej ryby, by nakarmić siebie i żywe szkieleciki dzieci...

Skąd więc ten samochodzik we śnie chłopca. Przecież nie był ani jego „odbiciem z poprzednich doświadczeń” ani marzeniem. Nie mógł w ogóle istnieć. Mały chłopiec w normalnym świecie może sobie wyobrazić kształty, rzeczy, nawet z kosmosu. Otoczony jest wiadomościami każdego rodzaju. Ma książki, komputer, nic go nie zaskoczy. Ale dzikie, samotne dziecko bez książek, nawet bez rozmów innych niż codzienna walka o następny dzień?

Wielokrotnie opowiedział o tym śnie niejednemu profesorowi „specjaliście od snów”. Odpowiedzi jakie otrzymywał były tyle samo warte co profesorskie tytuły cwaniaków opłacanych przez społeczeństwo.

Co było jeszcze dziwniejsze w tym śnie, że samochodzik wyglądał jak „garbus” VW, ale to chłopiec zrozumiał widząc pierwszy taki, niestety biały...

Domek skrzypiał z każdym większym podmuchem wiatru. Był po prostu nieszczelny, albo czas go rozluźnił. Nie pomagało to zasnąć i Marek za każdym mocniejszym skrzypnięciem odruchowo chwytał za pistolet. Nonsens. Zwariowałeś? Kogo się spodziewasz... Tak? A potwora w jeziorze się spodziewałeś? Tak, ale to co innego, bo żaden człowiek nie przeżyje tu bez dachu nad głowa, więc? Tak zwany zdrowy rozsądek i logika myślenia ani zdrowe ani logiczne nie są, gdy w domku wiatrem podszytym, pełnym dziwnych dźwięków, spędza się pierwsza noc...

Najgorsze było skrzypienie podłogi. Nic innego tylko ktoś idzie... Skrada się, zbliża, zatrzymał się... No, rusz się!...

Nocnej wyobraźni pomaga księżyc. Gdy noc bogata jest w wysokie drzewa, to każdy wie, że zmieniają się w strachy każdej bajki...

Samotny świerk rosnący naprzeciw okna zdawał się trzymać z daleka od nocnych dziwadeł, aż dostał pierwsze światło księżyca... Marek już spał, nawet śnił coś bez ładu, gdy wiatr uderzył w okno, otworzył i rama biła w ścianę.

W półśnie Marek zobaczył wysoką postać wyciągającą ręce...

- Yo... Mark... Wyciągnij mnie z tego, ratuj!

- All? Czy to ty „Long ass”? Na litość niebios, co tu robisz. Dlaczego jeszcze tu jesteś przecież już dawno po meczu...

Oprzytomniał zlany potem. Tak, to był głos kolegi z tylu wspólnych lat pod koszem... Boże... Na pewno podzielił los ofiar zarazy, on stalowa sprężyna, której nie nacięły ani meksykańskie noże, ani kule czarnych braci, gdy All dzieciństwo tracił w slumsach Los Angeles, zanim rodzina uciekła do Arizony.

Niestety, ryb nie było. Należało tak rozłożyć porcje by wystarczyły te, które już złowili. Tylko w reportażu pisanym w cieple i sytości powyższe zdanie brzmi oczywiście. Gdy w realiach ciągle głodnych nastolatków ma się mniej by nakarmić, to nic nie jest oczywiste. Trudno, będzie więcej placków a mniej protein. Zwłaszcza, że już od listopada do końca marca chłód zwalnia i metabolizm i apetyty.

Wydawało mu się, że czuje dym papierosa. Nonsens, tu? Ktoś, kto nigdy nie palił papierosów ma węch jak przysłowiowy pies. Szedł na kierunek zapachu ale ostrożnie jak żołnierz na azymut w ostrym strzelaniu...

Żałował, że zostawił w domu kuszę pistolet, w razie gdyby, to musi strzelać z prawdziwego. Aby tylko nie musiał do zwierzęcia...

Człowiek, który w takim pustkowiu nie przychodzi otwarcie, ale podkrada się, w pełni zasługuje na parę gramów ołowiu. Tak uważasz, a jeżeli ten człowiek nie zna cie? Zastanawiaj się, zastanawiaj, aż ci ktoś jako pierwszy zaaplikuje ołów.

Zawsze brał ze sobą sprej na niedźwiedzie. Gdy znajomi kpili, że może lepiej odlać się ze strachu prosto misiowi w pysk odpowiadał, że jeszcze lepiej jest oglądać misie w telewizji...

To nie dym z papierosa, ale rozgrzane słońcem młode pędy granatowego świerku tak pachniały. Były gładkie, jedwabiste, a potarte zostawiały zapach słodkawej spalenizny.

Mówi się, że człowiek czuje czyjś wzrok na plecach. Czasem powinno się natychmiast odwrócić, by zaskoczyć patrzącego. Nie zdąrzył... Niedźwiedź był już o metr, w skoku. Marek cudem chyba jakimś potrafił wyciągnąć z kieszeni sprej, ale niedźwiedź już bił łapą. Kły, ogromne, żółte kły starego samotnika... Resztkami sił, z nadgarstka, bo niedźwiedź przygniatał rękę prysnął mu w te kły. Ryk... Pokonując ból zdążył zobaczyć jak niedźwiedź bił łapami w pysk, trąc i wcierając „pieprzówke” w oczy. Sorry, misiu, znajdziesz wodę i przemyjesz mordę, która już smakowała mnie... Teraz smakujesz pikantną przyprawę.

Jeżeli nie liczyć wybitego barku i bólu krzyża, to poza płytkimi zadrapaniami na twarzy wyszedł z tego lepiej niż najlepszy przewodnik dla turystów przewidywał...

Niedźwiedź nie zdążył, albo zadowolony, że ma ofiarę pod sobą nie śpieszył się gryźć. Sprej zrobił resztę.

Masz koleś szczęście, ale nie próbuj opowiadać znajomym, bo i tak nie uwierzą. Jakim znajomym... Wystarczy, że Kasia jak zwykle swoimi sposobami wyciągnie prawdę, a te zadrapania, to niby od kogo... Jakaś panienka odmówiła?...

Ale heca... Mamy tu starego samca samotnika. Taki nie odpuści, a człowiek jest najłatwiejsza zdobyczą... Koniec z rybkami. Zabieraj resztki mąki i ryżu i do domu, do domu, jak tylko Kristi i Flo przyjadą.

Nie czekał długo. Zdziwione, że czeka z workami, które mieli tu zostawić, aż do zimy uprzedził pytania...

- Ryb nie ma, ale jest niedźwiedź. Poprosił byśmy tu więcej nie przyjeżdżali.

- Mark! Czy to ma być jakiś dowcip? A zakrwawiona twarz? Nie żartuj!

- Nie żartuję. Niedźwiedziowi nie zasmakował sprej, ale zdążył dać mi prosto w pysk. Nie lubi obcych...

- Tak nie można! Musisz powiedzieć co się stało!

- Naprawdę nie ma o czym. Dałem się zaskoczyć ale udało się prysnąć misiowi w mordę, złą, głodną... Nic więcej i tyle.

- Zostawić cię samego to zaraz zrobisz jakiś numer...

- To prawda, Flo. Gdybyś tu była, to miś wolałby ciebie... A teraz do domu.

- Mark, nie wystarczy do domu, bo już teraz przygotuj się na przepychanki... Kasia wyciągnie z ciebie prawdziwą historię. My też nie kupłyśmy historyjki z opryskaniem misia.

- Ja bym się co najmniej zesikała. To chyba lepsze niż sprej?

- Chyba tak, mówią, że niedźwiedzie nie lubią przykrego zapachu...

- Kasia może zapytać, to znaczy powiedzieć, żebyś pokazał majtki...

- Flo, mam lepszy pomysł, dlaczego mnie nie obwąchasz...

Jak wiemy nic tak nie skraca podróży jak miła rozmowa. Kristi miała racje i Kasi nie wystarczyła krótka relacja o niedźwiedziu.

- Chyba powinienem sam się mocniej podrapać abyście uwierzyły. Zresztą... Liczy się to, że mamy z głowy jazdę w tamto miejsce. Samotne niedźwiedzie lubią krążyć tam gdzie prawie dobrze podjadły... Dziwne, że tak długo czekał. Być może obecność kilku osób, krzyki, to wszystko odstraszyło go i zaczekał aż będę sam. Tak czy inaczej domek już jest jego. Czy zostało coś z zeszłego roku, mówię o rybach.

- Jeżeli psy dostaną więcej klusek, a mniej ryby, to wystarczy abyśmy nie umarli z głodu.

- Helen i Bet pokazały nam które żołędzie nadają się do jedzenia, ale trzeba je mocno podpalić, wtedy nie są gorzkie.

- Co to znaczy specjalność w przetrwaniu w terenie, a tobie Flo brawo za pamięć.

- Ja też to pamiętam!

- April, nie mam wątpliwości, ale czy potrafisz odróżnić, które są do jedzenia.

- Pamiętam, że należy obserwować wiewiórki. Gdy jedzą, to my też możemy.

- Super. Jutro ruszamy na żołędzie.

- Za wcześnie. Gdy spadną i polezą na ziemi to są, dobre.

- A wiewiórki szybkie...

- Zgoda, możemy potrząsać gałęziami i nie czekać.

- Możemy też podziękować misiowi, że znalazł dla nas dodatkowe źródło tłuszczu, bo chyba jakiś jest w żołędziach?

- Helen mówiła, że w leszczynie tak, ale w żołędziach jest skrobia? Tak to się mówi i czy to jest jak mąka?

- Coś niby tak, ważne, że do jedzenia.

- Zrobiłam pychotę do picia z malin, proponuje wypić za zdrowie misia... Niech mu rybek nie zabraknie.