| Rozdział XIX "WSZYSTKO MOŻE BYŹ MOŻLIWE?" |
| Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz | |
| 08.08.2010. | |
WSZYSTKO MOŻE BYŹ MOŻLIWE?Lubił sam zapuścić się w las i słyszeć szepty zieleni. Rozmowy z dziewczynami powtarzały się, był już zmęczony rysowaniem .pocieszających planów i o wiele za wcześnie, jak na umysły dziewcząt gdybaniem, co będzie jeżeli będzie. A przecież wszystko może okazać się możliwe. To najgorsze i to kiedyś normalne co też nie znaczy, że dobre... Wchodził w coraz gęstsze zarośla tych obłudnie pachnących krzewów. Usłyszał jakby śmiech, płacz może, cichy. Stanął ale cisza. Chyba to zmęczenie, może odprężenie. Zrobił jeszcze kilka kroków i poczuł ból. Zemdlał. Gdy oprzytomniał zobaczył ohydę sceny. Jeden z nagusów wysłanych do miasteczka trzymał April za biodra od tyłu... Dziewczyna krótkimi spazmami pokrzykiwała, gdy typ penetrował ją... Wreszcie puścił. April upadła, drgała jakiś czas i półprzytomnymi oczyma spojrzała na Marka. Nie wierzył, to nie mogło być, ale głos April, zimny, wyraźny... - Co się tak gapisz, zazdrościsz ty stary durniu. Mogłeś mieć to samo ale udawałeś ślepego czy co? - No widzisz ty staruchu jak się we mnie zakochała. Pruję ją od paru godzin a ona, że nie wyskakuj, daj jeszcze... Drugi nagus wciskał ostro zakończony długi kij w pierś Marka - Tylko się rusz to przygwożdżę do ziemi. Zaraz zobaczysz jak ona zakocha się we mnie. Ken, ty już się najadałeś, dawaj ją na moje 20 centymetrów... Widzisz? Sama się nastawia, ale ma apetyt. Masz jednak szczęście, że nie spróbowałeś, bo by cię za jebała na śmierć... - April!... - Co April. Zamknij się, przynajmniej oni są facetami. Ale zostanie i dla ciebie, nie bądź zazdrosny... Zaśmiała się i aż jęknęła gdy nagus wszedł w nią. Odwrócił wzrok ale ostrze kija i krótkie warknięcie zmusiło go by patrzył. Próbował zamknąć oczy lecz ból otworzył je. A więc to już koniec, przecież dobiją mnie, ale dlaczego psy ich nie wyczuły... - Coś kombinujesz ty staruchu? Pewno myślisz dlaczego psy nas nie wyczuły? A wyczuły, wyczuły, tyle, że już nic nie wyczują... Czujesz? Ostre? Kamień zaostrzy każdy kij nie gorzej od noża. Prawda, ta suka żyła najdłużej, ale ten żółty był najbardziej zażarty. Teraz to już tylko ścierwo... Zwymiotował i zemdlał. Chyba śnił, że coś mokrego oblewa mu twarz, zatyka oddech. Jak to we śnie, gdy sen jest niby jawa, a jawa snem, myślał przytomnie, że to nie może być deszcz, bo gdy wyszedł z domu słonce grzało roztapiając małe „plewki” chmurek. Widział las, ale jakiś dziwny, czerwony... Aha... widocznie szedłem tak długo i słońce zachodząc maluje drzewa na czerwono zanim zgaśnie purpura. Czy nie czuje się we śnie fizycznego dotyku, zapachu... Coś szarpało go. Aha, widocznie to wilki rozszarpują co ze mnie zostało, tylko dlaczego, przecież nie upadłem... - Marek! Marek! Co się stało?! Gdyby nie Lola i Złotko, to nigdy byśmy cię nie znalazły? - Co? Psy żywe?! A gdzie jest April?! Szukajcie April! - Jestem tutaj, dlaczego mają mnie szukać? - Jak to się stało ,że upadłeś, że byłeś nieprzytomny. Złotko prawie wylizał ci oczy, musiałam go odciągnąć. To psy pomogły ci oprzytomnieć. Ale czy pamiętasz dlaczego zemdlałeś? O Boże! Masz potworny guz z tyłu głowy. Marek, to jest gorzej niż dziwne! - Kasiu, widzisz tą gałąź? Mark chyba przedzierał się przez krzaki, odsunął gałąź tego drzewa i uderzyła go w tył głowy. Czy tak było? - Dziewczyny...Jak było, to nigdy się nie dowiecie, a ja muszę, rozumiecie muszę najszybciej zapomnieć o tym co widziałem niby we śnie, a jak na jawie. - To dlatego pytałeś o April? - Tak, ale to był ohydny sen. Choć tu April... Jak cudnie mieć cię taką jak teraz jesteś, nawet nie masz pojęcia... - Nie mam, a niby jaką mam być? - Wystarczy... Złotko nie przeszkadzaj, Lola odciągnij go bo ja chce uściskać te kochane baby, ale was też... A teraz do domu. A w domu usłyszał zgodny chór, że od teraz nie będzie samotnie wąchał lasu. Lato spieszyło się aby zdążyli zebrać plony... Marchew wyrosła, ale bardzie pasowało określenie przerosła oczekiwania. Cebula i koper były jak miniaturowy las. - Aż żal wyjeżdżać gdy teraz mamy jak w prawdziwym domu. - Przecież jest takim. - No tak, ale teraz brakuje tylko rybek. Złotko już się skarżył, że ma dość wydzielania po kawałeczku suchej. - Chyba o tej porze roku ryby miały tarło, a bestia o mało co a by połknęła Kristi. Jutro jedziemy na rybki. Pod wieczór psy jakimi cudem urwały się, narobiły wrzasku na cały las. Nie były daleko. Do psich wściekłych ujadań dołączało jakby prychanie, stukanie. Marek chwycił karabin, dziewczyny za swoją broń. O jakieś dwa kilometry od domu psy walczyły z ogromną puma, samcem. Walka toczyła się o zabita sarnę, prawdopodobnie upolowaną przez ogromnego kota. Nie ustępował, bił łapami siedząc na zadzie. Widzieli to zanim dobiegli. Psy doskakiwały, a w pewnym momencie, gdy Złotko był o centymetry od pyska pumy Lola wskoczyła na kark. Ryk bólu... Na widok ludzi psy na moment odpuściły, a Lola jakby zawstydzona podbiegła do Kasi. Puma krwawiła na karku widocznie pies zdążył wbić kłów. Jednym skokiem była na drzewie. - Ja nie chcę patrzeć... - Kasiu, musimy coś zrobić, a to jest chcesz czy nie już śmierć tej sarny i mięso dla psów. Tylko jak... to zrobić... - Mark, o czym ty mówisz? Zrobić? Ja po prostu oprawię, tyle razy to robiłam, gdy ojciec ustrzelił jelenia lub taką sarnę, a to jest na pewno czterdzieści kilo mięsa. Skórę i wnętrzności zostawimy pumie, to jest jej zdobycz. - Zostawimy też sporo mięsa i nie ma dyskusji. Dzielnie broniła swojego prawa. - Okej, Kasiu, zrobię jak chcesz. Dziewczyny zetnijcie ze dwie największe gałęzie, będą jak sanie... Rozpalimy duże ogniska, upieczemy, ja zjem, jeżeli wy nie chcecie. - A czy ja mogę? - A ja?... - April i Kristi już teraz zapraszam do stołu. Mięso trzeba będzie pokroić na paski, posolić i uwędzić. Psy będą miały żarcie na kilka tygodni. - Ale jak to się stało, że się urwały... - To moja wina, bawiłam się z psami, a one w pewnym momencie coś jakby usłyszały. Trwało to sekundy, zastygły sztywno i już ich nie było. - Proste, psy, niedźwiedzie mają węch tysiąc razy lepszy od naszego. Wiatr przyniósł zapach i pumy i zabitej sarny. Ojciec nieraz mówił, że niedźwiedź nie dlatego nie zaatakował bo nas nie widział, ale że już na kilka kilometrów wyczuł nas i ocenił, że można zlekceważyć. Ryb nie było i Mark uznał to za znak, że czas opuścić „azyl”. Był i gościnny i syty, a uczynili go bezpiecznym. Teraz wyłoniły się przeszkody, których nie można było pokonać kuszą i karabinem. Jeżeli Flo i Karol mają pojechać do Arizony, to jako kto? Nieletnie turystki? A może porwane obywatelki Kanady... A Marek i Kasia jak będą przyjęci przez straż graniczna, a przede wszystkim jaka ona będzie. Oczekiwał policyjnego państwa, nie mogło być innym, przecież właśnie dlatego ta zaraza, to masowe eliminowanie ludności by stworzyć marzenie dla władzy, nareszcie bez ograniczeń. Podzielił się myślami... - A gdybyśmy udawały takie podebrane po drodze Amerykanki? Macie prawo zabrać nas, udzielić pomocy? - Jeżeli system komputerów jest jeszcze w strzępach, to taki plan jest dobry, ale aż tyle podebranych po drodze? - Flo ma rację, przecież był kataklizm, rodziny ginęły, ale niektórzy ocaleli. - Nie gniewajcie się Kasia i Mark, ale ja zostaje w Vancouver, Kristi też, postanowiłyśmy. Chyba jakiś Vancouver jest. Wynajmiemy mieszkanie . - Za co, April, nie pomyślałaś? - Ja dostany pracę w każdym szpitalu, na pewno brakuje lekarzy i pielęgniarek, więc będą pieniądze. Ja nie mam rodziny, ale może rodzice April żyją, prawda? - Karol, a co ty powiesz policji, władzom. - Już postanowiliśmy, że poderwaliście mnie jako sierotę i to się zgadza. - Nic nie wymyślimy, bo nie wiemy z czym przyjdzie walczyć, ale jedno jest pewne. Zmieniamy amerykańskie tabliczki na te z ciężarówki. Na kanadyjskich będzie łatwiej dojechać do granicy. Nie wyrzucimy naszych i po przekroczeniu granicy założymy amerykańskie. Wiem, że to brzmi jak niedzielna przechadzka po parku... Pierwszy kontakt z policją wystarczy by wiedzieć czego można oczekiwać. Teraz taka sprawa, Flo, jesteśmy twoimi dziadkami i mieszkamy na stałe w Meksyku. Przyjechaliśmy cię odwiedzić bo twoi rodzice wzięli urlop i nie chcieli byś została tylko z bratem. Gdy wybuchła zaraza, to nie zdążyliśmy zabrać nawet dokumentów i skorzystaliśmy z uprzejmości ludzi, którzy wzięli nas do tego vana. Ale, muszę wiedzieć, gdzie mieszkałaś w Vancouver. - W dzielnicy Burnaby, to takie przedmieście, bardzo duże. Podam ulicę, wy nie musicie pamiętać. - Super, to mamy chyba zapięte. Teraz Karol... Najlepiej gdy powiemy prawdę, a jest łatwa do sprawdzenia. Jako sierotę chcemy cię adoptować. - A ja?! Co ze mną?! - Flo, przecież masz rodziców. Nie można myśleć inaczej. Skoro April i Kristi zostają, to też najlepiej będzie gdy powiedzą prawdę. Nie możemy zapomnieć o obozowisku... Nie chciałem poruszać tego tematu. - Cały czas o tym myślimy, przecież wiesz... - Dlatego powiemy i oby było dobrze. - Marek, uważam, że bajer z dziadkami mieszkającymi w Meksyku jest zły. Nie można uważać, że rodzina Flo nie żyje, a co gdy żyje i nie potwierdzi? Przeczucia Flo to za mało, przecież nie wszyscy zginęli. - W takim razie skoro my jesteśmy z USA, to jakim cudem bez samochodu? - To proste, parkowaliśmy przed sklepem i zniknął. Właśnie wtedy zaczęła się zaraza i spotkaliśmy właścicieli tego vana. Dalej nie wiem... - Jest źle, poplączemy się. Już teraz to widzę. Dlatego stawiam na prawdę i w cholerę z kanadyjskimi tabliczkami. Cała reszta jest jak jest. Tak jest i najłatwiej i może najbezpieczniej. Zgoda? Skoro nie ma sprzeciwu, to nadszedł czas by powiedzieć tradycyjne - pokój temu domowi... - Zawsze będą w nim mieszkały nasze dobre duszki, Loli i Złotka też. - Mamy kilka dni na podsuszenie mięsa, gdy będzie gotowe, to ruszamy. - Zabieramy coś z żywności, z zapasów? Tyle zostało... - Wszystko idzie do schowka pod składzikiem. Koce, prześcieradła, kołdry, naczynia, wszystko. Wejście do schowka zabezpieczą gwoździe, tak wbite, że znikną pod deskami. - A broń, amunicja? - Wszystko. Zamykamy dom, również gwoździami zabezpieczamy drzwi i wyjście ze składzika na psi sraczyk... - Nie śmiejcie się, ale mam dużą kluchę w gardle. Tyle razy chciałam stąd odejść, a teraz mi żal... - Kasiu, nikt jak widzisz się nie śmieje, a chyba wszyscy czujemy tak samo. To miejsce jest bardzo ważną częścią naszego życia. Więcej niż ważną, bo jest życiem, gwarancją, że ciągle jesteśmy. Kiedyś, gdy uda się, gdy polityczne normy pozwolą chce tu wrócić, na kilka dni... - Może nawet by już pozostać... Nie mówię o was, wy macie do takich sentymentów bardzo dużo czasu... - Kasia ma rację. Wam nie wolno cofać się do wspomnień, nawet gdy szczęśliwe. - Nie wiem czy mi wolno, ale ja wrócę, razem z wami... - Flo...Obyś zdążyła, a my, obyśmy też zdążyli... - Nonsens, kolega mego dziadka jest od was starszy, a prawie wyczynowo gra w tenisa. Zanim to się stało, rok przed, poderwał dziewczynę w wieku Kristi. Mieli się, pobrać ... - Gdybym był wulgarny to powiedziałbym, że albo ma 20 centymetrów, albo milion razy więcej w banku... - Ale nie jesteś wulgarny, a dziadek ma normalne, to znaczy, Kasiu, ile to jest normalne,no wiesz... - To zależy co dla kogo... A Poważnie? Zapytaj w szkole. Ja słyszałam, że jakieś 16 centymetrów... Ale temat... - A mój dziadek wcale nie jest milionerem, wiec jak to jest, że ona się w nim zakochała? - Spotkasz to zapytasz. Gotowe?... Okazało się, że miasteczko w jeden dzień rozebrało blokadę, że już jest elektryczność i wszystko przynajmniej tutaj wydaje się być bez zmian. Jeszcze raz uściski z panią i panem Adams, błogosławieństwa na drogę jak w słodziku filmowym i w pełnym milczeniu połykali kilometry. Marek chciał przed nocą dojechać do głównej drogi, ale musieli zanocować w Alexis Creek, Zapytani ludzie jakby bali się rozmawiać, unikali odwracając głowy. Brał to na karb ostatnich zmian w ludzkiej psychice, co nie miało sensu, bo właśnie te zmiany powinny spowodować powitanie człowieka jak wodę na pustyni... Coś jest nie tak, ale nie zdradzał się z myślami. Babskie towarzystwo spało, a Złotko pochrapywał. Tak minęła noc. Że coś „jest nie tak” przekonali się zatrzymani przez policyjny radiowóz. Miał nietypowe wyposażenie, bo zwykłą tablicę rozdzielczą zastąpił duży komputer i kilka tajemniczych pudełek. Typowe pytania skąd i dokąd więc już wydawało się, że to zwykła rutyna na drodze, gdy starszy z policjantów przejechał dziwną maszynką, po tyłku Kasi... - Nie wolisz młodsze? Zażartował Mark, ale w tej samej chwili policjant dotknął maszynką jego pośladka. - Odbiło ci?! - Kapralu... Oni nie mają. Przygotuj czipy, a ja uprzedzę Lake Williams. No, panienki, majtki w dół... Kapral Jones „zaobrączkuje was”... Zarechotał obnażając długie, żółte, końskie zęby. Ty też dasz dupy... Klepał się po udach bardzo z siebie zadowolony. - Panowie policjanci! Co się dzieje! Dlaczego dziewczyny maja pokazać pośladki. Przecież jesteście policjantami, a nie zboczeńcami. - Proszą pani, raz, że zboczeńcy wolą chłopców, a one mi na chłopców nie wyglądają... Sorry, to kiepski żart, a poważnie dlaczego? Wszyscy dostaniecie czipy, więc nie pośladki ale tylko lewy pośladek. Pani oczywiście też. Nie wiem czy spadliście z księżyca, ale wszyscy obywatela dla ich bezpieczeństwa mają mikroczipy z połączeniami do centralnego komputera. - Dla ich dobra, oczywiście, prawda? - Oczywiście dla dobra, nas wszystkich w razie gdyby terroryści kogoś porwali. - Poważnie potwierdził starszy z policjantów. - Są jeszcze jacyś terroryści? - Czy kpisz, czy chcesz się dopytać. Nazwisko, data urodzenia, miejsce zamieszkania i to już! - Arizona? Cholera jeszcze nie mamy połączenia z ich komputerem, ale to kwestia dni. Nie radzę ci żartować o terrorystach, życzliwie ci nie radzę. My jesteśmy zwykłe gliny drogowe, ale powiesz coś takiego do gliny w miejcie to dziesięć razy sprawdzą ci nie tylko to czym zakrywasz, ale czy coś w tym nie ukrywasz. Z panią będzie nie inaczej. Musimy być czujni, by nie zaskoczył nas wróg... - Wróg? A kto to jest, bo chyba nie my? - Jeżeli będziesz tak pytał, to jako wróg zostaniesz odizolowany by przejść przez resocjalizację. Jeżeli ci się oczywiście uda. - Oczywiście... Oczywiście... - No widzisz, tak trzymaj. Kapralu skończyliście? - Yes sir, sardż, Yes sir. Mogą jechać? - Dałeś adres gdzie natychmiast maja się stawić w Vancouver? - Yes, sir, sardż... Mawia się, że coś jest jak szok, bo takie błyskawiczne, tak z zaskoczenia. Nie mawia się dokładnie. Szok może przyjść powoli i jeszcze wolniej odejść. - Kurwa do potęgi! Jesteśmy już jak bydło w Teksasie, zaobrączkowani, Kaśka, głęboko ci to „wszył”? - Chyba tak, ale to jest bezbolesne, musi być mikroskopijne. - Ja czuje... - Flo, on nie miał dużego wyboru przy takim pośladku, czyli wcale... Sorry, ale wiele dziewczyn zazdrości ci tak małej pupki, okej? - Nie obraziłam się. Chcę powiedzieć, że prawie czuję tego czipa. Trochę podłubać i wyskoczy? - A w tej samej chwili wskoczy specjalna policja. Zapomniałaś co sierżant powiedział, że usuniecie czipa oznacza terroryzm i natychmiast wizytę specjalnych służb. - Chyba, że usunie się i odjedzie daleko. Więc niby jak maja mnie znaleźć skoro tylko czip ma ich naprowadzić? - Flo ma rację, ale nikt nie odważy się tego zrobić, nikt w mieście, bo niby gdzie ucieknie. - A jednak durnie nie przewidzieli, że ktoś może się odważyć. - Sierżant przewidział, a ty widocznie byłaś w szoku, bo ten kapral dość długo szukał miejsca na pośladku. - W szoku? Spadaj April, chyba jesteś zazdrosna. W twój tyłek wbił to w sekundzie, nic dziwnego, można tam wbić z dziesięć... - Mark i ty się dziwisz, że wreszcie od niej odpocznę? Zaraz, zaraz, Flo, wiesz, że cię kocham, ale rozłąka na jakiś czas dobrze nam zrobi. Tak przynajmniej mówią starsi ludzie niby, że mądrze, prawda Mark? - Prawda jest taka, że czeka nas dużo, dużo więcej w Vancouver. Nie możemy się nie stawić, bo już jesteśmy prowadzeni... Chyba pierwszy raz w życiu nie wiem jak przeskoczyć przeszkodę. Ale,mamy trochę czasu. Ktoś powiedział, że co się odwlecze... - To i tak coś wymyślisz, wierzę w ciebie, prawda Kasiu, że można? - Tyle głów też pomoże, ale chyba widzę Vancouver... Byli w pomieszczeniu przypominającym centralę komputerów. Cholera... Że tego szlag nie trafił... A może właśnie to odbudowano jako priorytet... - Ty, jesteś ojcem czy dziadkiem tej czwórki? A pani? - To sieroty przygarnięte po drodze... - Sieroty? Jesteś jasnowidzem? Tobą zajmiemy się na końcu. Nazwiska... April Akslerod?... Chwileczkę, sorry, nie ma Priscili i Davida Akslerod na liście zabitych. Zaraz, zaraz... Żyją. Spokój! Tu się nie płacze! Chcesz przeszkadzać to rób to w sraczyku. Zrozumiałe?! - Czy ty jesteś jak ten komputer? Przecież dziewczyna płacze ze szczęścia! - Obyś ty nie musiał... Flo McGregor...Ojciec Jan matka Mary, brat Alex, zgadza się? Tak? Nie żyją. Nie płaczesz? Zostaniesz odesłana do domu opieki, Cisza! - Kristi Fulerton. Nie przerywaj... - Chcę powiedzieć, że nie mam rodziców tylko ciotkę Ann... - Zgadza się, ale ona nie żyje. Jesteś prawie lekarzem? Jesteś jak prawdziwy skarb. Witamy. Zaraz ktoś przy jedzie, Ogromnie się cieszę... Karol Jenkins... Powiedziałaś,że bandyci zamordowali rodziców, a co z bandytami, jak dawno? - Przeszło rok temu, sprawdzicie w moim miasteczku u Adams przy Maine 45. Co z bandytami? A ja wiem? Odjechali. Mnie udało się uciec i oni mnie ukrywali. - Teraz wy. Ukrywaliście gdzie i kogo? W tym parku?! Czy masz mnie za durnia? Źle zaczynasz, po prostu bardzo źle, prawdę i tak znajdziemy. - On nie kłamie. W parku są kabiny, przecież wiesz jak to jest. Znaleźli dużą, mieli kuszę więc mieli mięso, a psy pilnowały przed bandytami. Dal i mi dom. Chcę być z nimi rodziną. - Wiesz co możesz chcieć? Powiem ci wprost - możesz chcieć zrobić w majtki i tyle. Jesteś własnością, sorry, skarbem jako małolata. Będziesz naszą przyszłością po odpowiednim resocjalizowaniu bo zdziczałaś tak jak wy wszyscy. Zrozumiałaś? Świetnie. Teraz psy... Tą sukę musimy uśpić. Nie wolno mieć takich psów, są aspołeczne. Pojedziecie z nią... Właśnie, ty, April, to niedaleko od twego domu, zaprowadzisz i tam jest miejsce gdzie usypia się takie psy, zresztą kilka innych ras też .Pamiętajcie, że cały czas jesteście monitorowani, a na każdym rogu są skanery do czipów, więc wy, starzy tylko bez głupich, starych przyzwyczajeniem, zrozumiano? - Ależ oczywiście, a dla naszego dobra... Urzędnik szeroko otworzył oczy i jeszcze szerzej usta... - O... czy byłeś w amerykańskich służbach? - Naturalnie, że tak, kolego... - Witam, witam, ale trochę się zmieniło od tego czasu, na lepsze oczywiście. - Oczywiście. - Więc jestem spokojny. Zdajesz sobie sprawę, sorry, że przypominam, że te dwie muszą zostać w Kanadzie, są narodowym skarbem. - Tak było i upas. Przecież to na nich zbudujemy prawdziwy porządek. Ja już odszedłem na emeryturę po dwudziestu latach służby, ale one to przyszłość twoich dzieci, bo ty też niedługo na rybki? - A wiesz jakie tu pstrągi? łowisz na muchę czy na błysk? - Tylko na żywca, zawsze... - Niedaleko jest dobra knajpa. Odwieźcie tą sukę, a gdy wrócicie, to ja stawiam obiad. Miło powitać kogoś bliskiego. Czekam. Dziewczyny rozmieścimy gdy wrócicie. Pojecie grobowa cisza bardzo dotyczy żywych. - Nie to, że chcę rozładować atmosferą, a tak się głupawo mówi, ale czy zaważyłyście, że ludzie nie mają telefonów komórkowych? Pamiętacie, że kiedyś każdy szedł z przyklejonym do ucha... - Mark, przecież powinieneś wiedzieć, że już wtedy namierzano nas przez komórki. Nie musiałeś rozmawiać, wystarczy że miałeś przy sobie. - Nonsens, gdy była wyłączona... - Nie nonsens. Czip w komórce działał cały czas. Teraz widocznie jak ty mówisz - Centrala ma lepsze metody monitorowania. Czy myślicie, że on, no ten niby Kolega Marka słyszy naszą rozmowę? - Nie sądzę, chyba, że te czipy jak komórki z mikrofonem... - Nawet jeżeli są, to wyobraźcie sobie ile pracy zajmuje nasłuchiwanie każdego? Jest bez sensu. Wystarczy, że Centrala zna miejsce pobytu każdego obywatela. April, daleko jeszcze? - Wcale tam nie jedziemy, a ja cały czas myślę co robić. Przecież nie pozwolimy zabić loli. - To jest bez dyskusji, ale co zrobimy... - Podjąłem decyzję. Sorry, przyszedł czas na „do zobaczenia”, a wiemy, że tylko do zobaczenia a nie „żegnajcie”... Kristi i ty wsiadacie. Po prostu, chciałyście przywitać się z kimś,a okazało się, że podobny. My pojechaliśmy, ale już bez czipów... - Jak to? Przecież wiesz, że zaraz będzie policja, a jak w ogóle usuniecie czipy... - Boleśnie... Może u Flo mniej boleśnie, ale Karol ma jak to się mówi na czym siedzieć... - Zgadzam się i dodam, że same mięśnie. - Popularnie nazywane... glutami, czyli gluteus medius i gluteus maksimus pójdą pod nóż. Tak, nie ma co robić takich oczek. Ja wytnę wam, a Kasia mnie. Trochę to pokrwawi i gaz do dechy aby odskoczyć od miasta. Policja odbierze sygnał, że czipy ukatrupione? Co z tego? Zgoda, ale gdzie nas szukać skoro jedyne źródło informacji zdechło. W międzyczasie będziemy daleko. - Mark, zapomniałeś o granicy. Przejadą po nas maszynką i nic? Co wtedy?Wpadka terrorystów, prawda? - Nie zapomniałem, że wjechaliśmy do Kanady niedostrzeżeni, przez nieoznakowane przejście i tak wyjedziemy. Znajdziemy takie miejsce. Nie sądzę, aby tysiące kilometrów granicy z US było odrutowane i pod napięciem. Mieli ważniejsze sprawy, przynajmniej mam nadzieję. - A jeżeli się mylisz i są druty? - Tysiące kilometrów? Zastanów się. Centrala i ta i nasza ma metody lokalizowania, wyłapywania bez drutów. Wy byłyście w szoku, ale ja w mniejszym i wiecie co? - Nareszcie powiesz coś pocieszającego! - Tak i to bardzo. On się tak ucieszył, że spotkał koleżkę, że nawet nie zapytał o nasze dane, Kasi i moje, że dokładnie skąd jesteśmy, a że z Arizony? Wtedy tylko w samym Phoenix mieszkało ponad 3 miliony ludzi. Więc gówno znajdą, a nie nas. Jest jeden problem... - Znowu źle? - Tak i to śmierdząco. Na pewno czipują i w Stanach. Zobaczą blizny i co powiemy? - Że mieliśmy wypadek? - Dokładnie na lewych pośladkach? A w ogóle, Kristi, dlaczego wszyli w pośladek, a nie na przykład w ramię? - Mark, ludzie mają wypadki, tracą ramiona, ręce, nogi ale do tej pory nikt nie stracił tyłka... - Genialne, po prostu genialne. Tyle, że nie posunęliśmy się na krok. Kristi, czekają na ciebie i na ciebie April. Czas na ostatnie uściski. - Mark, kiedyś powiedziałeś, że ostatnie to przed śmiercią... - Sorry, April, masz rację, więc do następnych. Jeszcze jedno, koniecznie przypomnijcie o obozowisku, a teraz już pa...pa... Wjechał w boczne pustkowie. - Flo, czy pamiętasz jak daleko jest stąd by wyskoczyć z miasta, a na wschodni kierunek? - Dlaczego na wschodni, przecież granica jest na południu. - Tak i właśnie tam będą nas oczekiwać, gdy ten dupek zorientuje się, że nie przyjadę łowić pstrągów... - Ale dlaczego do tak ważnej funkcji dali takiego dupka. - Bo raz, że to żadna funkcja tylko czytanie komputera i ogólne instrukcje, a dwa, że to był zwyczajny glina, a nie agent służb specjalnych. Dlatego dał się złapać na mój znak palcami, jak glina do gliny. - Jaki znak. Nic nie widziałam. A w ogolę skąd to znasz. - Pamiętasz rok 1987 gdy grałem w LAPD? - W czym? - W Los Angeles Police Department. Zaproponowali mi po zakończeniu sezonu, gdy moje Orły wygrały. To była męka, bo nigdy nie mieliśmy pełnego składu jako, że albo ktoś zapił, albo zasnął po długiej służbie, a to byli detektywi od rozpracowania narkotykowego Jamaica Connection. Dwa razy wywalczyliśmy drugie miejsce, bo nie można było wygrać mając dziewięciu, a czasem nawet ośmiu zawodników. Nomen omen, w tamtym roku właśnie w Vancouver była policyjna olimpiada Ameryki i chłopaki chcieli mnie przeszmuglować jako swego... - I co? - I okazało się, że gdy sprawdzą, to grozi nam dyskwalifikacja. Pojechali, ale odpadli w eliminacjach, a ja nauczyłem się właśnie tego znaku kciukiem. - Pokaż! - Nie, sorry, może wam zaszkodzić, a nie pomóc, bo niby skąd i od kogo to znacie, a jest objęty niepisaną umową o tajemnicy. Byłaś tu? Mówię do ciebie, Flo. - Może kiedyś, gdy pojechaliśmy do kabiny w Kelowna, ale nie pamiętam, to było tak dawno, a teraz wszystko wygląda inaczej. - A najważniejsze, że ulice puste. Tu parkujemy i idziemy pod nóż. - Aj! To boli, potwornie boli. Karol dawaj gazę! Masz go? - Zobacz, nie większy niż ziarno ryżu, ale geniusze. Karol teraz ty... - To ja miałam być pierwsza. - Flo, w innych okolicznościach i ciut później, wierz mi, że jako pierwszy zdjąłbym ci majtki, więc spokojnie... Karol... To nie będzie miłe. To nie są pośladki to guma... Kasia daj jej ręcznik w usta. Zgryź go mocno... Udało się... Teraz ty, mała dupko... Tak jak przypuszczałem, prawie sam wyskoczył. Kto „przeleci” mój tyłek... Zaraz, zaraz, nie wiedziałem, że jestem taki do wzięcia. Kaśka rżnij aż tryśnie... O kurwa! To naprawdę boli! Biedna Lola chciała mnie bronić. Okej dzieciaki, to tylko zabawa... - Ale krew prawdziwa, a to są psy. Co teraz? - Teraz spokojnie bez pośpiechu jedziemy jak najdalej na wschód. Potem? Będziemy musieli grać w macanki drogowe, próbować aż wreszcie coś doprowadzi nas do granicy. - Tak po prostu? Przecież nie będzie pisało USA... - -Wiem, ale pamiętam, że gdy wtedy przekraczaliśmy, to nie było dłużej niż godziny jazdy do Kanady. Im dalej od Vancouver tym mniejsza obawa spotkania policji, czy jak jej tam teraz. Czy ten dupek wyśle pogoń? Jasne, że tak gdy ustali Kristi i April, ale pogoń, przepraszam gdzie? Czipów nie mamy więc cały aparat stanie na nogi by nas złapać, wiadomo, że usunęliśmy no i co z tego. Łapać gdzie... Więc uszczelnią, wszystko na południe od Vancouver i mysie, że w promieniu minimów stu kilometrów. Przejechaliśmy ze czterdzieści, to mało, ale cisza, nikt nas nie goni. Może jeszcze nie mają wystarczająco ludzi, a może mają tylko te komputery i czipy uważając, że przecież nikt i tak nie ucieknie, nie schowa się. - Mark, ale jak to jest, że ludzie, no wiesz, społeczeństwo pozwoliło narzucić na siebie, jak ty to nazywasz, „pętlę Centrali”... - Przecież powiedziałem o małych kroczkach. Pomogę ci zrozumieć na przykładzie motoryzacyjnym z USA. - Ja pytam poważnie, a nie o samochodach... - Taki temat tylko można na poważnie, nie, nie kpij, posłuchaj... Lat temu sporo, Amerykanie mieli prawa jazdy w postaci małego, miękkiego kartonika, z nazwiskiem i adresem. Było to zbyt łatwe do podrobienia, więc usłyszeli, że kartonik będzie miał zdjęcie właściciela. Który to był rok? Kasia, pamiętasz? - Chyba 1972... - Coś koło tego. Zrobił się niesamowity szum, protesty, demonstracje, że rząd wprowadza bolszewickie, sorry, komunistyczne metody rejestracji i tak w tym sensie. Ale rząd powiedział, Chcesz dupku jeździć samochodem? Tak? To morda w kubeł i tyle. Upłynęło kilka lat i społeczeństwo usłyszało, że czarno białe zdjęcia na prawach jazdy to za mało, że będą kolorowe... Wyobrażacie sobie co się działo?! Kolorowe?! To przecież zwyczajny rasizm, żeby tak dzielić ludzi. Nie zgadzamy się! Mowy nie ma! I co? - I chcesz dupku jeździć samochodem, to morda w kubeł, prawda? - Brawo, Flo. Tak się stało. Rok był 1973 społeczeństwo usłyszało, że nie ma benzyny, a właśnie była wojna Izraela z Arabami... Na redach amerykańskich portów stały tankowce obciążone do ostatnich granic benzyną, czekały na rozładunek, ale media trąbiły, że nie ma benzyny. - To nie miało sensu! - Dla władzy mocno związanej z Izraelem miało ogromny sens. Chodziło o wzniecenie niechęci do Arabów, że nie dają ropy naftowej... Media są silniejsze od szeptanek... Działy się i tragiczne i komiczne sceny. Wprowadzono przepis mówiący, że w dni parzyste kierowcy z parzystymi numerami tabliczek mogą dostać minimum benzyny, ci z nieparzystymi w nieparzyste... Kobiety dawały co miały w naturze za benzynę właścicielom stacji benzynowych. Mieszkaliśmy wtedy w Nowym Yorku, pamiętamy... - I co się stało? - Izrael tak pogonił Arabów, że spierdalali na bosaka przez pustynię. Amerykanie znowu mieli benzynę, ale... Rząd wprowadził limit szybkości na drogach. Ponownie, jak Stany długie i szerokie masowy sprzeciw, że to jest komunizm, że ograniczenie swobód obywatelskich, a przecież Konstytucja i tak a naiwnie dalej... I co? Dopowiedz Flo... - Chcesz dupku mieć prawo jazdy, to przestrzegaj limitu... - Dokładnie i właśnie tak jest z każdą demonstracją, z każdym sprzeciwem. Chcesz dupku utrzymać rodzinę, to weź dupę z ulicznego protestu i wracaj do pracy. Proste. Genialnie proste, bo dzieci, żona, dom są jednak ważniejsze od najpiękniejszych haseł. Nawet gdy pozornie realnych. - Czy teraz właśnie też będzie o dupku, to znaczy o nas? - Obawiam się, że już jest. Dlatego i ta zaraza i te nuklearne wyburzanki żeby Centrala musiała się wysilać w każdym miejscu świata osobno. - Więc w Arizonie znowu będę ściągała majtki?... - Flo... Majtki będziesz ściągała tam gdzie warto, ale przyznam, że masz piękny sposób wyrażania swych myśli... - Nic nie myślałam z tych rzeczy, nie jestem April... - Nie musisz uzupełniać, a co do ściągania majtek i blizn po naszym nożu? - No właśnie, jak wybrniesz z tego, jesteś najstarszy, musiałyśmy cię słuchać, prawda? - Dokładnie tak. Zmusiłem was więc Karol i ty jesteście okej, a Kasia? - Zrobię z siebie durną, uległą żonę... - Brawo, ale ja? Ja udam wariata zwalając to na kanadyjskie barbarzyństwo, bo przecież w moim, starym, dobrym USA nie ma czegoś takiego... - Uwierzą ci? - Jasne, że nie, ale co mam powiedzieć. Ludzie jak wiecie mają prawo być durni. Żaden przepis tego nie zabrania... - To może być niewesoły koniec... - Flo, koniec? Nawet Kasia i ja mamy sporo kilometrów w kalendarzu do końca, a ty i Karol? Cały świat. Pocieszę cię, siebie też. Kiedyś miałem pacjenta z CIA. „Puścił farbę” bo poskarżyłem się, że moje antykomunistyczne publikacje i książki... Aaa, nie wiedziałaś, że pisze...No więc, że boje_ się, wtedy on uniósł się jako bohaterski „anioł stróż” i powiedział, że nie muszę się bać, bo CIA jest lepsze od KGB i tak w tym stylu... - Chyba miał rację? - Na chyba pacjent umarł w szpitalu, to taka choroba... - To jest poważna rozmowa... - Tamta sytuacja też była poważna. Rodzina chorego przyszła do szpitala pytając o zdrowie chorego, a lekarz... Chyba można mówić, że jest lepiej. Na drugi dzień pacjent umarł... - Ale co z tym od CIA? - Był hermano... - Był co? - Latynosi brali mnie za swego jak brata, czyli hermano. Dla białych Anglosasów byłem tak jak latino czyli gorsza kategorią człowieka. Śpiewałem z Mariachis, kocham ich muzykę mówię ich językiem no i nie mam niebieskich oczek... Manu to był oryginał. Zanim trafił do CIA pracował w policji jako undercover cop czyli tajna glina w cywilu. Wpuszczono go do szkoły średniej jako ucznia z innej, gorszej szkoły. - Starego faceta do ogólniaka? Coś kręcisz... - Nie, bo Manu pomimo swoich 24 lat wyglądał na siedemnastolatka. Tylko dyrekcja wiedziała kim jest, a on rozpracowywał narkotyki. Przez wiele lat graliśmy razem w kosza. Manu zrobił zaocznie prawo no i skusiła go CIA. Jeżeli żyje, to chyba mogę na niego liczyć. Ale gadu gadu, a nawinęliśmy grubo ponad sto kilometrów na południe. Widok zastraszający, pustki a samochody tylko stoją. Ludzi też prawie wcale. - Marek, przecież to jest po zarazie. Ale dlaczego nie ściga nas policja, przecież są monitory na rogach ulic więc ten facet wie gdzie jesteśmy. - Gówno, a nie wie, sorry, pamiętasz jak drogówka glin umieszczała picne radary przy szosach i na ulicach. Miały działać aby łapać za przekroczenia, a większość to były atrapy. Myślę, że teraz jest podobnie. Kanada nie może mieć tyle kasy na takie zabawki, po prostu nie może, a dla Centrali nie była i nie jest priorytetem. A jak nasze skarby? - Widzisz, że śpią, jazda samochodem zawsze je usypia. - Mówię o złocie i kamieniach. - Bezpiecznie pod podłogą. Czy myślisz, że policyjne psy wyczują? - Na sto procent nie, nie tego uczyły się szukać. Wjeżdżam tu. Zaryzykuję, że do Stanów już kilka kroków. „Powygryzany” asfalt po jakimś czasie przeszedł w równy beton. Mógł to być znak, że skończyły się dziadowskie kanadyjskie drogi. Od lat było wiadomym każdemu kto samochodem wjeżdżał do biednego kuzyna Stanów gdy amerykańska autostrada przechodziła w byle szosę. - Chyba koniec tego dziadostwa. Nigdy nie lubiłam tego kraju za to, że morduje małe foczki dla futra. Zabija je w ohydny sposób, męczeńsko pałkami w głowy. Niech zdechnie tak jak umierały te stworzenia... - Kasiu, nie możesz uogólniać! Ja nie raz demonstrowałam przeciw tej masakrze. - Ty tak, ale mieliście tu i policyjne państwo i prawie komunizm. - Dziewczyny, odbiło wam? Teraz o polityce? Lepiej trzymajcie kciuki, że ta wioska jest amerykańska. Podjadę bliżej i zapytam tego chłopaka. - Yo... Co to za miejscowość? - Small Creek, sir. - Okej, ale w jakim stanie? - Spadłeś z księżyca? Oczywiście, że w Waszyngton... - Oczywiście... Sorry. - No problem. - Dziewczyny, Lola, Złotko... Witajcie w USA! |

