Start arrow Książki on-line arrow PIĄTY KOŃ APOKALIPSY arrow Rozdział XX "ZMIANA KIERUNKU" [OSTATNI ROZDZIAŁ KSIĄŻKI]
Rozdział XX "ZMIANA KIERUNKU" [OSTATNI ROZDZIAŁ KSIĄŻKI]
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
11.08.2010.

ZMIANA KIERUNKU

- Słuchajcie uważnie: Nigdy nie byliśmy w Kanadzie.

- Jak to? Przecież Ja i Karol jesteśmy Kanadyjkami...

- Masz to napisane na czole? Teraz, prawda, że na tyłku miejscem po czipie, ale to zabliźni się, a żeby nie podpadło to wszyscy porobimy sobie kilka nacięć na pośladkach.

- Marek, to naprawdę słyszy się jak taniutki scenariuszek dla dzieci.

- Raz, że obrażasz dzieci, a dwa, że mieszkając tyle lat w lesie mogliśmy sobie nie tylko tyłki pokaleczyć, prawda?

- W jakim lesie? Przecież powiedziałeś że nie byliśmy w Kanadzie, w tamtym parku, więc?

- Więc to jest dla Flo i Karol, które zaczepiły nas jako zbłąkane, bezdomne z zanikiem pamięci...

- Teraz to naprawdę naiwnie...

- Niby dlaczego? Po takim kataklizmie, w którym całe rodziny umarły, a czasem ktoś był wyjątkiem, te dziewczyny naprawdę mogły na jakiś czas stracić pamięci szokiem. Więc nie wiedza kim są i skąd są, po prostu Amerykanki a najważniejsze, że żywe.

- Ale niby po co ta konspiracja, nawet gdy ktoś ją kupi.

- Po to aby dziewczyn nie odesłano do Kanady. Pamiętasz, że w Vancouver miały nas pilnować monitory na rogach ulicy i co było? Gówno, a nie monitory. Jeszcze jakiś czas system ścigania, kontrolowania nie będzie działał tak jak sobie Centrala życzy.

- Znowu ta wymyślona Centrala...

- Przyznaje, to był genialny wymysł... Pierwszy raz od jaskiniowych początków ktoś zorganizował pełną kontrolę nad tym człowiekiem, którego uznał za niewygodnego. Nie ja to wymyśliłem, a o istnieniu tego już przekonaliśmy się na własnych tyłkach, dosłownie, prawda?

- No, niby tak, ale jeżeli nie byliśmy w Kanadzie?...

- Wierzysz w trzymanie kciuków?

- Że co? Mam cię zmienić przy kierownicy?...

- Spokojnie, zapytałem wyraźnie.

- Powiedzmy, że tak, bo co?

- Bo trzymaj mocno abyśmy niezatrzymywani dojechali do Rainer National Park. Kilka lat temu kolega był tam z żoną i dzieciakami. Żałował, że z dzieciakami, bo zmyliła go nazwa Park. Jest to teren dziki i niewiele zmieniony od setek lat. Tak są miasteczka, osiedla, ale są też pustki wilgotnych nieomal podzwrotnikowych lasów z paprociami wielkości drzew i góry porośnięte lasami. A dlaczego żałował, że z dziećmi? Bo pumy to nie są kotki pluszaki... Byli świadkami jak puma nie zwracając na nich uwagi pożerała jelenia...

Krótko mówiąc na obszarze nieomal kwadratu dwieście na dwieście kilometrów jest prawie tak pusto jak w naszym parku.

- To znaczy?

- To znaczy, że albo znajdziemy tam jakaś, kabinę, a kolega nawet nie szukając, bo planowali spać w namiotach trafił za kabinę, w której ktoś lub ktosie mieszkali bo były dwa łóżka.

- No i co z tego?

- Flo, odwołuje się do twojej logiki, bo Kasia nie kontaktuje.

- To znaczy, że my mieszkaliśmy w takiej kabinie.

- Nigdy bym na to nie wpadła, prawda? A jeżeli w tej pustce NIE znajdziemy kabiny?

- Karol, czy widzisz jakiś problem?

- Żadnego. Są drzewa, jest piła, siekiera, gwoździe i cztery pary rąk. Najwyżej dwa miesiące i mamy kabinę, tylko co będzie zimą. Tak szybko nie de się zbudować domu, więc i ja widzę problem.

- Zgoda. Dojdzie też ten z żywnością jeżeli nie znajdziemy ryb, ale kolega mówił, że jezior tam nie brakuje a w rzekach widział taaakie pstrągi różowo nakrapiane. Zima... O ile pamiętam, to tereny za zachód od Cascades...

- Od czego?

- Od łańcucha gór o tej nazwie maja klimat łagodny i prawie bez zim. Jest to zasługa wiatrów z Pacyfiku. Czeka nas kolejny rok aby tak urządzić kabinę - dom żeby wyglądała rzeczywiście na miejsce naszych ostatnich lat. Oczywiście, że władza sprawdzi dlatego to musi wyglądać na autentic. Kumamy? Więc teraz trzymać kciuki. Czeka nas dzień i trochę jazdy. Niby dlaczego jakaś drogówka ma nas zatrzymać, prawda?

- Mark, przyznaj, że pocieszasz się i taka jest prawda.

- Tak jest, Flo, taka jest, a mamy wybór? W tej chwili nikt nie uwierzy, że spadliśmy z księżyca gdzie żyliśmy przez ostatnie trzy lata. Jedyny problem to tabliczki z Arizony, bo nie wiem czy teraz wolno ot tak sobie podróżować po Stanach. Jechać nocą to jeszcze bardziej podpada. Trudno, mówimy tak i powtórzcie głośno: Szczęście i tym razem będzie z nami!

- A ja mam gdzieś i szczęście i szukanie kabiny i znowu las i co dalej? Jeszcze jeden rok. Czy nie lepiej po prostu wrócić do Tucson? Zjedzą nas? Spalą na stosie?...

- Być może jeszcze nie palą, ale na pewno odeślą Flo i Karol do Kanady.

- Ja nie chce! Już wole pomęczyć się jeszcze jeden rok, aby być z wami. Ty Karol chyba też.

- A ja mam taki pomysł. Skoro jak Mark mówi, że tam nie ma ostrych zim, to może zamiast szukać kabiny wystarczy zrobić taki niby garaż dla vana i spać w vanie.

- Garaż?

- Powiedziałam, że niby garaż ale właściwie to byłby garaż nawet drzwi możemy zrobić. Coś takiego da nie tylko osłonę od deszczu czy śniegu, ale chyba ociepli van.

Zbudujemy to w najwyżej miesiąc, co wy na to?

- Karol, jesteś genialna, ale ważniejsze, że umiesz, to znaczy, że jesteś genialna praktycznie. Teraz tylko aby ominąć Yakime i wjechać do parku od północy, może się uda. Kaśka, nic nie chcę słyszeć, że nie zależy ci na szczęściu a do Tucson zdążymy...

Udało się i po kilku godzinach zbliżyli się do pierwszych zabudowań. Stary napis Packwood oznaczał, że to ma być miasto. Było jak wymarłe.

- Nie jest dobrze... Czy to znaczy, że zaraza dotarła i tu.

- Mark! Co to?! Wpadliśmy w pułapkę?!

- Tak, w pułapkę flaka w oponie. Chyba dociągnę do tego domu.

A zza domu wyszedł facet pasujący do filmów o tych co wybrali życie pustelnika, takiego z dwururką w ręku...

- To ma być powitanie?... Zażartował Mark.

- Arizona? Banda Meksykanów? Masz jakieś dokumenty. No już!

- Cieszę się, że żyjesz...

- Czy to ma być dowcip? Masz złe poczucie humoru. To ma być amerykańskie nazwisko?! Wygląda mi na czerwone... Jeżeli jesteście komunistami to skrócę mękę. Wiec?

- Żona i ja uciekliśmy od komunizmu skoro to dla ciebie takie ważne. A one?Błąkały się po drodze więc przygarnęliśmy.

- Uciekliście od komunizmu, mówisz?... - Zamyślił się i drapał półmetrowej długości brodę, właściwie targał ja szukając następnego pytania.

Mark uprzedził...

- Tutaj obsesja komunizmem? Nie za późno?

- Za późno? Na każdą zarazę jest za wcześnie, a ostatnią jak myślisz kto zrobił? A w ogóle do diabła co tu robicie. Dziś nikt nie jeździ do parku na wycieczki. Uciekacie? Tylko bez kłamstw. Kłamstw miałem dość w Wietnamie gdy nasze dowództwo kierowało nas w zasadzki i dawało z nich niby bezpieczny odwrót gdzie czekali czerwoni. Pamiętasz Wietnam?

- Przepraszam... To jest ni go w dupę i ni go w oko. Gdzie tu Wietnam, a czy uciekamy? Skoro tak bezpośrednio... Tak, szukamy jakiejś kabiny, bo też mamy dość i ludzi i miasta.

- To wymaga detali. Wyglądacie mi względnie... To znaczy możecie wejść do domu.

- Złapałem flaka...

- Zdążysz naprawić. Najpierw was przepytam...

- Ty, jak ci tam... Widzisz to? Zanim podniesiesz strzelbę, to usłyszysz bzyk, ostatnie co usłyszysz.

Karol trzymała pistolet kuszę. Brodaty uśmiechnął się...

- No, to mi wygląda albo na napad, albo na normalnych uczciwych ludzi. Zaryzykuję... Wchodźcie.

Mark w skrócie opowiedział ostatnie lata w lesie.

  • Trzeba tak było zaraz.

- Zaraz? Pod lufami słuchając wykładu o wojnie w Wietnamie? Masz jakieś Koszmarne sny. Miałem sporo pacjentów z podobnymi... Byli po wypadkach, już jako weterani.

- Koszmary mówisz? Człowieku, gdzieś ty się chował, gdy gówniarze, nasi, amerykańscy gówniarze opluwali nas, wyzywali gdy wracaliśmy z Wietnamu. Gówno mnie obchodziło dlaczego tam byliśmy, bo wysłano nas tak naprawdę na śmierć. Tak, parę razy tacy prawdziwie czerwoni, bo ruscy w wietnamskich mundurach wpadli nam w ręce, ale że u nich był komunizm? Był i co z tego. Gdy jednak zaczął wpełzać do naszego dobrego USA, to już inna sprawa. Pamiętasz tą kurwę Jane Fonda?

- Nie wiedziałem, że się kurwiła, bo co?

- A jak nazwiesz to, gdy razem z czerwonymi siedziała na ich działku przeciwlotniczym wymierzonym w niebo, w nasze samoloty. A te jej czerwone anty amerykańskie mowy w w radiu i telewizji Vietkongu.

Wróciła do domu i co? I gówno jej zrobił i... Nigdy nie przeprosiła nas, którzy krwawiliśmy się w tym gównie. A pamiętasz co o wojnie w Wietnamie powiedział prezydent Reagan w dniu swojej inauguracji na prezydenta? Zacytuję ci, bo tego się nie zapomina... „Wojna,której liberałowie i lewicowy Congress nie pozwolili nam wygrać”...

- To pamiętani, chyba każdy pamięta.

- A zwłaszcza „piękni ludzie w Hollywood”.Przecież wiesz, że to wielbiciele komunizmu, a filmy jakie robią pokazują tylko bród naszego kraju. Wielu otwarcie chwali komunizm. Zaraza, zaraz... Jane Fonda wyprowadziła na oskarowa scenę tego reżysera filmowego z Polski... Jak mu tam? Wajda? Mówiła, że zasłużył walcząc z... komunizmem całą swoją twórczością... Wyobrażasz sobie to kurewstwo? Ona i walka z komunizmem...

- Bob?

- Przecież przedstawiłem się...

- Sorry, ale gdzie tu i Wietnam i ta aktorka Fonda i filmy? Pomożesz mi zrozumieć? Ale nie teraz. Teraz jak wiesz szukamy kabiny, a pewno znasz teren.

- Taak... A panie głodne? Może by tak jajecznica? Mam też własny chleb

- Mark, pan ma rację. Mnie nie interesuje Wietnam i filmy...

- Nie mamy pieniędzy...

- Niech pani nie obraża starego człowieka. Tu ciągle jest ta normalna Ameryka, a dziewczynki są głodne, prawda? Kabina?! A ten dom?

- Co znaczy ten dom? Czy pan...

- Jestem samotny od trzech lat, co ja mówię, dłużej... Syn wyjechał do Seattle i na pewno tam zginął. Nie, zaraza tu nie dotarła. Ludzie po prostu przeczekali, ale rok temu też wyjechali.

- Ale my chcemy wrócić do domu, do Tucson.

- A jedna z tych „Amerykanek” tak, ty, od straszenia kuszą... Ona ma bardzo nie amerykański akcent i założę się, że z jakiegoś kanadyjskiego zadupia. Zgadza się?

- Z tego co wiem, to każdy jest obrączkowany jak zwierzęca w Afryce.

- Mówisz o czipach?

- Oczywiście, nikt się nie schowa, nie ucieknie przed władzą.

- A co z rządem, Kongresem, prezydentem?

- A co za różnica. Byli i są kukiełkami na sznureczkach z banków. Ktoś jest niewygodny dla banków? Sprzątną go rękami wyszkolonymi w służbie właśnie Kongresowi i prezydentowi. Każdego sprzątną, włącznie z prezydentem. I co? Kraj, przemysł, rolnictwo, handel staną? Zmieni się coś? Nic się nie zmieni.

- A ty nic nowego nie powiedziałeś.

- Jeszcze nie, zaczekajcie... Ta zaraza została użyta jako ostateczny knebel, kaganiec, pętla, czyli straszak zagrożeniem terrorystycznym. To terroryści ją zrobili.

- Zawsze tak było...

- Tak, ale tym razem to działa, a wiecie dlaczego?

- Bo ludzie przekonali się o zagrożeniu terrorem?

- A dwa razy dwa jest cztery, prawda? Nie, Mark, nie. Tym razem ludzie jak nigdy w historii człowieka kurczowo,rozpaczliwie czepiają się życia. Rozumiecie?

- Więc?

- Więc nikogo nie trzeba przekonywać mediami, propagandą jak to było kiedyś,że terroryści nam zagrażają. Ludzie dobrowolnie zgłaszają wszystko co jest inne, a inne to podejrzane.

- Jeszcze raz nieograniczony geniusz Centrali! Co za niesamowite umysły! Nareszcie mają broń, której sami nie muszą używać. Wymordowali miliardy ludzi aby ci którzy zostali dobrowolnie donosili na sąsiada, na ojca, na brata... Na każdego kto naiwnie myśli, że może zaufać rodzinie, przyjacielowi dzieląc się wątpliwościami...

- Dokładnie tak. Wątpliwości to dowód nieufności do władzy. To może być nawet początek konspiracji, zalążek terroryzmu...

Podróżowanie jest ograniczone do minimum i jedynie za zezwoleniem władzy.

- Jest to żywcem wzięte z komunistycznej Rosji, z czasów drugiej wojny światowej. Jeszcze jeden dowód rodowodu Centrali. A czy wiadomo ile ludzi.

- Nikt nie wie ile i nie wolno o tym mówić. Sąsiad pojechał do Seattle, wrócił mówiąc, że ulice są_ puste.

- Mógł pojechać? Przecież...

- Można, gdy ma się gdzieś rodzinę. Nas, Amerykanów, przekonano, że cały świat nas nienawidzi bo to my spowodowaliśmy kryzysy i to my winni jesteśmy tego co się stało, więc nikt nie ma ochoty na wycieczki poza teren zamieszkania...

To jeszcze mocniej wi ąże społeczeństwo z władzą, bo ona solidarnie odczuwa nienawiść świata do nas...

- Ponownie genialne! Czy kiedyś będę miał okazję spotkać, poznać mózgi Centrali... Nawet gdybym miał zapłacić za to życiem...

- Marek! A my?! Ja nie jestem ciekawa jak wygląda diabeł. Może zechcesz zaczekać? Umrę to proszę bardzo, idź na spotkanie z diabłem...

To było za dużo jak na młode umysły, ale i Kasia padła. Długo nie mógł zasnąć. Jak zwykle w niby śnie, w „obecnym, ale nie przytomnym” stanie walczył z armia brodatych starców. Podchodzili coraz bliżej, czuł ich śmierdzące oddechy, chciał sięgnąć po kuszę, ale brodaty przygniótł mu ręce kamerą filmowa... Ty durniu... Ty naiwny durniu... Brodaty wyciągnął taśmę z kamery, ale zamiast sztywnego plastiku taśmy, Marek czuł jej ciężką, czarną lepkość... A z taśmy wychodzili mali ludzie i pokrzykiwali... Ty durniu! Ty durniu!...

Taśma dławiła oddech, walczył, szarpał ją i wreszcie zrzucił z głowy koc w który się zaplątał. Wtedy zobaczył, że granatowa ściana lasu otwiera się i wschodzi z niej Flo, taka zapuchnięta, jakby zapłakana... Dlaczego nie spisz?! Przecież jest noc, jutro czeka nas długa droga. Ktoś szarpał go. Obudził się i zobaczył Flo nad sobą...

- Mark, wołałeś mnie, a w ogóle już jest późno, a ja mam ważne pytanie.

- Jak zwykle.

- Wcale nie, bo bardzo ważne. Dlaczego ty i Ben ciągle powtarzacie jak ważna jest władza dla tej twojej Centrali, no i dla rządu. Przecież wiadomo, że każdy rząd ma władzę, więc co w tym jest nowego?

- Nic, Flo, absolutnie nic, tyle ŻE WŁADZA JEST JAK NARKOTYK, UPAJA, ODBIERA KAŻDE „UCZUCIE POZA POTRZEBĄ DOMINACJI, ABSOLUTNEJ KONTROLI NAD DRUGIM CZŁOWIEKIEM. JEST TEŻ JAK NAJMOCNIEJSZY ALKOHOL, OGŁUPIA...

- Ale jeżeli ta dominacja nie boli, no, rozumiesz, pozwala żyć...

- Flo, z czasem poczucie pełnej bezkarności, gdy ma się absolutną władzę prowadzi do patologii, to znaczy do czynności nawet seksualnie zboczonych. Wyobraź sobie, że ktoś ma nad tobą pełną, nieograniczoną kontrolę i może robić co zechce. Miło ci?

- A więc to jest tak...

- Tak właśnie jest.

A przy śniadaniu Ben z miną, nauczyciela poprosił dziewczynki o uwagę.

- Mam dla was pytanie i rozumiem, że możecie nie znać odpowiedzi. Czy któraś wie co to były cztery konie Apokalipsy?

- Sorry, panie Ben. To jest pytanie dla przedszkolaków...

- Świetnie, świetnie... Ale co to jest piąty koń Apokalipsy?

- Nie było takiego.

- To prawda, nie było, a teraz jest. No dobrze, nie musicie zgadywać, PIĄTY KOŃ APOKALIPSY TO _POLITYCZNA POPRAWNOŚĆ.

- Co? Tylko tyle?

- Aż tyle. Ten koń tylko pozornie wygląda niegroźnie. Bez grozy głodu, wojny czy zaraz lub innej zagłady zmusza ludzi do kłamstw, do życia na poziomie najposłuszniejszych niewolników. Do niezdolnych aby wypowiadać nie tylko to co chcą, ale nawet to co myślą, bo samodzielnie myśleć im nie wolno. Bez bicia, bez tortur, małymi kroczkami przyzwyczaja do mówienia tylko tego co jest każdemu miłe, a więc nie zagraża władzy.

Jest w tym coś więcej niż pozorne poszanowanie drugiego człowieka, aby go nie obrazić. Chociaż na to wygląda, prawda?

Przez masowe zak łamanie, przez strach przed powiedzeniem czegoś co nie jest powszechnie przyjęte władza zapewnia sobie całkowitą uległość i posłuszeństwo ze strony obywateli.

Nie musi obawiać się buntu, rewolucji czy nawet małych protestów. Zwłaszcza gdy obywatel w trosce o własna skórę będzie donosił na sąsiada, zanim ten doniesie na niego.

- Ale tak nie da się żyć, gdy każdy boi się każdego!

- Da się i już tak było choć, nie na masową skalę, a o wartości donosu decyduje władza. Ale dość o tym. Mówiłem wam, że nie dlatego władza zabrania rasizmu bo troszczy się o Murzynów? Nie? Więc to nie o Murzynów chodzi, ale o własne dupy, bo dziś ktoś jest anty murzyński jutro będzie anty inny...

Aha... Moje filmy? Pojecha łem z nimi do Roberta Redforda na jego festiwal „Sundance”. To były filmy o goryczy, o rozczarowaniach moich towarzyszy walki w Wietnamie. O tym jak wpadali w alkoholizm, gdy nasze, amerykańskie a czerwone media, tak, tak... zrobiły z nich morderców, zdrajców demokracji... Słyszałem nawet, że byliśmy sługusami faszyzmu, my często osiemnastolatki, dla których takie pojęcia jak faszyzm czy komunizm były równie odległe jak Wietnam.

Pokazałem, a słyszałem, że prawie jak poezją losy ludzi, którzy w końcu powiedzieli: „For what”! W imię czego. Tak, w imię czego była ich krew i kalectwa, komu napełniły bankowe konta. Pokazałem kolegę, który prawie płakał gdy musieliśmy strzelać wpuszczeni w zasadzkę niby spokojnej wioski, w której tylko kobiety i dzieci. Tak z 30 ludzi w plutonie zostało nas trzech...

Pokazałem tego kolegę gdy dał sześcioletniemu chłopcu tabliczkę, czekolady, a gdy odchodził to chłopiec strzelił mu w plecy.

- To musiał być wstrząsający film i co Redford?

- N a uśmiechu powiedział mi, że jego festiwal nie promuje nienawiści, a w tydzień później miałem wizytę smutnych panów z CIA.

- Dlatego jest pan tutaj?

- Nie dlatego. Mam wyrok dla tych z „Tea party”... Mark na pewno pamięta ruch jaki narastał gdy nasz kraj coraz głębiej wpadał w łapy pasożytów z Wall Street. Południe Stanów zawsze najbardziej konserwatywne zaczęło głośno mówić o równi pochyłej na którą Waszyngton wprowadza nasz naród. Jedni mówili inni zrzeszali się w paramilitarne siły. Okazało się, że genialne umysły władzy same organizowały takie siły jako prowokacje mającą na celu wyciągniecie ze społeczeństwa prawdziwych patriotów...

Wkrótce nikt nie wierzył nikomu i właśnie o to chodziło. Genialne, prawda?

- Jak sam diabeł!

- Ujęłaś to lepiej niż ja gdybym myślał nawet bardzo długo. Tak, jak sam diabeł...

- Ale pan?

- Ja? Wczoraj powiedziałem Markowi, że gdy jeszcze można było kupować i posiadać bron zgromadziłem arsenał dla małej armii.

- Co?! Już nie można? Przecież drugi przypis do konstytucji gwarantuje obywatelom prawo posiadania i noszenia broni!

- Wytłumaczono obywatelom, że dla ich dobra broń mogą mieć tylko siły i służby porządkowe. Jeżeli ktoś nie zrozumiał, to jego własne dzieci odpowiednio nauczane już od pierwszej klasy tłumaczyły tatusiowi, że nie chce ich dobra... Jeżeli to nie wystarczało, to okazywało się, że tatuś kiedyś komuś powiedział nie tak jak trzeba o zagrożeniu terrorystami. Tatuś bardzo szybko zrozumiał, że ma rodzinę, do wykarmienia...

- Panie Ben, przepraszam,ale muszę porozmawiać z Markiem.

- A ja zapraszam panią i panienkę do oceny mego królestwa.

Flo szukała słów...

- No, przecież wiesz, że po prostu, więc nie kombinuj.

- Czy ty i Ben chodziliście do tej samej szkoły. Gdy on mówi, to słyszę ciebie...

- Bo ta sama szkoła uczyła nas. On ma kilka lat, tych ostatnich przewagi.

- Jeżeli jest tylko tak jak on mówi, to chyba nie jest tak źle? To znaczy chyba nic nowego ta twoja Centrala nie wymyśliła, prawda?

- Myślę, że masz racje, ale z pewnością ulepszyła pomysły, doprowadziła je do perfekcji zwłaszcza teraz.

- Dlaczego niby teraz?

- Po każdym kataklizmie ludzie chcą wreszcie odpocząć, zacząć żyć bez strachu,w ogóle żyć, rozumiesz? Władza wie o tym i rzuca przynęty do życia, a równocześnie wyłapuje resztki tych niewygodnych, takich jak Ben.

- Jak my?

- Nie. Wy, Karol i ty jesteście za młode aby być niewygodne, a Kasia i ja nie mamy zamiaru walczyć z wiatrakami.

- Wiatrakami? Mark, nie rozumiem.

- Sorry, to takie przedpotopowe gadanie. Po prostu też chcemy żyć. Chyba, że Centrala doszuka się moich bardzo dawnych wypisywań, a nie były miłe jakiejkolwiek Centrali. Ale wątpię bo teraz musi eliminować takich jak Ben.

- On ma dużo broni, przecież słyszałeś.

- On ciągle jest w... Wietnamie i myśli, że to jeden na jednego... Nie pomyśli, że gdy go już namierzą to nikt nie będzie podchodził do jego domu tylko dupną w dom rakietą i tylko dym zostanie...

- Boże, więc gdybyśmy tu zostali zamiast w kabinie, to z nas też tylko dym by pozostał?

- Raz, że nie zostaniemy, a nawet jeżeli na jakiś czas, to Ben zerwie sporo kartek z kalendarza zanim Centrala znajdzie na niego czas.

- A chciałbyś tu zostać, gdyby oczywiście Ben zaproponował.

- To wymaga więcej niż jego propozycja. Co z wami, kim jesteście, skąd się znalazłyście u nas, to tylko na początek...

- Przecież mówiliśmy, że spotkaliście nas po drodze.

- Flo, to bajeczka taka sama jak wasz zanik pamięci. Może dobre na jakiś czas i dla durni, a Centrala durna nie jest. Stanowicie przyszłość więc musicie być sprawdzone od majtek aż po czubek głowy, właśnie...

- Co właśnie...

- Od majtek... Wydłubanie czipów wystarczy by uznać nas przynajmniej za niewygodnych. Mamy myślówkę.

- Coś wymyślisz.

- Flo, to zaczyna mnie wnerwiać, te wasze, że coś wymyślę. Gówno mogę teraz. Sytuacja jest jak dwa plus dwa.

- Może Ben ma jakiś pomysł?

- Dlatego gdy wrócą ze zwiedzania domu, to wspólnie będziemy próbowali wyskoczyć z tej pułapki, a jest głębsza od tamtych, naszych...

Pierwsza Karol wróciła podniecona...

- Mark! Tu jest piwnica w piwnicy! Ben uważa, że żadna bomba go nie zabije, chodź, zobacz!

- Ben co ty naopowiadałeś kobietom. Zapomniałeś o bombach przebijających sześć metrów żelbetonu?

- Dlatego mam coś innego w razie gdyby, ale to niespodzianka, a czuję że chcesz pogadać nie o bombach...

Mark w skrócie przedstawił sytuację.

Ku zdziwieniu nie tylko Marka brodacz nie widział w niej żadnego problemu.

- Zarazę przeczekaliście u mnie, bo przecież pojechaliście odpocząć od upału w tym parku, prawda? A dziewczynki?Najlepiej powiedzieć prawdę

- Czyś ty zwariował?! Odeślą je!

- Do kogo? To są naprawdę sieroty, a że Kanadyjki i jak tu się znalazły? Wracaliście do Arizony, a one autostopem też chciały, na południe, więc znalazły was po drodze. Czy odeślą do Kanady? Człowieku... Zastanów się, to są przyszłe matki, a Stany potrzebują ludzi wychowanych w ślepym posłuszeństwie dla władzy. Kiedyś urodzą ludzkich androidów...

- Ja nie chcę! Niech pan tak nie mówi!

- Androidów tylko w przenośni, bo ludzi, którzy nic innego poza tym co oferuje Centrala nie będą znali. Urodzą produkt doskonały, rozumiesz? Dlatego wszystkie młode samice i sorry, że tak to nazywam, są Centrali potrzebne. A czy odbiorą je wam? Wątpię. Wyżywienie dorastających nastolatek pozostawią wam. Wychowaniem zajmie się Centrala. Tak to widzę.

- A teraz o tej niespodziance, ale może po obiedzie? I jeszcze to, panienki są ubrane jak strachy na wróble. Mam dżinsy po synie, gdy był w ich wieku. Marka „Lee” pasuje na każdą płeć. Dla was mam swoje, a pani Kati chyba potrafi je zwęzić.

- Ja nie jestem głodny, a wy?

- Ja też wole niespodziankę... Ja też...

- Okej, ale psy zostawimy w domu, bo to będzie dłuższy marsz przez las, a tutaj sarny i pumy są jak u siebie w domu. Myślicie czym żyłem...

Marsz rzeczywiście nie był krótki, ale niespodzianka wynagrodziła trudy. Była nią jaskinia... Nie byle jaskinia, bo zamknięta wąską szczeliną która przechodziła w kilka zakrętów równie wąskiej drogi wiodącej do sporej groty, a ta prowadziła do jeszcze większej. Mało tego... To było po pokonaniu dziecięciu metrów wspinaczki do szczeliny w skale na pewno grubszej niż najgrubszy żelbeton...

- To jest moja odpowiedź na każdą bombkę Centrali. W tamtej grocie mam zapasy żywności na rok dla paru osób. Dym z paleniska ginie zanim przeciśnie się wylotem ukrytym w świerkach. Zimą jest tu 15 stopni ciepła, a teraz może kilka więcej, prawda?

- To jest cudo, naprawdę cudo Ben, ale...

- Ale nie dla nich, one muszą mieć normalne życie nawet gdy ogłupiane Centralą, oczywiście że tak. Ale ja przetrzymam tu każdy atak, a moje granatniki, gdy założę maski gazowe rozbiją chętnych na ten skarb. Przeżyłem Wietnam i gdybym musiał tu zginać od czerwonych naszego, amerykańskiego chowu i pójść do piekła, to gwarantuje ci, że nie pójdę sam!

Mam dość amunicji, aby zabrać ze sobą, nawet całą kompanię...

- Taak... Kto wie, może dołączę do ciebie gdy zostanę sam...

- Mark! Kasia jest młoda! A psy, czy pomyślałeś o psach. Lola ma dopiero dwa lata...

- Dla psów już teraz mam kilogramy wędzonego mięsa. Chodźcie tutaj, czujecie jak zimno? To moja lodówka, a to zimno jest z północnej ściany, gdzie spływa lodowata woda. To jest moja spiżarnia...

- Ben... Czy warto... Zamkniesz się tu nikomu niepotrzebny. Prędzej czy później przegrasz i co osiągniesz?

- Masz alternatywę? Już byłem buntownikiem i gdyby nie zaraza, to skończyłbym w szpitalu dla uśmiechniętych...

- Wariatów?

- Nie ma tego słowa. Nie ma wielu słów, bo ubliżały. Szpital dla umysłowo chorych nazwano domem uśmiechniętych. Przecież wiesz, że każdy idiota zawsze się uśmiecha. Widziałeś smutnego idiotę? To ich rodziny, przyjaciele są smutni. Niewygodnym, takim jak ja, podaje się leki dla ich dobra, a lekarz w każdym z nas coś wykryje, prawda? Taki lek powoduje stopniowe zobojętnienie, ogłupienie i wreszcie uśmiech. A rodzina? Żona i dzieci tak leczonego? A co magą zrobić, gdy facet nie nadaje się na męża i ojca...

- Ale ktoś musi wyżywić rodzinę.

- Cena wyżywienia jest dla Centrali znacznie mniejsza niż obecność niewygodnego, samodzielnie myślącego... To wszystko jest genialnie obliczone.

- Kurwa mać! Sorry gang, ale jaskinia Bena przynajmniej dla mnie wygląda coraz przytulniej...

- Ja w mogę tu zostać, a ty Karol?

- Mark obiecał, że będzie mnie trenował. Chcę grać w piłkę, no, w ogóle mieć koleżanki, kolegów, a ty nie?

- Jeżeli mam rodzić androidów... A czy mogę być bezpłodna, czy to takie trudne?

- Flo... Trochę za wcześnie na takie pytania. Chyba jednak wrócimy... Nas, to znaczy Kasię i mnie te zmiany, a raczej ulepszenia starych zmian nie powinny dotyczyć, a wy? Flo, jeżeli będziesz dla siebie trzymała moje uwagi czy nazwijmy to mądrości, to mądrość Centrali będzie po tobie spływała jak woda po kaczce. Przynajmniej taką mam nadzieję. A Karol? Ty jesteś „baba chłop”... Spokojnie, to, że też seksiara, a Ben potwierdzi, nie przeczy jedno drugiemu. Sportowcy już w komunizmie byli pupilami władzy, a Centrala to dziecko komunizmu. Więc będziemy mieli piłkę nożną... Sorry Ben, chyba rozumiesz...

- Przyzwyczaiłem się do samotności. Zresztą.... Jest jeszcze jedna niespodzianka... Packwood to nie tylko ja... Aha!Domyślacie się? Nie? Jutro poznacie Suzan... Ma swoje lata, zgoda, ale po stracie męża też ma dość samotności.

- Nie rozumiem. Przecież powiedziałeś, że samotnie, a teraz Suzan?

- Bo ona już drugi rok tak stad wyjeżdża niby do dzieci w Seattle. Nie chce zrozumieć, że właśnie w Seattle zginęło najwięcej ludzi bo, to przez te fabryki samolotów...

- Da się namówić na samotność we dwoje?

- Drugi rok już namawiania najmłodsi nie jesteśmy. Chyba to ją przyniesie pod mój dach. Wiesz czego mi żal najbardziej?

- Chyba niejednego...

- Jasne, że tak ale żal mi, to znaczy może nie żal ale smutek, że skończył się nasz kraj... Wiem, że to brzmi taniutko, ale inaczej nie umiem. Może tak... Jasne, że i w FBI i w CIA było trochę czerwieni, ale to były nasze, prawdziwie amerykańskie. silne ręce. To lewicowe gówno w rządzie to nie była Ameryka. Miałem kolegów w FBI i życie by oddali za Amerykę.

- Ja też miałem...

- Właśnie... Przecież nie mogli zmienić się tak aby służyć nowej władzy udającej, że nic się nie zmieniło, a rejestrującej ludzi jak bydło. Co się z nimi stało... Czy uśmiechają się szczęśliwie, no wiesz...

- Wszystkich nie mogli...

- A niby dlaczego nie. Łatwo było karmić odpowiednią chemia co smakowała jak hamburgery. Nikt wtedy nic nie podejrzewał, a mózgi zmieniały się do tych szczęśliwych uśmiechów, powoli, niezauważalnie.

- Mark, jeżeli Ben ma racje, to naprawdę wole las albo jego grotę! Nie potrafię,rozumiesz?! Po prostu nie potrafię udawać! A ty, Karol, potrafisz udawać, że no wiesz...

- Właśnie to... no wiesz. Nic jeszcze nie wiemy. Jesteście nastolatkami, nie macie niewygodnej dla władzy przeszłości. Przypuszczam, że czeka was cos więcej niż „nauczanie” jakie miała Flo, ale nie zdążyłyście w coś naprawdę uwierzyć, czymś nasiąknąć, rozumiecie? Tak, zlikwidowano wiele słów w słowniku, zastąpiono nowymi, ale czy nie da się żyć? Chyba będzie sport, bo jak kiedyś w komunizmie był metodą tak i teraz będzie jeszcze mocniejszą, ale to nie zmieni kształtu piłki...

- Może to wystarczy dla Karol. Ona chce budować domy a ja, przecież wiesz, że już teraz mam pomieszane z poplątaniem i w sercu i w głowie, a dzięki tobie... Czy potrafię spokojnie żyć wiedząc, że lepią ze mnie androida. Może są mądrzejsi od ciebie i szybko mnie rozgryzą, a wtedy i ja będę się szczęśliwie uśmiechać, nie pomyślałeś o tym?

- Pomyślałem i ręczę ci, że nie będzie mądrzejszych od nas, będziemy grali ich grę a wiesz dlaczego?

- Czy ty kiedyś powiesz coś zaraz czy musisz odczekać?!

- Sorry, Ben, zgodzi się ze mną, gdy powiem, że żadne gówno nie pływało bez końca.

- Myślisz o następnej „Tea party”?

- Tak, Ben. Żaden tyran nawet, gdy ubrany w tak genialny kamuflaż jak „Dla twego dobra obywatelu” nie rządził i nie będzie rządził na zawsze

- A jeżeli to „na zawsze” będzie trwało wiele lat, może nawet do końca mego życia?

- Powiem ci dlaczego nie będzie tak długo i nie ma to nic wspólnego ani z rewolta ani z niezadowoleniem „szczęśliwego obywatela”. Przyroda ma swoje prawa zmian a my,ludzie nie różnimy się od reszty jej dzieci. Zwierzęta wyczuwają kataklizmy. Psy potrafią już na kilka dni wyczuć trzęsienia ziemi, a Kasia całe życie czuła się, potwornie na dzień przed trzęsieniem. Początkowo nie wierzyłem, brałem to może nie za „babskie humory”, ale nie wierzyłem... Dopiero gdy ja, nawet w środku najlepszej kondycji nagle czułem się jak opona z której uchodzi powietrze a telewizja podała, że właśnie trzęsienie ziemi... Uwierzyłem...

- A konkretnie? Czekacie na pewno na coś więcej niż o zwierzętach... Najmłodsze pokolenie władz tej Centrali, lub czegoś co chwyciło ludzkość za gardła, też będzie chciało zmian. Jak przepompowana opona pęknie, jak przepełniony zbiornik wyleje się, rozwali tamę. Że to brzmi jak naiwna bajeczka? A bajeczki, to przepraszam z czego?...

- Kasia i ty dacie mi sił i mądrości. Jednak nie będę ani sędzią ani prokuratorem, nawet nie adwokatem, bo to chyba za blisko władzy, prawda?

- Może nie władzy, ale bardzo zależne od władzy. Dziewczyny mówiły, że masz w głowie komputer, a wiem, że wyobraźni ci nie brakuje...

- Kiedyś Kristi powiedziała, że powinnam robić filmy takie z przyszłości. Zapomniałam o tym, ale teraz czuje, że to była myśl...

- Flo, nawet genialna myśl. Bajeczki o stworkach i stworach z innego świata chyba nawet najbardziej poprawnej politycznie władzy nie przeszkadzają. A na pewno dadzą ci ładną kasę.

- Teraz nie boję się wracać, to znaczy jechać z wami do Arizony.

- A piłka nożna, jak myślisz Mark, czy wytrenujesz nas na mistrzów?

- Nas, chcesz powiedzieć twoją drużynę?

- Naszą, przecież wiesz.

- Dla chwały politycznej poprawności każdy sukces gdy służy władzy jest nagradzany. Jasne, że zdobędziemy medale dla chwały.

- Tylko nie ojczyzny, pamiętasz?...

- Dla chwały braterstwa pokój miłujących narodów. Znam to hasło i nie będzie mi ciężko nosić jego kłamstwo, a wiecie dlaczego?

- Znowu ten wstęp! Nigdy się nie zmienisz.

- Ja może nie, ale hasła się zmieniają, by nie powiedzieć, że zdychają. Tak właśnie zdechło tamto o braterstwie. Zaraz, zaraz... Mój błąd, mój naiwny błąd... Nie zdechło... Przyczaiło się na długie lata aby teraz żyć jeszcze raz, ale... znowu zdechnie, tym razem na zawsze.

- A my pomożemy, ja i tysiące takich jak ja. Najpierw obronimy się w mojej grocie, potem wyjdziemy i zrzucimy z pleców takie hasła. Nie na darmo nazwano Amerykę Nowym Światem.

- Ben, nie zdziwisz się gdy pewnego dnia znowu mnie zobaczysz?

- Nie zdziwię się. Nie jesteś ze stanu New Hampshire, ale ja jestem, a wiesz co to znaczy?

- „Lepiej jest umrzeć na stojąco niż żyć na kolanach”...

- Dokładnie tak. Umiesz strzelać nie tylko z kuszy, prawda?

- Kati też, a trafia lepiej niż ja. My też nie chcemy żyć na kolanach.

- Ja też nie chcę.

- Ona też potrafi strzelać? No, to mamy mała armię.

- Mark, a tak poważnie... Czy myślisz, że ludzie któregoś dnia powstaną z kolan?

- Zamiast nudzić was filozofia dam taki przykład... Ale zacznę tak. Nawet żyjąc na kolanach można przyzwyczaić się, zwłaszcza gdy ma się pełny żołądek i posłusznie wypełnia wymogi władzy. Ale... Właśnie ten przykład. Mijają lata i stagnacja tego samego w to samo powoli lecz systematycznie zaczyna bardziej niż nudzić, ludzie, a jest to naturalny odruch, chcą emocji, chcą czegoś co przerwie rutynę.

- Takie przerwy kończyły się krwawo, myślisz, że ludzie zapomnieli.

- Nie musieli, bo urodziło się pokolenie pojęcia nie mające o historii, zwłaszcza że zlikwidowano ją jako przedmiot nauczania.

- Więc? Bo to zaczyna wyglądać nie jak przykład, ale jak jeden z twoich wykładów, prawda Flo?

- Right on, Kati, no nie Karol?

- Gówniarze! A kto wam wlał w móżdżki coś więcej niż dni tygodnia?

- Zgoda, ale gdzie jest ten przykład. Ben już ziewa...

- Okej. Oto w teatrze na przedstawieniu klasyka, dostojnym, poważnym jest poważna publiczność rozmiłowana albo przynajmniej udająca taka. Aktor wygłasza kwestię, że być albo nie być ale... potknął się i przewrócił, wcale nie dostojnie padając na tyłek... Jak myślicie co się stanie?

- Radocha, a wcale nie dostojna!

- Dokładnie tak i długo jeszcze właśnie to stukniecie tyłkiem w deski sceny będzie publika pamiętać jako najciekawsze...

- No, dobrze, ale gdzie ten przykład?

- Nie rozumiecie? Ludzie chcą czegoś więcej od rutyny, od stabilizacji. Tylko, że nie na deski sceny upadnie władza i nie w teatrze. Społeczeństwo nie musi znać historii, wiedzieć, że rewolty były częścią życia i śmierci i zawsze będą... Ta, która przyjdzie będzie jak miotła i zmiecie śmiecie Centrali. Czy ja dożyję, czy doczekam? To ma najmniejsze znaczenie, bo już doczekałem mniejszej miotły. Niestety nie potrafiła dokładnie gdyż genialna Centrala udając kogoś innego chwyciła za miotłę...

- Tylko dlatego warto żyć...

- Flo, nie tylko, wierz mi, że nie tylko. Ale dobrze jest wiedzieć o miotłach historii.

A zmieniając temat... Ben, co się stało ze zwierzętami, ptakami, przyrodą w ogóle?



- Z tego co wiedziałem z radia zanim je zlikwidowałem, aby mnie nie namierzono, to głównie ludzie umierali w kontaktach jeden na jednego. Podobno, ale tylko podobno ktoś tak zrobił tą zarazę, że zabijała ludzi.

- Podobno? Przecież już powinno być publiczną wiadomością.

- Sorry, Mark. Gdy rozpętało się to piekło byłem już tutaj, a tutaj nic się nie zmieniło. Umierały miasta i większe skupiska ludzi. Może gęsty las, nie wiem, w każdym razie tu jest czysto, a nie zaryzykowałem sprawdzać w Yakima. Wy przejeżdżaliście przez miasto...

- Ominęliśmy, ale rzeczywiście, widzieliśmy i sarny a nawet psy w wiejskich zabudowaniach. Prawda, minęły trzy lata...

- Właśnie przez ten czas byliście ze mną dlatego żadna kabina nie jest wam potrzebna. Proste, przejeżdżaliście obok i tak jak teraz kto co i po co, że ot na urlop, a tu radio, że koniec świata, więc bezpiecznie przeczekaliśmy razem. Macie więc super alibi...

- Dzięki Ben. A zrobisz coś dla nas?

- Nie pytaj...

- Ściągaj tu Suzan i to szybko... Nie wiem jak reszta towarzystwa, ale ja zaraz padnę. Jutro czeka nas podróż do początku życia...

Zasypiał gdy przyszła Kasia, już wiedział, że to będzie dłuższa rozmowa i nie pomylił się.

- A może...

- Kasiu... Wprost...

- Więc może dziewczynki powinny wrócić do ich życia w mieście, a my to znaczy, ja nie mam nic przeciwko temu by tu zostać. Kiedyś wrócą ludzie, to jest coś więcej niż las, a w lesie. Co ty na to?

- Bez sensu, a wiesz dlaczego? Niby jak i z kim zostaną dziewczynki. Ich jedyna szansa to adopcja z naszej strony, jeżeli się uda, a jeżeli nie? Nie wiem. Jestem dobrej myśli. Taka Flo zginie bez nas.

- Ale czy musimy się poświęcać, zostało nam trochę czasu, zostało ale właśnie trochę...

- Ja nie czuję tego jako poświecenie, ty zresztą chyba też nie. W jakimś sensie dajemy im życie. Nie maja nikogo poza nami. Flo jest wrażliwa, Karol twarda, ale to tylko nastolatki.

- Centrala i tak ukradnie je, zatruje, nie pomyślałeś?

- Wiele razy, ale ja, my nie jesteśmy głupsi od nawet najbardziej przebiegłej Centrali. Dom, kochający dom jest silniejszy i mądrzejszy. Gówno serwowane ludziom mediami spłynie po nas bez śladu. Tak wychowamy teraz nasze córki.

- Chcesz powiedziecie wnuczki...

- Chcę powiedzieć, że nasze, silniejsze, odporniejsze. Trzeba być wężem i lisem by wygrać z dużo silniejszym. Wygramy a teraz buźka i spać.

Ale sen nie nadchodził, czyż nie jest prawdą, że nawet najlepszy sportowiec na dzień zawodami nie śpi, że już walczy chociażby tylko z myślami...

I przyszła ta, piękna, kojąca, mądra... Skoro człowiek wymordował się na skalę apokalipsy, to zyskała na tym przyroda, zyskała planeta Ziemia. Chociaż raz w swym dążeniu do tak zwanej cywilizacji, która go zabijała, człowiek nawet jeżeli nie planując, oszczędził przyrodę. Czyż taką nie była zaraza zabijająca jedynie ludzi?

Człowiek wymyślił również wiele powiedzonek mających na celu i ogłupianie drugiego człowieka jak w sakramentalnym: Pokorne ciele dwie matki ssie i w -nie ma nic złego co by na dobre nie wyszło. A wyszło, wyszło, bo nareszcie odetchnie, odrodzi się las nad Amazonka, jako że drastycznie zmniejszyła się ilość grubych dup łakomych na hamburgery...

Odetchnie preria, ojczyzna wysokich traw, mordowana systematycznie bo grubym dupom ciągle było mało prażonej kukurydzy pożeranej w kinie...

Świeżą wodą spłyną rzeki do morza, które cichym śpiewem delfinów i wielorybów chwalić będzie śmierć morderców zaopatrujących japońskie stoły i kuchnie...

Odetchnie, odrodzi się świat pozbawiony innych praw poza śmiercią. Świat zdany na niełaskę, świat bez głosu, jako, że ryby głosu nie mają...

A więc nie ma nic złego co by na dobre nie wyszło... Pamięta te słowa, które powtarzała mu jego matka, bohaterka silniejsza od Syberii...

Był winny, on i Kasia, gdy zabrali zielonej pustyni hektar by postawić dom W Tucson. To prawda, że starali się wynagrodzić i wkrótce „podwórko” zagęściło się szarymi, ziemnymi wiewiórkami, skaczącymi „myszami” zwanymi kangurkami, jaszczurkami „plującymi” krwią z gruczołów pod oczyma i... grzechotnikami łakomymi na taka spiżarnią.

Pod garaż podchodziły javeliny bliskie krewne południowo amerykańskich capibar. Jadły z ręki, co oczywiście było obopólną głupotą, a na pewno ryzykiem utraty ręki...

A kojoty? Niezrównane w mądrości gdy rzędzikiem „gęsiego” prawie ocierały się o siatkowe ogrodzenie, za którym i na którym wyły i pieniły się psy, a w ciągu prawie 20 lat było ich sporo, bywało że nawet pięć w jednym roku, plus koty. To prawda, że kot Kisek zdecydował zmienić się w... kojota gdy zginał w kojociej paszczy...

Kto teraz mieszka w ich domu przy tak tajemniczej nazwie: Placita del Quetzal, czyli miejsce ptaka Quetzala, którego pióra w dawnej Gwatemali mogli nosić jedynie najważniejsi kapłani...

Może trzeba będzie na nowo pozyskać ten kawałek świata kiedyś odebrany jego prawowitym właścicielom.

A może pozostawić im? Przecież to było właściwie poza miastem, niech więc wróci do pustyni.

Nie zasnął i z ulga przywitał pierwsze promienie słońca przepychające się przez gałęzie świerków.

Dom jeszcze spał, może wiec warto ot tak, na drugi bok i łyknąć choć trochę snu...

Taaak, spełnił się sen stworzeń zależnych od człowieka, ale czy spełnił się człowiek i jako kto... Tyle razy widział w mediach słodzenie zadowolonych z siebie lub wysłuchiwał, że ktoś się spełnił, bo nie były publicznie znane jego podłości podwójnej gry, jak to miało miejsce w tak zwanych wolnych rozgłośniach głoszących tak zwane wolne słowo z radia „Wolna Europa”...

Na wszystkie strony powyginano, naciągano przymiotniki spełnienia się, nawet napchano nimi panteony zasłużonych. Komu?...

A przecież spełnieniem jest dać komuś szczęście. Nie na jeden raz, nie na przelotem w czasie, ale tak by szczęście trwało, a bez definicji, po prostu uśmiechem. Dać tak aby przyległo jak najdelikatniejszy jedwab i najmocniejszy pancerz...

Na tyle ile potrafił dał to Kasi, dał stworzeniom, najwierniejszym niewypowiedzianą miłością.

A teraz? Może uda się ochronić dwie młode istoty, a przecież są i te czworonożne, ochronić przed pożarciem gorszym od śmierci.

Uda się. Musi się udać, przecież mają tyle łap, aby nawet nie będąc kotami pewnie spaść na łapy.

Tak, teraz poczuł sen, spłynął mówiąc... jutro będzie po prostu następny dzień.



31 maja 2010