| Rozdział XVII - "NIEDOKOŃCZONY SEN..." |
| Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz | |
| 03.08.2010. | |
NIEDOKOŃCZONY SEN...- Uważam, że trzeba nauczyć misia dystansu. W domu zostawiamy psy i Kristi, zabieramy broni... - Żadnej broni, albo nie jadę! - Kasiu, broń jest jak parasol, należy ją nosić i przy pogodzie... Mówię o dubeltówce na śrut. Niedźwiedź nie zna huku, a gdy dostanie w dupę kilka śrutów, to zrozumie co to jest drapać kogoś po twarzy... - Kilka śrutów?! Powiedziałeś, że to robi taką dziurę w drzwiach jak całe drzwi. - Gdy się strzeli w drzwi. Wystarczy, że strzelę obok misia, myślę, że nic go nie zahaczy, huk i szok zrobią swoje. Chcesz żyć tylko na placuszkach i nasionkach? Ja nie, a Golden i Lola absolutnie nie. - Ja mogę, to jest dobre na odchudzanie się... - Z czego, April, z czego? Wszystko i tak wisi na tobie. - Mówiłam jej ale ona oddaje jedzenie psom. - April! Czyś ty zwariowała?! Masz super figurę! - Nie, bo Mark na mnie nie patrzy... - No i to zaczynamy mieć problem... April, nie patrzę na ciebie tak jakby patrzył facet napalony na taką, jak ty. Jedno ci gwarantuje, gdy wrócimy do normalnego świata... - Ten jest normalny, podoba mi się. - Flo, mnie też, ale to nie będzie nasz świat do końca życia. Co powiedziałem? - Że jedno gwarantujesz April... - Właśnie. Jeszcze będziesz miała dość tak patrzących facetów, a im starsi tym więcej śliny będzie im ciekło z pysków. Miedzy innymi dlatego żeńska siatkówka jest taka popularna, bo grube tatuśki podniecają się, na szczupłe laski udając, że to sport ich interesuje... Ale chyba powtarzam się. - Marek, reakcja April jest zupełnie normalna do jej wieku, więc nie widzę problemu. No, chyba że April wskoczy ci do łóżka, a tam śpi Lola, więc nie wiem jak to będzie... - Czyli już jest wesoło i jedziemy na rybki. Jednym z powiedzonek dość skutecznie ogłupiających ludzi jest to, że przestępstwo nie popłaca. Nic głupszego. Szkoda, że do takiego słodzika nie doczepiono dodatku: A niby jak i do władzy i do miliardów doszli wielcy tego świata? Lat temu sporo, gdy świat wpadł w genialnie zorganizowany kryzys metoda - durnie i tak uwierzą... banki robiły miliardowe zyski podczas gdy przeciętni ludzie tracili domy i oszczędności całego życia. Już dawno najgroźniejsi przestępcy porzucili narzędzia krwawych zbrodni i zastąpili je bankowymi przekrętami. Nie znaczy to, że do przeciętnych ludzi szczęście nie uśmiecha się. Bez tego ci przeciętni już dawno nawet tępymi nożami wyrżnęliby wielkich, tego podobno najlepszego ze światów. Właściwie powinni zacząć od pasożytów lub jak kto woli profesorów astronomii... Tucson jest miastem o 350 słonecznych dniach w roku. Wbrew kpinom niektórych Europejczyków o prymitywnym, dzikim zachodzie do którego wliczają Arizonę, to uniwersytet w Tucson założony już w 1885r. ma numer jeden fizykę kosmiczną i pierwsze na zachodniej półkuli sztuczne serce wynalazku doktora Jarvica. Ta fizyka kosmiczna oczywiście to jeszcze jedno cwaniactwo tak potrzebne jak przysłowiowej świni siodło, daje bardzo tłuste życie cwaniakom od znajomości wszechświata. Marek od dziecka interesował się nie wszechświatem, ale gwiazdami. Noce krystalicznie czystego nieba nad Tucson pokazuje je w czerwieni, żółcieni, zieleni i tej zwyczajnej niebieskiej... Tyle ich jest... Gdzie się zaczynają, gdzie kończą... Wydział astronomii U of A organizował prelekcje dla publiczności. Jakiś ważny profesor lub mniej ważny profesorek czarowali maluczkich opowieściami z miliarda i jednej nocy nieskończenie wielkiego nieba... Właśnie... To nieskończenie wielkie wymagało normalnej odpowiedzi a nie bajerowanie slajdami, wzorami i teoryjkami o wielkim Bum, Bum... Przy długim stole siedzieli maluczcy a wśród nich panoramicznie piękna... czyli bardzo cycata panienka wpatrzona w profesora. Ten właśnie dowodził o nieskończoności... - Panie profesorze... Przerwał Marek. - Czy wszechświat jest materią? Profesor łaskawie popatrzył na durnia... Takie pytanie od dorosłego faceta. Małe dzieci wiedza, że jest materią, ale równie łaskawie potwierdził. - Czy ten stół jest materią?... Uśmieszki zebranych i grymas jak od wrzodu żołądka u profesora. - Pan oczywiście żartuje? - Nie, panie profesorze. Skoro i wszechświat i ten stół to materia, to ten stół kończy się. o tutaj... A gdzie zaczyna i kończy się wszechświat? Rozumiem, że jest o wiele większa materia niż ten stół, jednak. Jednak nie otrzymał odpowiedzi, bo nie było, nie ma i nie będzie takie, co nie przeszkadza astronomom tłusto żyć i robić kolejne doktoraty. Przecież ludzkość potrzebuje takiej wiedzy jak obliczanie odległości do tamtej gwiazdy która ciągle świeci, ale jej już niema... Jest to niesłychanie ważne dla szpiegowskich satelitów rejestrujących kolory naszych majtek i polityczną niepoprawność naszych rozmów... Oczywiście, że nie koniecznie powinno się określać astronomów, politologów, konstytucjonalistów, religioznawców i socjologów plus prognostyków pogody mianem pasożytów. Ostatecznie coś robią by nas zabawiać, więc można nazywać ich mądrzejszymi od nas, bo my musimy pracować. Tłusto żyć nic społeczeństwu poza teoretyjkami i dyskusjami nie dając jest mądrością godną pozazdroszczenia. Przypomina to stary dowcip: Maż wraca do domu i pyta żonę, co dziś na obiad. Nic, odpowiada żona. Jak to nic... Wczoraj było nic... A żona – Bo ugotowałam na dwa dni... A jednak nawet ludziom dobrych czynów czasem los coś dobrego przyniesie. DLACZEGO NIE LUDZIOM DOBREJ WOLI? DOBREJ WOLI JEST RÓWNIE DUŻO JAK CHMUR NA NIEBIE, TYLE, ŻE Z CHMUR JEST JAKIŚ POŻYTEK... A los przyniósł rybki... Ponownie miały tarło. Nie trzeba było głęboko wchodzić do wody i kusić bestię. A może po prostu obżarta podsypiała gdzieś, jako, że ryby też spią. Miś też się nie zjawił, chyba nie smakował mu pieprz w spreju. Po udanym dniu przyszło odprężenie, a po ognisku i rybkach na rożnie wszyscy padli snem ludzi dobrych czynów. Niestety, ryby nie mogły zabrać głosu, jako że głosu nie mają. - To już chyba ostatnia wycieczka w tą stronę. - Mark, tylko w tą stronę robimy dłuższe wycieczki. Kiedyś obiecałeś, że popływamy po jeziorze. Mówiłeś że łączy się z setkami innych, górskich i dużo większych. - Widać to na mapie. A czym chcesz popływać? Tylko nie mów mi że Bet lub Helen... - Właśnie powiem, a April potwierdzi, że nie kłamię. Bet pokazała nam jak z bardzo grubego pnia robić łódkę. - To jest tak stary numer jak świat i nazywa się albo dłubanka albo wypalanka. Czy o tym Bet mówiła? - No tak... - Ale nie powiedziała, że taka wypalanka można pływak dopiero wtedy, gdy przez długi czas, nawet rok jest w wodzie?Dopiero wtedy drewno nie tonie. Tego nie powiedziała, prawda? - Wszystko musisz wiedzieć, to nie jest zabawa, nie można tak... - Zatoniecie na środku jeziora gdzie bestia aż ślini się na twoja mała dupkę jako przekąskę też nie będzie zabawą. - Ale możemy zrobić tratwę. Bet mówiła, że gdy połączy się grube konary świerkowe albo sosnowe, to nie zatoną, bo maja tyle żywicy. - O tym nie pomyślałem, przyznaje. Flo, jesteś niemożliwa do rozmowy. - Sam powiedziałeś, że można od każdego się nauczyć. - Jeżeli chcecie się wykąpać przed odjazdem, to już teraz, a ja postaram się dać trochę ołowiu bestii... - Ja nie wchodzę, do wody, mowy nie ma! - Pewno, szkoda takich pośladków... - To jest bardzo mądra rozmowa, ale robi się późno. Jeżeli nie ma chętnych na kąpiel to wracamy. Upłynął zaledwie jeden dzień gdy dziewczyny stwierdziły, że jeszcze jeden rok to za dużo. - Przecież powiedziałaś, że jest ci tu dobrze. - A ty kiedyś powiedziałeś, że nigdy nie jest tak dobrze aby nie mogło być jeszcze lepiej, przyznaj. - Flo, robisz się po prostu niebezpieczny, młody babsztyl, ale przyznaję. Więc? - Więc Kristi i ty mieliście wybadać miasteczko. Zapomniałeś? - Była taka rozmowa, ale co postanowiliśmy, bo nie pamiętam. - Ja też nie, ale April i ja chcemy wracać i nie mów, że nie ma do czego, bo nie wiesz. - To mi wygląda na bunt. Jako kapitan statku mogę powiesić was na maszcie. - Kristi też jest z nami, a Kasia powiedziała, że już chyba dość czekania. Więc? - Nie powtarzaj po mnie. Zaczekamy aż Kasia i Kristi wrócą z lasu. Wiecie, że Kasia uczy was odróżniać dobre grzyby od trujących. - Ale ja już mam dość grzybów, żołędzi i suchych ryb! - April, a gdybym z miasteczka przywiózł chłopaka? - Mark! Nie rób tego! Ona go zje!... - Zaczekaj, tylko zaczekaj ty podlizuchu! Masz w nocy koc na głowie, gwarantowany! - Golden mnie obudzi i cię ugryzie. - Udajecie panienki, a ja słyszę parę dzieciaków, do tego leśnych dzikusów. Ale to nie wasza wina. Rzeczywiście dość czekania. Jutro Kristi i ja jedziemy podglądać miasteczko. Zadowolone? - Myślisz, że uda się jakiegoś chłopaka?... - A myślisz, że on polubi żołędzie, grzyby i suche ryby?...Tym razem zabrali dość pniaków by zrobić mostek na pułapce. Było wczesne przedpołudnie, ale miasteczko wyglądało na albo uśpione albo wymarłe. - Czy powinniśmy uciekać, może tu jest zaraza? - Nie jest. To mi wygląda dziwnie ale nie na zarazę? Widzisz? Nie tylko w tym oknie jest ruch, a kobieta na chorą nie wygląda, chyba przygotowuje coś do jedzenia. O, tam też jest życie... Zaraz, zaraz... Przestań błyskać lornetką. Nie ruszaj się?!... Z bocznej uliczki wyjechała Toyota 4x4, a w niej czterech facetów uzbrojonych jak na wojnę. - To jest Toyota tego mechanika, ale oni nie wyglądają na jego znajomych... Samochód zatrzymał się przed domem kobiety przygotowującej jedzenie. Jeden z facetów zastukał pięścią w drzwi. Kobieta wyszła niosąc tacę i kubki. Podała tacę i w tej chwili pociągnięta za bluzkę upadła na ziemie. Facet bez pośpiechu podszedł i jednym ruchem zdarł z leżącej spódnice. Siedzący w Toyocie zaśmiewali się a jeden wstał i ruchem przy rozporku udawał grę na gitarze. - Nastrajaj ją na moja melodię, nastrajaj Harry, a zagramy na cztery ręce!... - O Boże! Czy oni odżyli?! - Zamknij się! W tej pustce głos niesie. Mamy tylko pistolet i dubeltówkę, oni maja wystarczająco by zrobić z nas hamburgerki. Nie wiem jak się wycofać, aby nie usłyszeli. Chyba jednak dobrze, że zgasiłem silnik. Jeżeli któryś nie pali papierosów, to poczuje zapuszczany motor. - Przecież najpierw usłyszy... - Ich Toyota zagłuszy, ale smród ropniaka można wyczuć. Cholera, mamy słonce prosto w nas. Jeżeli błyśnie w przedniej szybie... Kristi, ściągaj bluzkę, proszę, weź moją koszulę i zasłon szybę, Schowaj się bo błyskasz cyckiem. Leżąca kobieta czołgała się do butów napastnika. Objęła go za nogi pogardliwie odtrącił ją, nawet nie kopnął. Kobieta wstała, i zgarbiona znikła w drzwiach. Toyota ruszyła i znikła za rogiem. - Teraz Kristi, ściągaj te szmaty! Ruszamy! Już byli przy pułapce, przejechali, zabrali pieńki. Mark wyciął dużą gałąź i staranie pozamiatał ślady opon po obu stronach pułapki. - Mark... Powiedź, że myśmy tego nie widzieli... Nie chcę wierzyć, że widziałam... - Niestety, nie wystarczy zamknąć oczy i wmówić sobie... - Przecież to jest nowy koszmar, od początku! - Obawiam się, że jeszcze większy, chociażby liczebnie. - Wiec co zrobimy?! Oni sterroryzowali miasteczko, tylko jak?! Mieszkańcy mają broń, obronili się wtedy, wiec? - Czterech bandziorów ze znajomością wojskowej taktyki potrafi rozbroić niedoświadczonych obrońców. Może tych czterech to wędrująca wataha? Jeżeli tak, to po pierwsze świat już jest zdrowy, a po drugie, lecz wcale nie lepiej dla nas, oni mają dużą wprawę jak żyć z rozboju, gwałtów i bezkarnie. - Ale skoro świat jest zdrowy, to ma policję, wojsko... - W dawnym znaczeniu tak, co nie znaczy, że nawet jeżeli, to tutaj, tak daleko od tego jak go nazywamy świata i policja i wojsko mają coś do powiedzenia. Jeżeli mieszkańcy miasteczka nie maja możliwości łączności to tacy jak tych czterech mogą bezkarnie robić co zechcą. Przywozimy do domu bardzo, bardzo złe wieści. Ale musimy opowiedzieć w detalach. - Mydlisz, że ten mechanik nic o nas nie powiedział? - Myślę, że nie, bo inaczej my już mielibyśmy wizytę. Ale to może być tylko kwestią czasu, a wiesz dlaczego? - Bo go zmusza? - Nie, Kristi. Nie mogą zmusić do czegoś o czym nie wiedzą. - Więc dlaczego się boisz. że on powie? - Bo już dość dawno przestałem wierzyć w świętego Mikołaja... - Nie rozumiem... - To bardzo proste. Ratując własną skórę napuści ich na nas i dziwne, że jeszcze tego nie zrobił. To jest dziwne i niepokojące. Czyżby nie żył. - Ale jeżeli żyje, to co będzie miał z tego, że opowie o nas. - Nie rozumiesz? Wie, że mamy broń, że załatwiłem tamtych więc może liczy na to, że się pozabijamy. Nic w tym nie ma nadzwyczajnego, to jest logiczne jeżeli tak myśli. Tylko... Zabrali mu Toyotę co jest też dziwne, bo przecież musieli czymś przyjechać... - A może przyszli? Wyglądali na bardzo silnych, mogli dojść od głównej drogi... - Skoro od drogi, to samochodem który zabrali komuś, ale... to jasne. Uważali że albo przeskoczą blokadę, albo mogli nocą rozbić się na niej i dojść piechotą. Potem wyłapali mężczyzn i ogłosili władzę zabijając jakiegoś co chciał być miejskim bohaterem. Coś takiego szybko wprowadza posłuszeństwo. Zabrali mieszkańcom broń, pewno zgwałcili kogo chcieli... - To do czegoś takiego mamy wracać? Powiedz, że to tylko tych czterech. - W tym miasteczku tak, tylko oni... Co i kto dalej, tam gdzie April, Flo i pewno ty tak się spieszycie... - Musisz je zrozumieć. To są nastolatki z dużego miasta teraz zmuszone, tak, nawet gdy tak miło, ale zmuszone do życia w lesie. Coś takiego dobrze wygląda w kinie... - Nawet w kinie nie będzie za dobrze wyglądać gdy tak długo i nuda powtarzania dnia po dniu. Przecież sama też tak czujesz. - Tak, ale ja mogę zrozumieć, nawet zaczekać, one muszą mieć już teraz. Dawno nie miałeś do czynienia z nastolatkami, takie są. Mieć, mieć już zaraz. Mam dużo podziwu dla ich cierpliwości, zwłaszcza Flo jest po prostu słodka, ale słyszałam jak popłakuje... - Kurwa mać! Sorry, girl, ale teraz tylko tyle potrafię powiedzieć. Jesteśmy w pułapce. Nie wygramy wojny z tą bandą. Właśnie psy nas zdradzą, gdyby przypadkiem pojechali w naszą stronę i nawet wpadli w pułapkę, a przecież wpadną. Właśnie wtedy będzie źle... Mogą otoczyć dom, nocą. Pierwszy raz czuję się bezradny. - Tylko nie mów tego gdy przyjedziemy, a ty nigdy nie będziesz bezradny. Potrafisz coś wymyślić. Musisz, po prostu musisz! - Muszę, Kristi, po prostu muszę... Czy wiesz jak to się słyszy? - No, chyba dobrze? - Nawet nie wiesz jak... Ja też nie wiem jak, ale... Myślę, że mamy kilka dni(aby jak mówisz coś wymyślić. My też jesteśmy jak mała armia, nawet mamy przewagę, a w obronie piątka to więcej niż pięć razy tyle tych co w ataku. - Mark! Zatrzymaj! Tam chyba ktoś jest! Z gęstwiny świerków wyszła dziewczyna w resztkach ubrania. Słaniała się. Ciągnęła za sobą dubeltówkę... - Karol? Jesteś córką mechanika? Co tu robisz... Dziewczyna upadła. Widocznie widok ludzi, przyjaznych ludzi, zbił resztki adrenaliny. - Co się stało, co z twoim ojcem?! - Kristi, nie ma sensu teraz pytać, ona ledwo żyje, a ważne, że żyje. Teraz tylko to się liczy. Opowie gdy dojdzie do siebie. Weź moją koszulę i podłóż jej pod głowę. Cud, że aż tu doszła. Gorąca herbata z malinami, kropla wódki i nie mogli się doczekać aż Karol zacznie mówić, ale dziewczyna tylko uśmiechnęła się i spokojnie zasnęła. Spała 12 godzin. - Niech najpierw coś zje. Umyjcie ja, zdąży opowiedzieć. To co usłyszeli było koszmarem, wyrokiem wręcz... Bandyci przyszli do miasteczka przebrani za policjantów. Twierdzili, że samochód rozbili na zaporze i tylko to było prawdziwe. Najstarszy, Harry, przekonał kilku mieszkańców, że rzeczywiście jest policjantem podając szczegóły i nazwiska z posterunku policji, który rozbili. Ludność miasteczka kupiła bajer. Kobiety przyniosły ciasto, kwiaty... Bandyci zapowiedzieli obronę miasteczka przed grasującymi bandami, wiec wszyscy mężczyźni mający broń powinni zaraz stawić się aby wspólnie zorganizować obronę. Tak się stało. Nie świadomi podstępu przynieśli każdy to co miał i ustawili się w szeregu. Gdy szef bandy upewnił się, że na placu są wszyscy i całe uzbrojenie, to zastrzelił tego którego przed chwilą wybrał na przywódcę obrony. Krótki szczek. .. -Ręce do góry! Brzuchami na ziemię i rączki na tył głowy!... Kilku mężczyzn usiłowało wstać, zostali zabici. Oszalałe kobiety rzuciły się na bandytów, ale padały bite kolbami karabinów. Makabrę obserwowały dzieci. Bandyci zapędzili mężczyzn do kościoła. Zamknęli drzwi i zagrozili podpaleniem... Na Błagania kobiet zapewniających, że mieszkańcy spełnia każde życzenie wypuścili mężczyzn, ale zapowiedzieli, że za najmniejszą próbę oporu zabiją, a żonę lub córkę zgwałcą. Gwałcić zaczęli bez tego, a na oczach mężczyzny, któremu jeden z bandytów trzymał lufę przy głowie. Tak zginęło jeszcze paru mężczyzn, bo próbowali bronić kobiet. - Czy to jest jakiś makabryczny film? - Proszę pani, gdy opowiadam o tym, to też tak myślę... - Ale co z twoimi rodzicami?! - Bandyci znaleźli w moim pokoju moje ubrania, bieliznę. Zaczęli bić ojca, aby powiedział gdzie jest córka... - No właśnie! Gdzie byłaś! - Ojciec schował mnie pod podłogą gdzie schowek łączy się z warsztatem. Dał mi tą dubeltówkę i powiedział, że mam się zastrzelić, bo oni i tak mnie zabiją jak już się nasycą... Tak powiedział. - A co z matką? - Była dla nich za chuda... Tak słyszałam. Słyszałam, że ojciec chyba dobrze kłamał o mojej ucieczce ze starszym facetem. Uwierzyli i jeden z nich Toyotą ojca pojechał na zachód. Widocznie nie zobaczył żadnych śladów od opon, bo wrócił i zastrzelił ojca za kłamstwo. Przeszukali cały dom, warsztat. Chodzili nade mną...Parę razy zesiusiałam się w majtki... - Ja bym też tak zrobiła... Flo przytuliła dziewczynę. - Ale jak tu trafiłaś? - Wtedy, gdy widzieliście się z ojcem pomyślałam, że znajdę was i gdy bandyci spali wykradłam się, udało się i jestem... - Jesteś... Prawda, jakie to proste! Dziewczyno, to cud, że doszłaś, że nie pojechali za tobą. - Nie wiem, może nie wiedzieli o tej drodze bo nie ma jej na mapie, nigdzie nie prowadzi, a z miasta jest tylko jedna, na zachód do oceanu... - Co nie znaczy, że nie znajdą tej drogi, a wtedy... - Mark, może już teraz powinniśmy uciekać, no wiesz, tam do tego domku i dalej. Mówiłeś, że droga przechodzi w coś wąskiego, wiec oni nie dojadą... - Dojadą dokąd? Do nas, gdy będziemy żyli pod drzewami na resztkach jedzenia i jak długo? Przecież gdy zwąchają nas, to nie odpuszczą. Ktoś z miasteczka powie im o nas. Jeżeli już nie powiedział... A co się stało z sąsiadem, jak mu tam, Billy? - Właśnie jego zabili najpierw... - Karol, czy wiesz jak bawić się dubeltówka? - Bardzo dobrze, wiem to od dziecka, ojciec mnie nauczył. - Już mam plan zabawy... Ja, ty, Kasia i Flo zaczaimy się przed pułapką. - Pułapką? Nic nie widziałam... - Mniejsza o to. Zanim to zrobimy, to ja i Kristi wrócimy do miasta jako wabiki. Oni muszą cię zobaczyć. Zanim wskoczą do Toyoty, to my na pełnym gazie odjedziemy. W tym czasie dziewczyny, to znaczy Kasia i Flo dobrze ukryte, nie tylko za drzewami, ale w wykopanych dołkach już będą gotowe na wpadkę bandytów do dołu, do tej pułapki. Zmusi ich do wyjścia z Toyoty a mam nadzieje, że przynajmniej jeden z nich rozbije się o szybę, gdy samochód nagle stanie dęba... Ja i Karol już będziemy czekali, też ukryci. - Mark, nie mogę uwierzyć... To brzmi jak jakiś kiczowaty scenariusz do prymitywnego filmiku... Kasiu, żyjemy w czasie okrutnego prymitywu i mamy tylko dwa wyjścia: Zabić albo być zabitymi. Ja wole, to pierwsze, ty chyba też. Mamy do czynienia z zawodowcami. Na pewno grasują tak od dłuższego czasu. Skoro rozbili posterunek policji, to zlekceważą pojedynczego faceta z dziewczyna. Właśnie ta dziewczyna pomoże im wcisnąć gaz do dechy i dlatego mogą nawet przekoziołkować, gdy przód Toyoty wpadnie do rowu. Kasiu, już nie powtarzaj, że to wszystko jest jak z filmu lub książeczki o przygodach. To co dotknęło nas, to w czym jesteśmy jest niczym w po równaniu z tym co czeka na nas w tak zwanym normalnym świecie. Jeżeli takie bandy jak ta potrafią rozbijać policję? A pomyślałaś o setkach milionów ludzi którym nie udało się schować w bezpieczeństwie takiego domu jak ten? Ludzi, którzy zanim umarli to dusili się jak ryby bez wody. Sorry, niefortunny przykład... Możemy mieć nadzieję, że ta banda to już resztki korzystające z początkującej stabilizacji i słabych sił porządkowych. Chcę wierzyć, że właśnie tak jest, nie może być inaczej. Przecież świat jakimkolwiek nie będzie i obojętnie pod czyja władzą, to po prostu musi istnieć. - Niby dlaczego musi... - Chociażby dlatego aby jeden człowiek jak zawsze mógł pomiatać innymi. To się nigdy nie zmieni i właśnie to zaczęło zarazę. Ale teraz mamy przed sobą bitwę i wygramy ją, prawda Karol? - Jeżeli zabiję chociaż jednego z nich to już wygrałam - Ja drugiego a Mark trzeciego. - A co dla mnie? - Dla ciebie Kasiu ten, który wyleci przez przednia szybę, gdy Toyota zaryje się w dole. Nic nie będziesz musiała robić... - Nie możesz wszystkiego przewidzieć. - Nie tylko, że mogę, ale muszę. Zresztą innego scenario chyba i ty nie widzisz. Wpadną rozpędzonym samochodem w dół, zgłupieją, kto będzie żył ten wyskoczy z samochodu, a wtedy ja zastrzelę tego pierwszego. - To będzie sygnał dla was. Strzelacie tylko pojedynczym strzałem. W dzień nie widać dymu ani błysku zwłaszcza w takim lesie, leżące w dołkach za drzewami jesteście praktycznie nie do trafienia. Ja postaram się was uprzedzić i zabić następnego. - Czy wiesz jak to makabrycznie brzmi? Zabić... - A czy wiesz jak zabrzmi krzyk umierającej, którejś z was. Wybierasz. Powtarzamy się... Jestem pewny, że siedzący na przednim siedzeniu obok kierowcy cały nie wyjdzie z takiego wypadku. Nawet jeżeli żywy, to będzie o jednego mniej. Kierowcę może uratować kierownica, a ci dwaj z tyłu najwyżej przekoziołkują na przednie siedzenie. Jeżeli, a na pewno ja zlikwiduje dwóch, to któraś z was po prostu musi zlikwidować jednego. No, lepiej brzmi, że zlikwidować?... - Jak daleko do pułapki będziemy? - Rozmieszczę was nie dalej niż dziesięć metrów. Wszyscy będziemy stanowili linie w kształcie podkowy. Oni będą w środku. Z dziesięciu metrów Karol nawet nie musi celować. Dubeltówka sama to zrobi. Być może więc, że ani ty ani Flo nie oddacie strzału. - Ale ja nie mogę się doczekać. Za rodziców, za męczeństwo ojca gdy zanim go zastrzelili to prawie zabili, zakopali na śmierć. Najchętniej bym zrobiła to samo z tym wtedy najgłośniejszym, to był chyba Harry. Oby nie siedział obok kierowcy. - Obawiam się, że będzie tam jako herszt, dowódca. Ale czy inni nie bili twego ojca? - Na pewno, ale tylko on ciągle powtarzał, że gdzie ja jestem i to on krzyknął do matki - ty stara kurwo... Gdy matka próbowała bronić ojca. Musiał ją uderzyć bo umilkła i już nie słyszałam jej głosu. Czy zamiast zastrzelić możesz postrzelić aby on żył, a ja go dokończę... - Nie, Karol. Nie chociażby ze względu na obecność Flo... - Nie zasłaniaj się mną! To mnie obraża. Dzieciństwo straciłam w tamtą noc, gdy tamci strzelali do moich koleżanek i gwałcili je. Karol jest starsza o niecałe dwa lata. Skoro ona może... - Ona ma powód. - To się nazywa zemsta. Zgodzisz się na to? - To się nazywa osobista sprawa i nie mam nic do powiedzenia. Nie mam prawa do żadnej decyzji, skora Flo uważa, że Karol ma rację. Postaram się trafić go w obojczyk lub udo, ale on nie będzie ustawiał się jak tarcza celownicza. Po pierwszym strzale muszę szybko odskoczyć, zmienić miejsce. Oni mają automatyczne Kałasze, nie będą celować tylko na ślepo zasypią nas pociskami. To jest poważniejsze niż jak wygląda w moim planie, jak z kreskówki. To zawodowcy i potrafią też ukryć się za drzewami. Gdy walka przeciągnie się, to przegramy. Nawet gdy zostanie ich tylko dwóch to możemy przegrać. Odskoczą, obejdą nas od tyłu. Przeczekają... Dlatego, sorry, Karol, ale nie gwarantuję jedynie zranienia. - Kiedy ruszamy? - Już. Kristi zostawiam ci karabin, jest półautomatyczny, zresztą znasz go dobrze. Nie wypuszczajcie psów. Gdyby, powtarzam, jedynie gdyby ktoś, coś ,nie wiem, ale podeszło do domu to czekajcie do ostatniej chwili gdy „zapuka” do drzwi. Wtedy tak jak przerabialiśmy, ukryta za piecem, strzelasz w pas, najszersze miejsce. Nie możesz nie trafić. Ale to tylko tak na gdyby... - A ja, co ja będę robić? - April, strzelasz z pistoletu prawie tak jak Kasia. Więc gdyby, to też leżąc na podłodze za drzwiami waszego pokoju tak samo strzelasz w pas. Jestem o was spokojny. Aha, gdyby co to natychmiast zamykacie psy w składziku. Na szczęście ziemia miedzy świerkami była na tyle miękka, że wykopanie trzech płytkich dołków nie zajęło wiele czasu. „Żołnierze” mieli doskonały widok na drogę, a pułapka była na prostym odcinku, który zachęcał do szybszej jazdy. Pozostawało czekać na „przynętę”... Tak jak Marek przewidział widok ciężarówki i pół gołej dziewczyny na platformie, a podziałał na bandytów jak miód na misia. Zanim jednak wszyscy czterej wskoczyli do Toyoty to Marek i Karol już byli daleko od miasteczka. Ukryli ciężarówkę za zakrętem i już słyszeli zbliżający się samochód. Reszta rozegrała się szybko i zgodnie z przewidywaniami Marka. Rozpędzona Toyota wpadła przodem w dół, nie przekoziołkowała, ale wbiła się rzucając siedzącego obok kierowcy na szybę. Rozbił ją głową... Kierowca trzymając się za klatkę piersiowa wyszedł, a właściwie wypadł i leżał na ziemi. Dwaj pozostali pocierając głowy i barki kręcili się obok samochodu. Byli bez broni, ale prawie natychmiast jeden z nich wskoczył do Toyoty wychodząc obładowany Kałasznikowami i bronią ręczna. A jednak naprawdę to zawodowcy... Pomyślał Marek. Ktoś inny w takiej sytuacji zająłby się rannymi kolegami, bo przecież w pustce lasu nie spodziewał się niczego więcej niż wypadku. Nie będę strzelał bez ostrzeżenia... Może jestem ostatnim durniem, ale inaczej nie potrafię. Krzyknął... Bandyci znieruchomieli, ale zanim zdążyli uskoczyć za drzewa, jeden z nich już konwulsyjnie drgał na ziemi. Marek trafił go w pierś, może w serce... Huk dubeltówki, typowy i drugi bandyta uderzony grubym śrutem aż podskoczył zanim znieruchomiał. - Trafiłaś go! Trafiłaś, Karol! - Podniecona Flo wstała i w tym czasie kierowca strzelił... Dziewczynka upadła... - Marek dobij go! On jest poza moim zasięgiem, jest za nisko! Dobij skurwiela! Zanim zdążył zrobiła to Karol zmieniając kierowcę w galaretę... - Flo! Na litość boska dlaczego wstałaś! Nie umieraj, proszę, nie umieraj... Boże, to nie było warte jeżeli ona ma umrzeć... - Kasiu, przecież inaczej wszyscy mogliśmy umrzeć, chyba to rozumiesz. Ktoś z miasteczka dałby im znać o nas... Flo nie umrze. Dostała w okolice obojczyka, a pocisk właściwie tylko musnął ją, niestety dość głęboko, ale wyszedł. Jedyny problem to utrata krwi. Zrób maksymalny ucisk na ranę i wracamy. - Co z nimi? Jeden ma rozbita głowę, ale żyje. Mam go dokończyć? - To może być Harry... - Nie, Karol. Nie teraz. Wrzucimy go na platformę, usiądziesz obok i dopilnujesz. Kristi postara się go załatać. Wtedy pomyślimy co dalej... Teraz najważniejsza jest Flo. Zanim dojechali do domu Flo otworzyła oczy i próbowała się uśmiechać. - To ma być uśmiech? Chocik robi to lepiej... - Nie zdążyłam... Nie zdążyłam... Wszystko było tak szybko i tak - Flo! Zamknij się! Zachowaj siły na ocenę tej kreskówki... - Kurde, Marek, to naprawdę było jak w kreskówce, gdyby nie to, że oni nie wstaną... Jesteś pewny, że nie wstaną? - Trafiony z kuszy wypluł chyba wszystką krew i już był sztywny, a Karol zmieniła obu w... picadillo, tylko dodać ryż... - Makabryczne porównanie. - To wszystko jest makabryczne, a najgorsze, że winni tej makabry nigdy nie zostaną ukarani. - O czym ty mówisz, przecież nie żyją? - Nie o nich mówię, ale o tych co rozpętali zarazę, co zmusili takich ludzi jak my do zabijania, a taką dziewczynę jak Karol, nastolatkę do krwawej zemsty. Co myśmy, my, wszyscy normalni ludzie tej planety zrobili złego, aby zasłużyć na taka ohydę. Pracowaliśmy, posłusznie wykonywaliśmy polecenia władz. Każdy z nas miał plany na resztę życia. Ty chciałaś się bez reszty poświecić pomocy najbardziej bezsilnym stworzeniom, ja marzyłem aby trenować. Każdy człowiek marzył, dążył do czegoś aby teraz otrzymać uderzenie, pogardliwe uderzenie i w twarz i w serce. Powiedziano nam, wreszcie otwarcie, że jesteśmy gównem, że nadajemy się tylko do służenia wielkim tego świata. A że po drodze zdechniemy? Urodzi się więcej takich jak my, ludzi nigdy nie brakowało, a głód ich zmusi do wszystkiego. Głód i obrona życia. Czy w najbardziej makabrycznych snach widziałaś siebie uczestniczącą w zabijaniu tylu ludzi. Ilu to już? Ośmiu? A przecież to tylko na razie... - Co znaczy na razie, nie mów. - Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że tam gdzieś jest więcej takich jak ci czterej, jak tamci. Wiesz to równie dobrze jak ja. Dodatkową makabrą jest taka reakcja jak dziś zrobiła Flo. Trzynastolatka w euforii, że jej niewiele starsza koleżanka zabiła kogoś... Takiego wynaturzenia można kiedyś było szukać jedynie w najgorszych gangach Los Angeles, takich jak „Rifamos 13”. Tak, ale nawet tam dziewczyny potrafiły jedynie bić, a gdy strzelać, to po dawce narkotyków. Nasze dziewczyny, Flo, April, teraz Karol już zobojętniały na widok śmierci. Mało, bo jest dla nich emocją, podnietą wręcz. - Wróciliśmy pełnym kółkiem do epoki jaskiniowej. Zabij lub będziesz zabity. - Kasiu, sam bym lepiej nie powiedział. Jak Flo? - Spokojnie oddycha ale jedź wolniej aby nie rzucało. - Nie mogę wolniej. Ona musi już teraz być w rękach Kristi. Coś wiem o medycynie po dwudziestu latach pracy, ale nie jestem lekarzem. Rana postrzałowa musi być natychmiast opatrzona. Hej, Karol, jak się zachowuje twój podopieczny?... Karol! Co jest!? - Nie wiem, czuję się jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Ręce mam jak z ołowiu... A on? Chyba będzie żył. Parę razy otworzył oczy, ruszał ręką jakby czego szukał. - No i co zrobiłaś, trzeba było zastukać w szybę. -_ Nic nie zrobiłam. Chciałam mu nadepnąć na rękę, ale nie miałam siły. - Kasiu, zmień ją. Gdy drań się ruszy to go kolbą, ale nie za mocno... Karol, chodź tu. Nie chcę byś zemdlała tam, na budzie. Zresztą zaraz będziemy w domu. Kristi! Flo jest ranna! Nie, tylko lekko, chyba. Już ci ja_ niosę... April później opowiemy... Tak, zabiliśmy ich, ale jeden jest ranny. Bierzcie go za nogi i ręce do cienia. Niech któraś przyniesie wodę. Karol, doszłaś do siebie? - Już chyba tak. - Jeżeli chyba, to April przypilnuje go. Ty do łóżka i to zaraz! April gdy on się za mocno ruszy to zawołaj mnie, a jeżeli zechce wstać, to strzel mu w kolano, w nogę. Trafisz? - Za kogo mnie masz? Z metra mam nie trafić! - Sorry, więc w kolano... - Mark, on chyba umiera. - Ty, jak ci tam! Chcemy cię uratować, trzymaj się, ale jak ci na imię? - Harry... - Karol! Niech ktoś zawoła Karol! - Nie zdążysz dziewczyno, nawet nie zdążysz kopnąć go żywego. Kristi potwierdziła zgon. To jest, to znaczy, to był ten Harry. - Gówno mnie obchodzi czy już jest trupem! Kopnę go w mordę, o tak, jeszcze raz! - On już nic nie czuje, wyluzuj... -
Wyluzuj?! Tak po prostu?! On nie czuje, ale ja czuję i ciągle
słyszę jęki ojca. Gdzie jest sprawiedliwość pytam! Dlaczego
Bóg
pozwolił mu zdechnąć! Zawsze uważałam naszego pastora za cwanego
kłamcę gdy mówił, że Bóg jest nierychliwy, ale
sprawiedliwy...
Nierychliwy? Więc dlaczego pospieszył się ze zdechnięciem
i nie
dał mi szansy, aby on - Niestety tak. Miałem zamiar rozpytać go na okoliczności jego bandy i takich jak ona. W ogóle o tym co jest poza naszym mini światkiem. - Co zrobimy z trupami? - O jakieś pół kilometra jest głęboka szczelina, wrzucimy go tam, a tych trzech też gdzieś wrzucimy .Góry ukryją, a zwierzęta dokończą. - Czy można tak? Bez pogrzebu? - Kristi, chyba żartujesz? Takie ścierwo nie zasługuje nawet na wrzucenie gdzieś do dziury, ale nie chcę smrodu. Koniec tematu. Karol... czy wracasz do domu? - Nie mam domu. To co zostało jest jak grób... - Właśnie... Musimy sprawdzić czy rodzice są pochowani. Jeżeli chcesz zostać z nami, to warto abyś zabrała z domu swoje rzeczy, materac, no wiesz. - Nie mogę, po prostu nie mogę, nie teraz... - Rozumiem, ale czy masz pewność, że ktoś z sąsiadów nie będzie hieną cmentarną i nie oczyści domu. Nie zabierze ubrań, dobytku w ogóle? Jaka jest sytuacja w miasteczku, no wiesz, między ludźmi. - Zanim oni przyszli, to było okej. Ludzie sobie ufali, pomagali. Teraz nie wiem. Ojciec zdążył powiedzieć, że niektórzy sąsiedzi skumali się z mordercami, że tak ratowali własna skórę, chronili żony i córki przed gwałtami. - Udało się im? - Niektórym tak, zwłaszcza tym gdzie bandyci spali i jedli. - Karol, a miałaś chłopaka, no wiesz... - Nie. - A są jacyś? - April, jacyś są, ale ty jesteś dla nich za mądra... - Przecież mnie nie znasz! - Nie znam ale jesteś z innego świata, nawet mówisz inaczej, Kristi też. Dwa lata temu, może trzy, chyba trzy pojechałam do ciotki w Vancouver. Gdy wróciłam, to nie miałam o czym rozmawiać z koleżankami... - A koledzy... - Tylko jedno – piwko, tańce i do majtek... A jak zrobią dziecko, to wszyscy się cieszą... - To chyba normalne? - Nie dla czternastoletniej dziewczyny. - Porozmawiajcie o tym i o podobnym później. Teraz jest kilka spraw, które natychmiast musimy załatwić. Pierwsza to usuniecie tamtych i wyrąbanie przejazdu dla naszej ciężarówki. Ktoś pojedzie ze mną do miasteczka po stalową linę. Ta którą mamy jest za słaba. Musimy wyciągnąć Toyotę i zepchnąć ją na pobocze zakrętu. Następnie doprowadzić pułapkę do porządku. Dlatego chciałem aby przy okazji Karol zabrała swoje rzeczy. Materac i pościel przede wszystkim. Zresztą nie muszę tłumaczyć. - Ja naprawdę nie mogę, zrozumcie, może pojechać Kristi? - Kristi jest regularna w tych wyjazdach. Ale czy dom jest zamknięty, bo jeżeli ktoś pochował rodziców, to mógł zamknąć dom. - Mogli to zrobić tylko Adams. To byli nasi przyjaciele dużo starsi od rodziców dlatego banda nie zgwałciła pani Adams... Jeżeli dom jest zamknięty, to można wejść od ogrodu przez klapę prowadząca do piwnicy. Zapasowe klucze są na ścianie piwnicy zaraz przy wejściu na schody do domu. - I oni nie szukali cię w piwnicy? - Przecież mówiłam, że byłam w schowku pod podłogą prowadzącym do warsztatu. - Nie zrozum mnie źle, ale chodzi mi o nasze bezpieczeństwo, tej grupki ludzi do której chcesz wejść. Nie mamy gwarancji, że po tych czterech nie zjawia się inni, podobni. - Rozumiem. - Nie rozumiesz. Miasteczko nie ma prawa wiedzieć ani o tobie ani o nas. Czy ojciec rozmawiał z Adamsami o nas? - Nie, na pewno nie i tylko on, to znaczy tylko my wiedzieliśmy o was - A sąsiad Bili? - Przecież zabili go. Ale on też nic nie mówił innym. - Dlaczego, to nie ma sensu, ludzie mówią o takich sprawach. - Bo ojciec jakby coś czuł, powiedział mu aby trzymał język za zębami jako, że może kiedyś wasze miejsce przyda się jako kryjówka. - Przewidział, przynajmniej dla ciebie, ale teraz wyłania się kolejny problem. Skoro miasteczko nie wie o nas, to nie ma prawa widzieć, że przyjedziemy tą droga i odjedziemy. Ratując własną skórę, ktoś może następnym bandytom powiedzieć o nas. Rozumiecie? - Oczywiście i co z tego. Jak tego uniknąć. Przecież to jest niemożliwe. - Może tak, może nie. Musimy wjechać do miasteczka w nocy, cicho, bez świateł. - Z tym nie ma problemu, bo ludzie są tak przestraszeni, że po zachodzie słońca ryglują drzwi. - Wyjechać z miasteczka też po ciemku. Pozostaje problem śladów po oponach. Może to zabrzmi jak opowiastka o harcerzach... - Nie obrażaj harcerzy. Czy Flo i ja nie nauczyłyśmy was czegoś? - April, masz pięc, nie obrażam, po prostu Kristi będzie trzymała największa gałąź jaka zetniemy opartą o burtę samochodu i „zamiatała” ślady. Wiem, że to jest jak dziecinna zabawa, ale powinna pomóc. - Twój ojciec powiedział, że na mapie nie ma drogi prowadzącej do naszego domu, że jest tylko ta na zachód do oceanu, więc my nie istniejemy... - Marek, na jak długo... Znowu wchodzimy w początek koła... - Nie ma sprawy. Chcesz zaryzykować? Przegłosujemy. Karol, a ty co wolisz, czy przeczekać z nami jeszcze rok i dopiero wtedy ruszyć w świat? Czy wolisz już teraz? - Czy muszę, już teraz odpowiedzieć? Nie wiem. Boję się wszystkiego i tego co w miasteczku i tego co dalej. Tu czuję się bezpieczna chociaż zostałam sierotą. - A my? Flo, Kristi i ja? Może też jesteśmy sierotami. Nie chcemy o tym mówić,ukrywamy przed Markiem i Kasią, ale tylko my wiemy ile razy płakałyśmy. Nie jesteś więc sama, jeżeli to ci pomoże. April objęła Karol i wiadomo, w ryk... - Jak już wytrzecie łzy, to zetnijcie największa gałąź z tych jedwabistych. Kasiu, zjemy coś? Flo majaczyła. Pomimo, że Kristi zapewniała, nawet bagatelizowała mówiąc, że to płytka, powierzchowna rana, dziewczynka gorączkowała i nie kontaktowała. April nie odchodziła od łóżka. Tak minęła noc. Marek zastał April śpiącą na siedząco, twarz mokra od łez. Zaraz oprzytomniała i objęła Flo. - Wybacz mi, że nazywałam cię dzieciną, proszę wybacz! Nie umieraj! Kocham cię. jak siostrę, lepiej nawet... Mark zrób coś! - Więcej niż Kristi nie potrafię... - Potrafisz! Nie mów tak. Ona nie może umrzeć, ja nie mam nikogo! - A my? Reszta nas? - Tak, ale to nie to samo. Dlaczego ona nie otwiera oczu! To straszne... Jak to się stało... - Mówiliśmy, emocja. Była szczęśliwa, że Karol trafiła mordercę. Podniosła się i wtedy kierowca leżący na ziemi, z pistoletu trafił Flo. A że nie otwiera oczu? Śpi, ona śpi i wiesz co? Dobry znak, bo spokojnie oddycha, będzie dobrze, obiecuję... Było dobrze. Na drugi dzień Flo zjadła miskę malin z kluseczkami. Wypiła masę soku malinowego z woda... Wyszła ze szponów śmierci. Karol jednak nie dała namówić się na jazdę do domu. Nie nalegali, czas podobno zrobi swoje jeżeli wierzyć w bzdurę, kolejnego porzekadła. Żaden czas nie zabliźni ran rodziców po stracie dziecka i dzieci po stracie rodziców. Czas najłatwiej zabliźnia straty literatów, gdy załapią wydawnictwo aby bajerować porzekadłami... „Wyprawa” do domu Karol przyniosła nie tylko masę jej osobistych rzeczy, a przede wszystkim bielizny i ciepłej odzieży, ale kilka worków mąki i butle oleju plus sól, cukier, drożdże. To były skarby. Okazało się, że w pierwsze dni paniki zarazy, mieszkańcy miasteczka wymusili na właścicielach sklepu spożywczego aby sprawiedliwie rozdzielił zaopatrzenie według ilości osób w rodzinie. Mięso mieszkańcy uzupełniali polowaniami. Dwudziesto kilowe pudło z Beefjerki czyli wędzone, suszone paski mięsa z jelenia Golden i Lola powitały euforia. Pierwsze dwa kilo znikło błyskawicznie aby równie szybko zmienić się w sraczkę... - Sami widzicie, że to wam szkodzi. No, Lola przyznaj rację. Ledwo zdążyłaś w krzaki. Ale... dodane do klusek, to co innego. Aha, bym zapomniał... Od cioci Karol macie wiele kilogramów ryżu. Co wy na to? - Dawaj, dawaj, żyje się raz, a że nas pogoniło? Sam byś tak latał... Zaczął się czas obfitości, a że słońce malowało świat na złoto i błękit, to jeszcze jeden rok w pustkowiu nie wyglądał tak źle. Na razie... Jednak wiadomość,.że gdzieś grasują uzbrojone bandy silniejsze niż policja trochę te złotości i błękity podczerniała. Nie byli wyspą na oceanie, jeżeli już to na oceanie grozy i należało jeszcze raz zadbać o bezpieczeństwo tej wysepki... - Kopiemy następną pułapkę, tym razem zaledwie kilka kilometrów od miasteczka. Poprawka, dalej, jakieś dwadzieścia kilka. - Dlaczego, przecież ta spełniła zadanie. - Ciągle będzie spełniać, ale chcę, aby ewentualni ochotnicy na nasze życie wpadli w pierwszą i dlatego chcę aby była na początku drogi. - To może dalej? Jakieś kilkadziesiąt kilometrów, aby mieli daleko na piechotę do miasteczka, bo chyba wrócą po jakąś pomoc. - Kasiu,jesteś genialna. Oczywiście, że tak zrobimy,nawet w połowie drogi, a to jest prawie sto kilometrów. Zrobimy jeszcze głębszy dół. Już wiemy,że przynajmniej paru napastników może nie wyjść żywcem, tak jak ci. Wracać na piechotę sto kilometrów, gdy ma się połamane nogi lub przetrącony kark, prawda? - Mark, ciągle uważasz, że to jest konieczne, że przyjdą inni? - Może nie przyjdą, ale gdy przyjdą? Nikt nas nie chroni i nie obroni, jeżeli sami tego nie zrobimy. - Ja wiem, ale nie o to pytałam. - Kristi, nie wiem, nikt nie wie. Fakt, że ci czterej zjawili się jak ludzka zaraza, nie daje mi pewności, że nie ma więcej takiej zarazy. W dniach bezprawia rodzą się oportuniści na łatwiznę, a kryminalistów, nawet takich uśpionych nie brakowało. Czy ciągle jest bezprawie? Jeżeli czterech bandytów bezkarnie rozbiło posterunek policji, jeżeli bezpiecznie udało im się odjechać i nikt ich nie ścigała, to wiem jedno, jeszcze nie ma silnej centralnej władzy. Jaka będzie gdy będzie? Dla takich jak Kasia i ja jest to bez znaczenia, my już się nie liczymy, każda władza włącznie z tą która była i nazywała się demokracja liczy na szybkie zdechniecie emeryta. Zjada chleb, a nie pracuje na niego. Że zapracował? Co z tego, teraz zjada... - Nie wiecie tego, ale już, powtarzam, już było coś takiego jak podsuwanie ciężko chorym pacjentom w wieku ponad 80 lat papierka do podpisu, że w razie śmierci, jeżeli nie ma testamentu, to zapisują majątek szpitalowi... Co to oznaczało? Makabrę możliwości... „niefortunnie dobranych leków”... - Tak nie mogło być? - Tak było Kristi, tak było ale wy, studenci pojęcia o tym nie mieliście. Starzy ludzie są niepotrzebni i żadna władza nawet udająca najbardziej demokratyczną nie myśli inaczej. Tak, tyle o nas... A co będzie z wami? Wasz wybór będzie tak jak żaden i wcale... Czeka was wychowanie w pełnym posłuszeństwie do władzy. Jesteście za młodzi, by po pierwsze pamiętać że było inaczej, powiedzmy, że inaczej... A po drugie, że znacie tylko to co wam podadzą, resztę zrobi czas oraz nauczyciele wychowujący was w przeświadczeniu, że wszystko jest dla waszego dobra. Czy ktoś nie zechce czegoś co jest dla jego dobra? Czy będą tacy? Czy wiecie co zabija najskuteczniej? - Ja wiem, największy kaliber, taki na niedźwiedzie. - Tak, April, taki jest skuteczny, ale nic nie zabija pewniej niż kpina. Taka na uśmieszku. Równie skuteczna jest plotka. - Ale słowem nie można zabić. To nie ma sensu. - Nie fizycznie, to prawda, ale pomyśl... Jesteś uczciwym człowiekiem robisz bardzo dużo dobrego i masz ważne stanowisko. Raptem dowiadujesz się, że prowadzisz drugie życie... - Nie rozumiem, każdy ma tylko jedno życie. - Nie dosłownie, ale tak się mówi, a ty słyszysz o sobie, że idziesz do łóżka z każdym kto zapłaci, a najchętniej z żonatymi facetami więc rozbijasz rodziny. - Nigdy tego nie zrobię. Za pieniądze?! Ja?! - No widzisz, oczywiście, że tego nie robisz, ale ktoś tak powiedział do kogoś, ten do kogoś innego i poleciało robiąc się jak kula śniegowa, coraz większa i większa. Już nie można dojść co jest prawda a co rezultatem plotki. Jesteś skończona. Rozumiesz? - Ludzie tak robią,? - April, ludzie plotkowali i będą plotkować zawsze i wszędzie, a kpina? Jest jeszcze silniejsza bo potrafi z wartościowego człowieka zrobić durnia pomimo, że nie tylko nie jest durniem, ale jest bardzo mądry, potrzebny, ale komuś przeszkadza więc jest niebezpieczny. Istnieją mistrzowie kpiny, którzy nigdy bezpośrednio nikogo nie obrażą, bo tylko głupcy tak robią. Mądry kpiarz potrafi tylko dwa razy... cha, cha i uśmiechnie się z politowaniem... Wystarczy by z czegoś takiego zawodowi „komedianci” robili kabarety, a też niby „o nikim”. Ofiara takiej kpiny też jest skończona, bo ludzie nie myślą, ludzie łykają właśnie takie kpiny, wierząc, że osoba wykpiona jest nic nie warta. Karabin zabija tylko raz, a plotka i kpina zabijają przez długi czas. - Odczułeś to? - W minimalnym stopniu, bo nie byłem wystarczająco może nie niebezpieczny co niewygodny. Jesteś wyjątkowo atrakcyjna, samo to wystarczy abyś kiedyś przypomniała sobie naszą rozmowę, obiecuję ci... Hello Flo, jak kondycja? - Spokojnie. Jadę z wami kopać pułapkę. Sorry, że tak zgłupiałam, ale to było takie szybkie, no, rozumiesz, samo przyszło... - Było, właśnie już było i to się liczy, ale co jest największym skarbem z domu Karol? - Wiadomo, mydło i papier toaletowy, nie, April? - Jasne, a ja dostałam majtki, to też... - A myśmy dostali długopisy i dużo papieru do pisania... Czy ktoś mi powie co to znaczy? - Ja wiem... - Słucham cię April. - To znaczy nuda, duża nada, czyli nauka niby jak w szkole... - Brawo! Za to masz celująco, a co do nudy? Co myślisz, Flo? - Że April tylko tak mówi. Ja się cieszę i możemy już zaczynać od jutra! - Nie możemy, - Dlaczego? - Bo szkołę zaczyna się jesienią. - Ale nie wiemy kiedy zaczyna się jesień. Karol miała stary kalendarz. Co ja mówię... Nawet nowy by nic nie dał, bo nie wiemy jaki jest dziś dzień, prawda? - Ja wiem... - April, naprawdę? Jakim cudem ? - Bez cudu. Dziś jest dzień wolny od szkoły... - No, nie... Genialne. Okej, szkołę zaczniemy gdy to drzewo zmieni liście na czerwone, zgoda? - Mark, wymyśliłeś bardzo dobry kalendarz... - A teraz wy wymyślacie i robicie łóżko dla Karol, okej? - Naturalnie, że tak, ale nasza sypialnia jest za mała. - Za mała gdy łóżka nie są połączone. Zrobi się jedno duże a przecież każda z was ma swój materac i pościel. W ten sposób sypialnią, już się powiększyła... - Ale gdy dojdą zapasy drewna na opał... - Tym razem nasza sypialnia zmieni się w korytarzyk, wiec nie widzę problemu, a Karol tej nocy już musi mieć swoje łóżko. Do roboty! No i powiększyła ci się rodzinka. Masz teraz cygański tabor gdybyś zdecydował ruszyć w drogę. Trzymaj kciuki za swój mózg żeby ci go pięć bab nie ugotowało... Żebyś jeszcze coś z nich miał jak normalny facet, a tak to albo za młode, albo jak Kristi myślami w obłokach, albo żona własna... Dobrze, że trzeba się spieszyć z pułapką. Oby się nie przydała... Gdy ot, tak sobie kopnął duża szyszkę, jakby kopał piłkę Karol krzyknęła, że właśnie tak się strzela gole... To był mały szok. Tu, w pustkowi 15 letnia Kanadyjka chwali ułożenie stopy tak, aby piłka nie wzniosła się do góry, lecz płasko wpadła do bramki? Przesłyszało ci się? Nie... Karol okazała się nie tylko miłośniczka piłki nożnej ale zawodniczka w okręgowej lidze juniorek. No, nie... Chyba tam u góry ktoś ci sprzyja... Zaczęły się rozmowy o ulubionym sporcie obojga, ale... Karol była produktem typowej głupoty trenerów nakazujących takie nonsensy jak podawanie piłki do bramkarza, nawet z połowy przeciwnika i granie wszerz boiska... - Przecież czasem trzeba podać do bramkarza, to uspokaja naszą grę i pozwala ją zorganizować, czyż nie? - Dziewczyno, po stokroć nie! Jesteście na połowie przeciwnika, to on musi się organizować, a wy pomagacie mu właśnie taką głupotą jak podawanie do waszego bramkarza... - Więc co powinno się robić? - Karol, jeżeli potrafisz kopnąć na odległość prawie 45 metrów do swego bramkarza to kopnij na bramkę przeciwnika, ale twój trener ma własna „koncepcję gry”... Mecze wygrywa się nie obroną, bo broni się słabszy. Mecze wygrywa się atakiem i strzelaniem goli. Opowiem ci coś... W 1983 roku, w Los Angeles dałem się namówić na trenowanie trzeciej dywizji chłopców, czyli od 12 do 14 lat w AYSO. Było dwóch trenerów. Zaproponowałem, że pierwsze mecze poprowadzę ja. Moje uwagi były proste. Już wiesz, że zabroniłem podać do tyłu, ale to nie wystarczy, by wygrać. Zabroniłem podań od zawodnika do zawodnika gdy nasza, drużyna jest o 20 metrów od bramki przeciwnika. - Jak to, przecież tak się gra... - Oczywiście, bo tak nakazuje „sztab szkoleniowy” oraz głupota trenerów. - Nie mów tak, cały świat tak gra... - Karol, jeżeli dziewięciu durni skacze z dachu na głowę, to czy musisz być dziesiątym? Nie rozumiesz? To bardzo proste i nazywa się – dać bramkarzowi przeciwnika szansę na zrobienie błędu. - Niby jak... - Nie musisz umieć „strzelać”, wystarczy, że z dwudziestu metrów kopniesz na bramką przeciwnika, a przecież potrafisz mocno kopnąć, nawet dużo dalej. Widziałaś jak kopnąłem szyszkę? Lata przyzwyczajenia i wielu goli. Kopiąc trzymasz głowę nisko, a ciało ponad, a nie za piłką! To gwarantuję, że piłka nie poleci „w gwiazdy”... - Czy wygrywaliście? - Pierwsze trzy mecze: 4:0, 4:1, 5:0. - Super! A co potem? - Potem rodzice wymyślili aby mnie zdjęto z trenera. Szok? Widzisz... Nie wiedziałem, że AYSO ma zasady: Nie liczy się wynik, ale sama gra i każdy, absolutnie każdy w drużynie musi grać. Wygrywaliśmy bo posadziłem na ławce takich co przeszkadzali w treningach, wygłupiali się, wieszali na bramce, popijali kolę, jedli kanapki. Powiedziałem, że jeżeli nie trenujesz, to nie grasz. Siedzieli cicho, ale wreszcie poskarżyli się, choć rodzice bez tego widzieli, że ich synkowie nie grają. Od słowa do słowa powiedziałem im, że wychowują kaleki sprzeczne z amerykańska zasada - bez pracy nie ma chleba, a konkurencja jest zdrowym zjawiskiem. Dodałem, że mogą pocałować mnie w dupę. - A oni, znaczy rodzice? - Postarali się, bym już nigdy nikogo nie trenował. - A co z drużyna? Wygrywała? - Dostawała w dupę, remisowała, chociaż rodzice darli gardła dopingując. Co za bzdura i gówno z mózgów, sorry, Karol... - Jest okej, spokojnie, rozumiem. - Ci durnie chcieli by drużyna wygrywała, ale nie chcieli aby grali tylko ci co chcą trenować, pocić się, męczyć, bo bez tego nie można wygrać. - Chyba, że zamiast podawania ja do ciebie a ty do mnie kopie się już z 20 metrów na bramkę. A można z trzydziestu? - Oczywiście, bramkarz będzie zaskoczony, zwłaszcza gdy wyjdzie za daleko. - Teraz to już chcę wrócić do tego co było, a ty będziesz nas trenował... - Sorry, Karol, za długo mieszkałem w klimacie bez zimy. Jeżeli, a jest to ogromne jeżeli wrócimy do tego co poza twoim miasteczkiem, to Kasia i ja chcemy wrócić do domu,do Arizony. Ty masz rodzinę w Vancouver. - Ojciec mówił, że już nie ma Vancouver... Może wiec już nie mam cioci. Jeżeli tak jest, to wy nie macie Arizony, prawda? - Na to wygląda. Ale, ziemia jest, słońce też, a gdy przez prawie cały rok nie musisz ogrzewać domu... - Czy to się nie znudzi, ciągle to samo? - Ciepło nigdy się nie znudzi... A że to samo? Dziewczyno... Dwie godziny samochodem od naszego Tucson masz taki las jak tutaj, jeszcze bliżej masz góry takie wysokie jak tutaj... - Ale nie ma jezior... - Dwie godziny od Tucson jest jezioro w rezerwacie Indian Apache san Carlos większe od tego gdzie teraz łowimy ryby. Czyste, że możesz wodę pić. - Nie może tak być, przecież dookoła są jakieś miasta, ścieki... - Dookoła jest pustka nie tylko bez miast ale nawet bez rolnictwa. A jezioro ma i ptactwo i trzciny i indiańskie krowy pasące się cały rok i kojoty... - Powiedziałeś trzciny? Kasia narzekała, że nie macie jarzyn, zieleniny i mówisz, że jest tu jezioro? - Przecież powiedziałem, co z tego. - Jezioro ma to o czym mówi Kasia. Dolne pędy trzcin są słodkie, duże i soczyste. A gdy wyschną to są jak suszone warzywa. Mama mówiła,że mogą zastąpić kapustę. Mogę wam pokazać jak to się je, chcesz? - Biegnij z tym do Kasi, wyściska cię. Czy panienki skończyły łóżko? - Dla mnie? Dlaczego nic nie mówiłeś! Mój ojciec twierdził, że urodziłam się aby być stolarzem... Ale opowiadaj dalej... A kwiaty, czy są tam kwiaty? - Gdy w grudniu i styczniu spadnie dużo deszczu, to już w pierwszych dniach marca przez nikogo nie zasiane kwiaty pokrywają otwarte przestrzenie, aż po horyzont. Złote i żółte maki, niebiesko fioletowe łubiny i bordowa szałwia. Bywa, że są wysokie tak, że małe dzieci w nich nikną... - Opowiedziałeś mi sen, piękny sen, prawda, Mark? - Tak, Karol, opowiedziałem ci piękny sen. - Chce być w nim... Czy można tak? - Jeżeli mocno chcesz, to pomyśl o kwiatach, ale tak, że reszta świata zniknie, pomyśl aż do bólu... - Kwiaty, mamy ich tu tak mało i żyją tak krótko... A czy myślisz, że we śnie spotkam was, Kasie i ciebie? - Przecież wiesz, że we śnie wszystko jest możliwe... Mijały dni, dziewczyny odkryły ogromną polanę czarnych jagód. Dała aż piec pełnych wiader. Kristi powiedziała, że mają nie tylko świeże i suszone na zimę, ale naturalną aspirynę. Las dawał jego mieszkańcom wszystko czego potrzebowali do życia. Prosił jedynie by go szanować. Może to dobrze, że zachłanny głupi człowiek niszczył las, bo już przekonał się co to znaczy, ale chciwość jest silniejsza i dopiero uderzenie „między oczy” może kiedyś otworzyć je, zaślepione widokiem zysków. Czyż niszczenie, wypalanie, wyrąbywanie lasu nie równa się ślepocie i głupocie wysysania krwi z własnego palca by zaspokoić głód?... Obrońcy lasów, kąśliwe owady, jadowite węże, bagna, arktyczne mrozy, całe to bractwo jest coraz słabsze i musi ustępować żelazu maszyn i może cichemu ale jakże potężnemu szelestowi banknotów... Normalni, uczciwi ludzie już wiele lat temu alarmowali amerykański społeczeństwo, że aby zaspokoić apetyty grubych dup na więcej hamburgerów, to każdego dnia las nad Amazonką traci powierzchnię równą wielkości boiska futbolowego... Czy to przekonywało? Czy coś przekona coraz grubszy brzuch?... A ten las, las ich domu, jaki będzie jego los gdy wszechobecna Centrala i tutaj usłyszy nie szum granatowych świerków ale szelest banknotów i dźwięk złota... Ile ten las ma lat od wyroku... Nie zastanawiaj się, słuchaj Kasi gdy mówi, że trzeba cieszyć się, cieszyć każdym dniem. Jutro? Może będziesz miał jeszcze piękniejszy sen, a przecież już dziś chcą być w nim młodzi... To oni pozwolą na dalsze sny, więc żyj dniem, każdym od nowa... Przybycie Karol zaraz poprawiło „stolarkę” dodatków do domu. Pomogła heblarka, którą przywieźli z jej domu i Karol wymieniała prymitywne okrąglaki w proste deski. - Mark, Kasia, dziewczyny... Jeżeli wszyscy dołożymy sił, to przed zimą dobudujemy pokój do małej sypialni, co wy na to? - Dasz radę? To znaczy myślisz, że damy radę? A co z ogrzewaniem, nie mamy przedłużenia do rury. - Nie trzeba. Nie będzie drzwi a pokoik zrobimy talko na moje łóżko i trochę miejsca na szafkę. Właśnie. Muszą być szafki a nie składanie ubrań w piramidy. Uszczelni się i taki pokoik, duża wnęka właściwie, będzie ciepły. No? Ruszamy? - Ile mamy czasu przed pierwszymi mrozami? - Liście ciągle są soczyście zielone, złamane dają sok, to znaczy, że do jesieni jest daleko nie mówiąc o śniegu. Urodziłam się tu więc wiem. - Jak duży planujesz? - Najwyżej trzy na trzy metry. Na mała sypialnię i szafkę aż za dużo. Nie muszę mieć okna. Wystarczy światło od ich pokoju. - Karol, a jeżeli opuścimy ten dom na wiosnę, czy warto? - Warto chociażby dlatego, że po pierwsze nic pewnego z opuszczeniem, prawda? A po drugie lubię coś robić. Flo, czy powiedziałaś, że znalazłyście dużo czarnych jagód? - Tak, bo co? - Bo to jest "bardzo dziwne. Jest dużo za wcześnie na jagody. To prawda, że lato jest bardzo, nawet wyjątkowo ciepłe, ale jagody maja własny kalendarz, wiem, bo od dziecka zbierałam. - Więc co to może znaczyć? - Pamiętam co mówił ojciec... Gdy las się śpieszy, to będzie szybka i ostra zima. Jeżeli mamy dobudować i poprawić te „tuneliki” to już robimy... - Trzeba wykopać nową pułapkę.... - Mark, albo albo, ja uważam, że Karol ma rację. Nie sądzę byśmy mieli wizytę takich jak ci czterej. - Można robić jedno i drugie. Karol dasz sobie rade bez mojej pomocy? Razem zetniemy drzewa, pomogę_ przynieść budulec... - Jeżeli zostawisz Kristi i Kasię, to nie ma sprawy. Damy radę na ten czas. A ile ci zajmie? - Gdy trafimy na miękkie miejsce, to z pomocą Flo i April zrobimy w jeden dzień, chcę tym razem wykopać głębiej tak by samochód zarył się do połowy. - Zapomniałam... W warsztacie jest piła na benzynę. Dobra,szwedzka piła. W piwnicy są nasiona kopru i cebulki cebuli, takiej wcześniej, to moja wina, że nie powiedziałam o tym. - Byłaś w szoku, ale mieliśmy nie wracać do twego domu, chyba że znowu nocami bez świateł. - Marek... Piła to rozumiem, ale nasiona? To mi wygląda na stałe osadnictwo, uprawę roli... - Bez przesady, koper i cebula przydadzą się, tylko gdzie to zasiać... - Obok jeziora jest płasko i bardzo słonecznie, a trawa jest wyższa ode mnie. Może tam? - Flo, czy ty masz odpowiedź na wszystko? - Nie mam, ale chyba każdy lubi cebule, taka podsmażana do kluseczek. - Karol, może jeszcze kartofle? Sadziliście? - Tak, ale z jednego czasem udawało się mieć może trzy i małe, a w dodatku dopiero przed mrozami. Czasem udawała się_ marchew. Jeżeli na tej łące jest jak mówi Flo słońce przez większość dnia, to można marchew prawda Kasiu? - To mi naprawdę wygląda na więcej niż jeszcze jeden rok... Ale,ja powtórzę po Flo... Każdy lubi marchewkę... - Tak oto zostaniemy plemieniem zbieraczy i rolników. - Ja mogę polować... - Nie w tym domu, Karol. Nie w tym domu. Nie umarliśmy z głodu bez mięsa jak do tej pory. Ryby muszą wystarczyć, a doprawione cebulką... - Kasia, rób jakieś żarcie... Wiecie, to jest zupełne popierdolenie zjawisko, kulturalnie to nazywając - Co znowu? - Świat leży w gruzach, grasują bandy morderców, a my zastanawiamy się, nad uprawą marchewki... - A gdy się uda to będziesz jadł? - Każdy... - Więc się nie zastanawiaj tylko za łopatę i przygotuj teren pod uprawę... - Rzekłaś w rzeczy samej królowo tego stadka stworzeń dobrych... - Ja pomogę Markowi! - I ja! - Czasem myślę, że od naszej, słodkiej szczęśliwości postronny obserwator mógłby puścić pawia... Karol, wygląda mi na to, że pojedynczo przesądziłaś sprawę pozostania aż do pierwszych zbiorów. Kristi, zjemy i wieczorem ruszamy po resztę skarbów z domu Karol. Ale po drodze musimy ściąć parę drzew aby ominąć „zakopaną” Toyotę. - Zaraz, zaraz, Marek, czy inni też nie przejadą taka wycinką? - Jasne że tak, dlatego gdy już wykopiemy drugą pułapkę to mając mocną linkę spróbujemy zaciągnąć powalone drzewa jako zaporę. Będzie za ciężko dla ciężarówki i naszych sześciu par rąk? Zetniemy jeszcze jedno tak aby upadło gdzie trzeba. Ale to później, bo mając piłę mechaniczną to będzie jak zabawa. - Mark, w piwnicy pod warsztatem, ojciec jak tylko wysiadła elektrycznego napełnił pięć dwudziestolitrowych kanistrów benzyna. Są też dwa dziesięciolitrowe. Trzy dni pracy piłą to tylko jakieś pięć litrów. - Nie chcę brać więcej niż jedną dwudziestolitrówkę i dziesiątkę bo nie mamy gdzie przechować, a to jest materiał wybuchowy jak wiesz. - Nie masz racji. Radzę zabrać wszystko. Możemy tu wykopać głęboki dół z dala od domu jako „zbiornik”. Lepiej zabrać zanim ktoś inny to zrobi. - Karol masz pięć z plusem. My ruszamy, a wy kopcie „zbiornik”. Znowu, słodko, miło jak w kreskówce dla maluchów... - Mnie taka nudna słodycz nie przeszkadza. Pewno chciałbyś znowu kogoś ustrzelić z kuszy? Pocieszam cię, nie zabraknie takich emocji gdy odjedziemy z tego domu. Wolę, się ciszyć kreskówkami... - Mark, pokażesz mi kiedyś jak pracuje kusza? Słyszałam, że położy nawet niedźwiedzia, czy to prawda? - -Grot „trójka” na dwadzieścia metrów przebije drzwi do waszej sypialni, wystarczy? - To jest lepsze od karabinu, od Kałasza! - Na krótki dystans zdecydowanie tak, a przy tym bezszelestne, bo gdy usłyszysz cichy „bzyk”, to już padasz... - Więc człowiek tak naprawdę, nic nowego nie wymyślił w pojedynczym zabijaniu. Kusza była znana już kiedy, tysiąc lat temu? - Może nie tysiąc, ale masz rację, w pojedynczym zabijaniu nic nowego. - Ale macie temat. Czy nie musicie już jechać?. Ściemnia się... Jagody nie pomyliły się i las rzeczywiście się śpieszył by obdarować swoich obywateli zanim chciwy mróz, zazdrosny, zaborczy zabierze resztki. Dodatkową sypialnię ukończyli w pierwszych płatkach śniegu. Natomiast dodatkową pułapkę postanowili zrobić zaledwie kilka kilometrów od domu. Był to pomysł Kasi, genialny, bo jeżeli następni „goście” wpadną samochodem do dołu, to będą mieli na piechotę do miasteczka ponad 200 kilometrów. Bo chyba nie pójdą do przodują, gdyby nawet, to nie zaskoczą obrońców domu, psy wyczują. A jeżeli wrócą po paru dniach innym samochodem i zechcą ściąć drzewa by objechać dół, to dźwięk pił też dojdzie do domu. Można było wygodnie i ciepło przeczekać zimę, snuć marzenia, plany, śnić... A wszystko w temacie - co dalej... Co zrobią z życiem młodzi. Przecież któregoś dnia ruszą w świat i co dalej, jako kto, każda z nich... - Ja zostanę pisarką... - Flo, to zły, bardzo zły wybór przyszłości, bo nawet nie zawodu. - Dlaczego, przecież są pisarze i chyba nie głodują? - Nie głodują, bo albo mają mądre, praktyczne żony , albo piszą dla przyjemności swojej i paru znajomych. - Nie rozumiem, przecież widziałam książki. - Książka już dawno została skazana na śmierć rękami komputera, ale to nie wszystko, bo książka jest niebezpieczna. - Niebezpieczna? Mark, to nie ma sensu! - Dla władzy ma. Widzisz... Do komputera można włożyć i wyjąć z niego co się chce. Książka jest jak kamień... Można ją rozbić, ale nie zmienić. Gdy niewygodna dla władzy, to musi umrzeć jako rodzaj przekazywania myśli. - Ale ja będę pisała o życiu, takim jak tutaj, w ogóle. - To w ogóle wystarczy aby książka się nie ukazała, bo nawet jeżeli napiszesz o życiu płciowym chrabąszczy, to raz, że zarzucą ci brak pojęcia o temacie, a dwa, że doszukają, się niepoprawności politycznej. Wydawnictwa już dawno są na sznureczkach władzy, a jeżeli wydawały, to tym którzy „zdali egzamin” politycznej poprawności, a przede wszystkim głupoty nikomu nie groźnej. Do tego doszło kolesiostwo oraz metoda o nazwie: Weź durnia. - Metoda o durniu? - Nie, Flo, nie o durniu ale durniem... Władza wybiera jakiegoś durnia o kręgosłupie jak chorągiewka na wietrze i bardzo posłusznego. Metoda małych kroczków lansowania go medialnie i kabaretowe robi z niego rozpoznawalną postać. To etap pierwszy. Drugi zaczyna się od momentu gdy dureń wypowiada opinie uznane jako wzorcowe, autorytatywne. Może to być w każdej dziedzinie sztuki. Społeczeństwo przyzwyczaja się do tego, że jeżeli dureń coś pochwali, to oznacza wartość, a gdy zdołuje to wiadomo, gówno warte. Jak do tej pory nadążasz? - Tak, ale to straszne. - Nie dla władzy. Dla naiwnych, którym wydaje się, że sam talent wystarczy jest odstraszające. Właśnie o to chodzi. Etap trzeci następuje gdy dureń jest ostateczną wyrocznią. Wówczas mamy zjawisko metodą - Weź durnia i zrób z niego gwiazdę. Taka będzie gasić inne, wschodzące i zapalać te, które wybiera władza. - Ale jakieś będą i nie rozumiem gdzie w tym jest sens. - Jest w likwidowaniu prawdziwych talentów, przywódców, ludzi o silnej indywidualności, bo tacy są niebezpieczni dla miernoty. Miernota jest niegroźna. Miernota słucha durnia a celem jest zdołowanie, ogłupienie społeczeństwa, bo takie społeczeństwo jest łatwo prowadzić do jednej zagrody, jak bydło. - Ale tak nie było! - Było, tylko ty i twoi rówieśnicy tego nie dostrzegaliście i nieświadomie imitowaliście takich mniejszych durni. - Jak to? - A kto wprowadził abnegactwo w ubieraniu się, niechlujstwo, bo właśnie tak ubierali się wasi idole sceny, tak zwani piosenkarze... - Dlaczego tak zwani? - A czy ważne były dla ciebie słowa tekstów i czy rozumiałaś gdy hałas wzmacniaczy zagłuszał wszystko? A czy twoi koledzy nie ubierali się też niechlujnie w sprane podkoszulki, dziurawe dżinsy. A czy nawet ci idole, najwięksi nie zakładali adidasów do garniturów? To wszystko by zlikwidować prawdziwe wartości nazywane klasa, by wszyscy byli podobni... - Więc nie zostanę pisarką? - Tego nie powiedziałem, sama się przekonasz. - Kiedyś pisałam wiersze... Nauczycielka nawet pochwaliła... - Bo nauczycielka nie była właściwie doszkolona. - Jak to, ukończyła studia! - To nie miało znaczenia. Na pewno pisałaś wiersze tak jak czułaś, a nawet były w nich rymy? - Oczywiście, przecież poezja ma rymy musi być inna od prozy! - Nie, Flo, nie dziś. Gdy ktoś pisze sercem a rymy same się piszą, to ma talent, jest inny, rozumiesz inny! A inny to niebezpieczny, dlatego też małymi kroczkami zabito poezje, wprowadzając metodą weź durnia pisanie niby poezji, ale właściwie prozy tyle, że nie od lewej do prawej ale od góry do dołu by wyglądała jak wiersz... W ten sposób każdy mógł być poeta i o to chodziło, każdy. Czyli nikt nie był inny, a dureń decydował kto jest kto. - Tak było w świecie, którego już nie ma... - Właśnie dlatego zabito go aby dokończyć metodę weź durnia, aby już nie było... innych, aby wszyscy byli tacy sami. - To do tego mamy wracać?! To ja już wole las! Tutaj nikt mi nie będzie dyktował jaką mam być... - Na razie tak, ale gdy tu zostaniesz, to przyjdą do ciebie. Zajmie to trochę czasu, ale przyjadą. Przeczeszą każdy krzak i żadna pułapka ich nie powstrzyma. - Więc kim mam zostać? - To nie jest dla mnie do myślenia, nawet nie wiem co ci doradzić. Jedno przemawia przeciwko tobie, a Kasia ma taki sam problem, jesteś wrażliwa. - Ale to nie jest złe! - Dla ciebie jest. Wrażliwi jako pierwsi dostają i po dupie i po sercu, a gdy nie daj Boże piszą wiersze... - Nie kpij. - Daleko mi do tego. Trochę życia poznałem, ale kim ty masz być? Na pewno sobą, to jest najważniejsze, a z zawodu? Czy nie za wcześnie? - My już w szkole mieliśmy taką zabawę - kim zostanę... - I zostałaś? - Sędzią, tylko nie krytykuj... Chciałam sądzić złych ludzi. - Bardzo piękne, nie krytykuje i może to jest myśl. Skoro prawo, to czy nie lepiej prokuratorem? - Ale on nie sądzi. - Dosłownie nie, lecz przesądza... - Co to znaczy. - Dając sędziemu dowody winy złego człowieka pomaga wydać wyrok skazujący. Oczywiście ma przeciwko sobie adwokatów, a to są i hieny i papugi. - Ojciec koleżanki jest adwokatem, a wcale nie był taki. - Nie mam pretensji do Boga, że stworzył taką a nie inna dietę dla hien, a te bywają bardzo miłe, jak psy, gdy z człowiekiem. - No widzisz. - Ale gdy adwokat broni kogoś kto w przeszłości był skazany za gwałty, morderstwa za okrucieństwo zwłaszcza wobec bezbronnych, a broni go, bo rodzina zwyrodnialca ma pieniądze, to powinien za karę przynajmniej cześć wyroku siedzieć pod celą razem z kryminalistą. W świecie, który nas czeka kryminaliści będą mieli mniejsze wyroki niż uczciwi ludzie, ale niewygodni dla władzy. Adwokat pomoże kryminaliście, ale władza uczyni adwokata zbędnym, gdy będzie chciała ukarać, a nawet zabić kogoś kto ma odwagą nie tylko samodzielnie myśleć, ale mówić. - Jak można ukarać kogoś za mydlenie, to nie ma sensu... - Mylisz się, ma, ogromny i nazywa się prewencją w makabrycznym znaczeniu. Widzisz... Na pewno słyszałaś o komunizmie? - No wiesz... - Sorry, więc w dawnym Związku Radzieckim władza karała za myślenie. Człowiek władzy podchodził do zwyczajnego człowieka i mówił: -Źle myślisz... Gdy ten, zaskoczony wyrażał zdziwienie pytając jak ktoś może wiedzieć co on myśli, to usłyszał, że władza wie lepiej i z artykuł 58 otrzymywał normalkę, czyli 10 lat wiezienia. WŁADZA WIE LEPIEJ, ZAWSZE I WSZĘDZIE, A GDY DEMOKRATYCZNA, TO PO PROSTU ŁADNIEJ O TYM MÓWI... - Nie chcę wracać do takiego świata! - Nie będzie innego i zaczynamy się powtarzać. A czy wiesz kim chce zostać April? Oczywiście gdy już naje się chłopakami. Co z nią jest, że tak lubi seks?! - To wina Lori, myślę, że April już nie jest dziewicą... Czy to coś złego, że nie jest? - To tylko jej sprawa, skoro jej jest z tym dobrze, a wie o wenerycznych chorobach i ciąży, to nie mamy o czym mówić, wiec? - Marzy aby projektować najmodniejsze ciuchy, mieć własną pracownię i ubierać modelki, siebie też, ale uważa, że jest za niska aby modelować. - Może modelować kosmetyki, jest bardzo ładna. - A ja to co?! - Jesteś inna, ona ma seks wypisany na twarzy i faceci, a nie kobiety będą kupować większość kosmetyków... - Faceci? - Tak, bo zapatrzeni w April będą kupować dla żon i kochanek... Tak to pracuje... Kristi oczywiście zostanie lekarzem, prawda? - Jasne, chce być specjalistą od chirurgii dziecięcej i onkologii. Co to takiego, to drugie. - Leczenie nowotworów. Ciekawe o jakiej przyszłości myśli Karol. Ma niesamowicie sprawne ręce... Za wcześnie jednak na taką rozmowę. Tak stracić rodziców, tak okrutnie. Nie dziwię się, że chciała abym tylko postrzelił mordercę... Ale ,ale... Czy zauważyłaś, że liście tak pięknie się zaczerwieniły? - Myślałyśmy, że ty nie zauważasz... Więc czas na szkołę? - Najwyższy. Musicie w jakiś sposób dogonić. Ale spokojnie, wasi rówieśnicy nie odskoczyli za daleko jeżeli w ogóle. Przecież oni też mieli przerwę. Może teraz, jeżeli świat w jakiś sposób wrócił do normy, mówię w jakiś sposób, to chyba szkoły już funkcjonują. Muszą, skoro Centrala chce wychować najmłodszych. Współczuję wam, tobie, April, no wiesz, wam. - A ja i tak będę myślała samodzielnie, nauczyłam się od ciebie. - To moja wina i nie zrozum mnie źle, ale dałem ci zupełnie niepotrzebne wiadomości, szkodliwe wręcz. Nie pomogą ci nawet zwyczajnie zarabiać na chleb, gdy okaże się, że źle myślisz... - No widzisz? Znowu przypominasz. Nie przestraszysz się?... - Co?! Dlaczego? Co się stało? - Nie będziesz się śmiał? - To już lepiej... - Czy mogę zostać z wami, z Kasia, z tobą. i psami? Powiedz coś... - Czy to jest decyzja czy pytanie? - Mark! To nie jest odpowiedz! - Czy pomyślałaś, że rodzice, brat nie zginęli, że żyją i co wtedy. - Nie żyją, czuję to, wiem to... Miałam potworny sen... - To nie wystarczy. - Może nie, ale nie raz słyszałam wasze rozmowy, Kasi z tobą. Tamten policjant powiedział wam, że Vancouver dostał uderzenie zarazą. W mieście ludzie zarażają się szybko, a w hinduskich i chińskich dzielnicach jest zawsze tłoczno nie tylko turystami. Ale nie musisz już teraz odpowiedzieć. - Mogę już teraz i nawet za Kasie. Jeżeli zechcesz męczyć się z nami, gdziekolwiek będziemy... A Kristi, April, co planują? - Jeszcze o tym nie myślą, w każdym razie nie rozmawiałyśmy. Jednak czuję, że April chce być niezależna. Coś ci powiem tylko przysięgnij, że nie powtórzysz! Kiedyś powiedziała, że nie boi się być sama, bo jej koleżanka żyła na ulicy i miała piękne ciuchy. - Czy rozumiesz co to znaczy? Czy ona rozumie? - Tylko powtórzyłam, ale czy to znaczy, że tamta koleżanka,no wiesz, - Dokładnie tak. Ulica za darmo nie ubiera nawet w byle jakie ciuchy. Czy uważasz,że April mogła by tak? - Na pewno nie! To wiem na maksa. Ona marzy aby się zakochać, ale tak bogato. - Taaak... April nie zginie, z pewnością nie. Mała Flo, boi się czegoś o czym nie ma pojęcia. A on, czy nie boi się? Z głodnego, chorego dzieciństwa na Syberii pozostał strach niepewności, ale nie tej, o której mówi się, że jest niepewnością jutra. Strach braku domu. Braku czegoś pewnego, solidnego jak ten las, ten przecież cudzy dom... Dzieciństwa już po powrocie z Syberii i życia z pijanym ojcem bijącym matkę i jego ,a poskarżyć się nie było komu. Ojciec pił wódkę z władzami, dawał darmowe bilety do teatru, który zbudował... Podobno przyjaźń łączy ludzi, ale wspólnie pita wódka nie mniej... Dom... Tyle razy śnił, że zgubił się na dworcu kolejowym, że jego pociąg już odjechał... Że pomylił perony i kierunki odjazdu... Wracał w snach do miejsc gdzie kiedyś mieszkał i szukał swego nazwiska, ale miejsce było ciemne, zimne, nazwiska nie było, lub przekręcone niby jego ale nie jego... Tyle snów, że stracił pracę, bo nie zna matematyki, że czeka go bezrobocie, bo koledzy przeszli do następnej klasy, ale on został i nie nadaje się nawet do łopaty, a przecież był silny, lecz słyszał w kilku językach którymi nie mówił... Nic nie umiesz... Miał szczęście spotkać człowieka, bez którego zostałby chyba bezdomnym. Kasia jak mogła, a przecież nie miała łatwo w początkach Nowego Światu trzymała dom, wspierała, a nie był łatwy do życia... Czy kiedyś ten kto podobno stworzył ten świat potraktuje tak samo tych, którzy rozbili rodziny, zamordowali dla własnej chwały i potrzeby? Czy wystarczy gdy w ostatniej chwili ukorzą się aby uzyskać te same prawa jak ci, którzy nikomu żadnej krzywdy nie wyrządzili. Czyż nie tak głoszą urzędnicy zwani kapłanami, gdy słodzą o Twoim nieskończenie wielkim miłosierdziu? Dla każdego? Dla najokrutniejszych zwyrodnialców i zbrodniarzy? Chyba wierzysz w sprawiedliwość dla sprawiedliwych, Sędzio najwyższy... Od paru dni Flo chodziła z miną jakby chciała rozwiązać zagadkę istnienia świata. - Well, young lady, co jest grane... Elektryczność i koło już są wymyślone ... - Tylko się nie śmiej... Dlaczego wszyscy uważają, że Chrystus był Żydem? - To ma być coś śmiesznego? A dlaczego? A dlaczego mają, myśleć inaczej skoro od zarania ludzkości nawet Kościół tak mówi, więc co dopiero przeciętni ludzie, prawda? - Ale ty tak nie myślisz. - Powiem ci w skrócie dlaczego tak nie myślę. Skoro Chrystus jest synem Boga, a więc również Bogiem, to Bóg nie może być Żydem, Meksykaninem, Eskimosem, Polakiem czy Francuzem, bo nie może być żadnym z nich i słuchaj uważnie: Musi być KAŻDYM z nich, jako Bóg. Dotarło? - Ale numer! Jasne, że tak, ale dlaczego... - Bo Żydom jest na rękę mówić chrześcijanom - daliśmy wam Boga, to bądźcie wdzięczni, przynajmniej tyle... - To jest wiesz jaka odpowiedz? Domyślasz się? Tak, taka abym się odczepiła, a przecież wiesz coś więcej... - Widzisz... Jedyne zapiski z okresu gdy żył Chrystus, a był postacią historyczną i co do tego nie ma wątpliwości, pochodziły od Greków. Oni nie byli zaangażowani religijnie czy uczuciowo i obiektywnie zapisywali nadzwyczajne poczynania Chrystusa, ale i tu mam dla ciebie niespodziankę... Jest sześć lat białej plamy w życiu Chrystusa. Cztery przed Jego narodzeniem i dwa po. Jeszcze coś, a nie wiem po co ci to ładują do głowy... Chrystus żył na terenie władzy rzymskiej w prowincji Judea. Rzymianie z metodyczną dokładnością notowali narodziny każdego noworodka płci męskiej. - Dlaczego tylko męskiej, to jest niesprawiedliwe, bo kobiety... - Spokojnie, co kobiety to wiemy, a dla Rzymian każdy chłopiec był i płatnikiem podatków i potencjalnym wrogiem władzy cesarza, dlatego. W zapiskach rzymskich nie ma żadnej wzmianki o noworodku z rodziców Józefa i Marii. Ci, a jedynie domniemani rodzice Chrystusa udali się do Jerozolimy, gdzie Józef musiał zapłacić podatki, a również był postacią historyczną. Jak to się stało, że zatrzymali się w mieścinie Betlejem pozostaje i pozostanie tajemnica Boga, bo samo poczęcie czyli ciąża żony Józefa też jest nie z tej ziemi. Skoro Maria była żoną Józefa, to niby dlaczego miała być dziewica, prawda? Ważne jest to w co wierzą chrześcijanie. Żydostwo Chrystusa, to rezultat powtarzanych wierzeń, które gdy powstawały kolejne ewangelie NIGDY nie określały Chrystusa jako Żyda, jedynie jako Galilejczyka, a wiec pochodzącego z Galilei, gdzie mieszkali nie tylko Izraelici, kumasz? Jak dotąd? Współcześni Chrystusowi Grecy odnotowywali Jego cudowne dotknięcia chorych, ale również to, że NIE mówił po hebrajsku, a jako izraelita powinien. Biedna Flo, po cholerę ja ci to wciskam do głowy, sorry... - Nie żadne sorry! Nie chce być głupsza od przeciętnych, chyba to rozumiesz? Sam nie jesteś taki, wiec rozumiesz. - Tak Flo i oby ci to kiedyś nie zaszkodziło tak jak pływanie prąd... Czy myślisz, że już czas sprawdzić nasze uprawy? Jak to dobrze, że zjawiła się Karol z cebulą i marchewką... Może mieszkańcy lasu uszanują i nie zerwą jako pierwsi. Nie widział zajęcy, a dla saren to nie była jakaś pokusa. Kasia oczywiście nie będzie zrywać... Kiedyś, w kolejnym domu ich życia mieli ogród z wyjątkowo żyzna ziemią i koper zasiany przez ptaki wyrósł na ponad metr, ale Kasia kupowała koper w sklepie. Teraz są dziewczyny i będzie podsmażana cebulka... Wrócił obraz Tucson... Czy ciągle ich Tucson. Naturalnie, że wasz przecież zaczęliście od kawałka pustyni, na której wyrósł wasz dom, a wy wrośliście w jego ziemię. Jest wasza. |

